Pod deszczem samotności

W deszczu samotności

Żona Tomasza, Kinga, zaczęła zachowywać się dziwnie. Pewnego dnia wywołała kłótnię o nic, obwiniając go o wszystkie grzechy świata: czy to talerz zostawił w zlewie, czy skarpetki rzucił byle gdzie, czy zapomniał o rzeczach, o których prosiła go setki razy. Zmęczyło ją, jak twierdziła, sprzątanie za nim! A przede wszystkim – nie potrafił uzbierać na nowy samochód. Tomasz zaczął podejrzewać, że chodzi nie o niego. Te nagłe wizyty na siłowni, nowe stroje i makijaż nie były dla niego. I Kinga odeszła do innego… Minął rok. Pewnego ranka Tomasz obudził się od dzwonka do drzwi. Narzucił szlafrok, powlókł się do przedpokoju, otworzył i zastygł w bezruchu, nie wierząc własnym oczom.

Ciężka, szara chmura pełzła po niebie, jakby niewidzialna ręka zamalowywała je ponurym kolorem. Gęste krople deszczu zaczęły stukać w szybę. Tomasz jechał ulicami starego miasta nad Wisłą, a z każdą minutą ulewa przybierała na sile, a wiatr wył coraz głośniej. W aucie było ciepło, radio cicho nucilo melodię, lecz za oknem panowała zimna melanchonia, od której serce ściskało się z tęsknoty.

Ulice opustoszały, tylko nieliczne samochody mijały go, a i tych było coraz mniej. Ile już kół nakreślił po mieście? W domu nie dało się wytrzymać, nogi same zaniosły go do auta. Tomasz lubił rozmyślać za kierownicą, analizując swoje życie jak układankę, w której brakowało kluczowych elementów. Skręcił w wąską uliczkę, oddalając się od centrum, od domu, gdzie wszystko przypominało mu przeszłość.

Tydzień temu wróciła Kinga. Jej pojawienie się rozbudziło starą ranę, poruszyło duszę. Myślała, że rozpuści się na widok jej łez, wybaczy zdradę, zapomni obelgi. Odchodząc, oblała go kubłem pomyj, nazywając nieudacznikiem, marnym człowiekiem. Czy da się to zapomnieć?

Rok temu Kinga rozpętała burzę o nic. Krzyczała, że ma dość jego bałbału, że nie spełnia jej próśb, że nie potrafi zapewnić jej dostatniego życia. „Cztery lata bez zagranicznych wakacji! Drugi rok nie mogę wyjechać nad morze! – rzucała mu w twarz. – Odchodzę do kogoś, kto da mi to wszystko!” Tomasz podejrzewał, że jej nagłe wizyty na siłowni i nowe sukienki nie były dla niego. W domu chodziła w starym szlafroku, bez makijażu, a na zewnątrz promieniała. Nie zatrzymywał jej. Ból rozdzierał serce, ale przetrwał. Wypił z kolegami, lecz szybko wziął się w garść. Z czasem stało się lżej.

W pracy kobiety, dowiedziawszy się, że jest wolny, ożywiły się. Nie potrzebowały drogich prezentów czy egzotycznych wyjazdów – wystarczył im mężczyzna u boku. A Tomasz był dobrą partią: w sile wieku, z mieszkaniem, samochodem, bez alimentów. Lecz żadna nie poruszyła jego serca. Nie unikał nowych relacji, ale iskra nie przeskakiwała. Koledzy też się oddalili – ich żony bały się, że wolny Tomasz namówi ich na przygody. Odwiedzał ich, lecz wracał do pustego mieszkania, gdzie nikt na niego nie czekał.

Dzieci z Kingą nie mieli. Tomasz się tym nie przejmował – nie wszystkim od razu się udaje. Kinga nawet się badała, lekarze twierdzili, że wszystko w porządku, trzeba czasu. Lecz podczas rozwodu rzuciła: „Jesteś do niczego! Nawet żonę wybrałeś taką, która nigdy nie urodzi!” To wyznanie ciąło jak nóż. A jednak, gdyby została, wybaczyłby. Ale odeszła.

Po roku rozległo się to pukanie do drzwi. Tomasz otworzył i zdrętwiał. Na progu stała Kinga, z załzawionymi oczami, błagająca o przebaczenie. „Pomyliłam się, zrozumiałam, że cię kocham” – powtarzała, przytulając się do niego. Odpowiedział, że wybacza, lecz nie zapomni. Jak przyjąć z powrotem tę, która bawiła się z innym, a teraz wraca, bo ją porzucono? „Wpuściłabyś mnie, gdybym to ja odszedł?” – spytał. Milczała. Odchodząc, kazał jej zabrać swoje rzeczy i zniknąć z jego życia. „Nie mam gdzie iść” – szepnęła. „A do matki na wieś?” – rzucił.

Wtedy, tak jak dziś, jeździł po mieście aż do zmroku, aż padł ze zmęczenia. Postanowił: jeśli będzie w domu, spróbują zacząć od nowa. W końcu przywykł do niej, znał ją. Lecz mieszkanie było puste. Tomasz się nie zasmucił. Pomyślał i zrozumiał: nic by z tego nie wyszło. Wróciła z desperacji, a potem, znalazłszy kogoś lepszego, znów by odeszła. Jak po tym zaufać?

Deszcz przybierał na sile, wycieraczki ledwo nadążały z wodą. Tomasz jechał, tocząc w myślach dialog sam ze sobą. Postanowił zrobić jeszcze jedno kółko, zajechać na stację i wrócić do domu. Na światłach się zatrzymał. Nagle wzrok przykuła kobieta pod drzewem. Wiosenne liście nie chroniły przed ulewą, była przemoczona do suchej nitki, wpatrzona w pustkę. Czerwone światło miało się zmienić na zielone, a ona wciąż stała. Czekała na kogoś? A może, jak on kiedyś, nie wiedziała, dokąd iść?

Światła zmieniły się, Tomasz przejechał, ale zaraz zawrócił. Opuścił szybę i zatrąbił. Kobieta się nie poruszyła. „Wsiada pani! Dokąd podwieźć?” – krzyknął. Powoli odwróciła głowę. Czy to łzy, czy deszcz na jej twarzy? „Nie mogę tu stać” – przynaglił. Kobieta, ledwo powłócząc nogami, podeszła i wsiadła. Jej usta drgnęły, lecz uśmiech nie wyszedł. „Tapicerka zmoknie” – pomyślał Tomasz, włączając podgrzewanie siedzeń.

Przesunęła ręką po mokrych włosach, próbując naciągnąć kraj sukienki na kolana. Tkanina przylepiła się. „W schowku chusteczki” – powiedział, ruszając. Wzięła jedną, otarła twarz. Jechali w milczeniu. „Gdzie panią podwieźć?” – w końcu spytał. „Nie mam dokąd” – odparła cicho. W jej głosie była rezygnacja. „No i wtopiłem się” – błysnęło mu w głowie. „Przypomniałam sobie. Na dworzec” – dodała. „Dobrze. Od męża uciekła? Do matki jedzie? Gdzie bagaż?” – spytał, widząc jejTomasz milczał przez chwilę, czując, jak ich losy dziwnie splatają się w tym deszczowym wieczorze, aż w końcu westchnął i powiedział: “Wiesz, świat jest dziwnie mały, gdy nie ma się dokąd pójść”.

Rate article
Fajna Tajna
Pod deszczem samotności