Po siedemdziesiątce byłem już nikomu niepotrzebny. Nawet moje własne dzieci zapomniały o moich urodzinach.
Siedziałem na ławce w parku przy szpitalu geriatrycznym, ocierając łzy rękawem. Dziś kończyłem siedemdziesiąt lat. Jedynie mój współlokator, Pan Stefan, złożył mi życzenia i wręczył tabliczkę czekolady. Pielęgniarka Basia przyniosła świeże jabłko na zdrowie, z okazji rocznicy. O szpitalu nie mogę złego słowa powiedzieć, bo jest czysto i schludnie, ale ludzie tu są jacyś zimni, załatwiają tylko swoje obowiązki i nie mają czasu na rozmowę.
Każdy tu wie, że dzieci przywożą staruszków, kiedy stają się dla nich ciężarem. Mój syn, Artur, przywiózł mnie twierdząc, że powinienem odpocząć i podreperować zdrowie, ale wiedziałem doskonale, że przeszkadzałem jego żonie. Byłem właścicielem mieszkania w Warszawie, ale Artur namówił mnie, abym przekazał mu je aktem darowizny, obiecując, że wszystko zostaje po staremu. Słowa nie dotrzymał wprowadziła się cała rodzina, a ja w swoim domu poczułem się jak intruz.
Synowa Dorota wiecznie miała do mnie pretensje: to żurek zbyt kwaśny, to zacieki w łazience, to pies, który szczeka za głośno. Początkowo Artur bronił mnie, a potem stracił cierpliwość. Często podnosił na mnie głos, rozmawiali z żoną o mnie niby szeptem. W końcu zaczął powtarzać, że dla mojego dobra powinienem sobie odpocząć w sanatorium nad morzem. Zapytałem:
Artur, chcesz umieścić ojca w domu starców?
Syn porzucił wzrok na podłogę, czerwony jak burak:
Tato, nie mów tak Przecież to tylko sanatorium. Odpoczniesz miesiąc, wrócisz do domu.
Podpisałem jakieś dokumenty, Artur odwiózł mnie do Międzyzdrojów, obiecał szybko wrócić. Minęły dwa lata. Z początku dzwoniłem, nie odbierali, wreszcie odezwał się jakiś obcy facet i powiedział, że mieszkanie zostało sprzedane. Nie wiedziałem, gdzie szukać syna, nie miałem już nawet własnego kąta.
Noce długo przepłakiwałem. Najbardziej bolało mnie jednak to, że kiedyś skrzywdziłem własną córkę dla spokoju syna.
Pochodzę spod Piotrkowa Trybunalskiego, mieliśmy gospodarstwo, duży dom, ziemię. Pewnego dnia sąsiad Ludwik opowiadał mojemu świętej pamięci żonie, Annie, że w Łodzi pracować można za porządne pieniądze. Namówiła mnie na sprzedaż wszystkiego i wyjazd do miasta. Rzeczywiście dostaliśmy mieszkanie w blokowisku, wzięliśmy kredyt na meble, kupiliśmy używanego fiata, którym potem miałem wypadek.
Żona zmarła dzień po wypadku została mi dwójka dzieci. Musiałem sobie radzić sam sprzątałem klatki wieczorami, byleby dzieci nigdy nie chodziły głodne. Liczyłem, że kiedy dorosną, odwdzięczą się.
Najpierw Artur narobił długów, musiałem pożyczyć sporo złotych, żeby nie trafił za kratki. Córka Małgorzata wyszła za mąż i urodziła mi ukochanego wnuka. Na początku jakoś się układało, potem wnuk ciężko zachorował. Małgosia rzuciła pracę, oddała się opiece nad synem, lecz wyniki badań były niejasne miesiącami.
W końcu okazało się, że leczenie wnuka jest możliwe tylko w specjalistycznym szpitalu w Krakowie, ale kolejka do przyjęcia była długa. Mąż Małgosi, nie wytrzymał napięcia i ją zostawił. Przy szpitalnym korytarzu poznała wdowca z córką w podobnej sytuacji. Zamieszkali razem, a po kilku latach nowy mąż potrzebował dużych pieniędzy na operację. Małgosia zwróciła się do mnie. Miałem odłożonych parę tysięcy złotych planowałem przeznaczyć je na spłatę zadatku dla Artura. Odmówiłem. Nie chciałem wydawać pieniędzy na obce dzieci.
Małgosia obraziła się, powiedziała, że już nie jestem jej ojcem. Przez jedenaście lat nie miałem od niej żadnej wieści.
Przewlekając się z parku do swojego pokoju, usłyszałem czyjś głos:
Tato!
Z wrażenia serce zamarło mi w piersi. Odwróciłem się stała tam Małgorzata. Ugięły mi się kolana, oparłem się o ławkę. Córka podeszła i objęła mnie.
Długo cię szukałam. Artur nie chciał oddać mi twojego adresu, przyznał się dopiero, gdy zagroziłam mu zgłoszeniem sprawy do sądu powiedziała. Przepraszam, tato, że tak długo nie przyszłam Byłam na ciebie wściekła, potem wstydziłam się własnej złości. Kilka tygodni temu śniło mi się, że błąkasz się po lesie, samotny i zapłakany. Od rana było mi tak ciężko, że powiedziałam mężowi o śnie. Kazał mi cię odszukać i pogodzić się. Przyjechałam do twojego dawnego mieszkania tam już czekała obca rodzina. Potem tygodniami szukałam Artura, wreszcie go dopadłam. Tato, mamy z mężem dom w Helu. Chcę, żebyś zamieszkał z nami.
Przytuliłem Małgosię mocno. Łzy spływały mi po policzkach, ale to już nie był płacz rozpaczy tylko radość, szczęście, ulga.



