Po prostu odszedł… A przecież żyła dla niego.
Spędzili razem siedem lat. Siedem długich lat pełnych wysiłku, w których Elżbieta starała się być idealna. Wszystko według książkowych zasad: czystość, troska, uwaga, kompromisy. Poznała każdy aspekt roli „dobrej żony” — by być niezastąpioną, potrzebną, kochaną. Tak bardzo bała się znowu zostać sama, że w pewnym momencie zaczęła tracić samą siebie.
A on i tak odszedł.
Nie w emocjach. Nie w przypływie gniewu. Po prostu pewnego dnia spokojnie, zimno, spakował się i powiedział:
— Ela, kocham inną. Odchodzę.
Skinęła głową. Wstała. Spokojnie wyciągnęła walizkę. Włożyła tam jego koszule, bieliznę, starannie zwinęła krawaty. Dopilnowała, żeby nie zapomniał ładowarki do telefonu. Powiedziała:
— Weź jeszcze maszynkę do golenia, przyda ci się.
Dopiero gdy drzwi zamknęły się za nim, ogarnął ją nieznosny ból. Osiadła na podłodze w przedpokoju i wybuchnęła płaczem. Nie z powodu straty, ale dlatego, że znowu się nie udało. Że jej „doskonałość” znów nic nie dała.
Przyjaciółka Kasia przybiegła pierwsza. Ela siedziała jak nieprzytomna, wpatrzona w jeden punkt. Kasia próbowała ją otrząsnąć — bezskutecznie. Wkrótce dołączyły inne koleżanki. Prawdziwy kobiecy desant wsparcia. Jedna z pierogami, druga z winem, jeszcze inna po prostu z otwartymi ramionami.
— Przecież wszystko dla niego robiłaś! — krzyczała Agnieszka.
— Nawet nie był cię wart! — przekonywała Marta.
Ela milczała. Słowa tonęły w jej wewnętrznej pustce.
A potem zabrała głos Monika. Ta sama Monika, która zawsze mówiła, co myśli, bez owijania w bawełnę.
— Nie, mazgaj się — powiedziała spokojnie. — Wróci. Pierwszy zawsze wraca. Nie ma już takich wygodnych, cierpliwych, uległych. Naodbija się — przyczołga. Tylko pytanie: czy tego chcesz?
Kobiety zasypały ją sykami, zaczęły krytykować Monikę za szczerość. A Ela nagle szepnęła:
— Niech się…
I w tym szeptacie nie było złości. Była tam pierwsza iskra przebudzenia. Kobiety są mądre. Potrafią wybaczać, znosić, czekać. Ale gdy je zdradzą — wiedzą, jak podnieść się z kolan. Uśmiechać się przez łzy. I zaczynać od nowa.
Bo już nie dla kogoś. Dla siebie.



