Po prostu odszedł… A przecież żyła tylko dla niego.
Siedem długich lat razem. Siedem lat pełnych wysiłku, gdy Marianna starała się być idealna. Wszystko według książki: czystość, troska, uwaga, kompromisy. Poznała każdy aspekt roli „dobrej żony” – by była niezastąpiona, potrzebna, kochana. Tak bała się znów zostać sama, że w pewnym momencie zaczęła tracić siebie.
A on i tak odszedł.
Nie w gniewie. Nie podczas kłótni. Po prostu pewnego dnia, spokojnie i chłodno, spakował się i powiedział:
– Marianno, kocham inną. Wychodzę.
Skinęła głową. Wstała. Spokojnie wyciągnęła walizkę. Włożyła tam jego koszule, bieliznę, starannie zwinęła krawaty. Dopilnowała, żeby nie zapomniał ładowarki. Powiedziała:
– Weź jeszcze maszynkę do golenia, przyda ci się.
Dopiero gdy za nim zamknęły się drzwi, ogarnął ją nie do zniesienia ból. Osiadła na podłodze w przedpokoju i rozpłakała się. Nie z powodu straty, ale dlatego, że znów jej się nie udało. Że jej „doskonałość” znów na nic się nie zdała.
Kasia przybiegła jako pierwsza. Marianna siedziała pustym wzrokiem wpatrzona w ścianę. Kasia próbowała ją otrząsnąć – bez skutku. Wkrótce dołączyły reszta dziewczyn. Prawdziwy kobiecI wtedy Marianna zrozumiała, że czas przestać gasić siebie, by płonąć dla kogoś, kto nawet nie potrafi docenić jej blasku.



