Po nocnym dyżurze Tatyana ledwo trzymała się na nogach – śnieg z deszczem, gołoledź i zmęczenie dawa…

Po nocnym dyżurze byłem tak zmęczony, że ledwo ciągnąłem nogi. Zima odpuściła, przyszła odwilż, codziennie sypał śnieg. Non stop ślizgałem się na lodzie ukrytym pod rozmiękłą breją śniegową. Przez całą noc nie miałem nawet chwili, żeby się położyć. Raz przywieźli chłopaka z ostrym zapaleniem wyrostka robaczkowego, potem starszą panią z poważnym złamaniem biodra. Wydawało się, że wszyscy specjalnie czekają na noc, żeby zadzwonić po karetkę i trafić do szpitala. Marzyłem tylko, żeby dojść do domu i w końcu położyć się spać. Patrzyłem pod nogi, starając się nie przewrócić, i nie zauważyłem, jak od ściany kamienicy oderwał się mężczyzna i stanął przede mną.

Zatrzymałem się, uniosłem głowę. Przede mną stał facet na oko czterdziestoletni, wyglądający jak bezdomny albo rabus. Twarz miał podrapaną, ubranie przemoknięte, niechlujne, jakby nie swoje. Odsunąłem się w bok, żeby go ominąć nie miałem siły na ucieczkę.

Przepraszam, czy może mi pan pomóc? odezwał się nagle.

Pracowałem jako pielęgniarz, więc na prośby o pomoc reagowałem jak pociąg na hamulec bezpieczeństwa natychmiast się zatrzymałem.

Ja mężczyzna złapał się za głowę, na moment przymknął oczy. Wyrzucili mnie z pociągu. Całe szczęście, że napadało tyle śniegu, to udało mi się miękko spaść. Nic sobie nie złamałem, mam tylko parę siniaków.

Pić trzeba było mniej próba obejścia facet została powstrzymana.

Nic nie piłem! Tylko herbatę. Chyba coś mi dosypali do kubka, bo natychmiast zasnąłem. Okroili mnie do cna, a nawet ubranie mi zabrali. Zostawili jakieś łachmany i wyrzucili, ale przynajmniej nie gołego. I to nieopodal państwa stacji.

To panu się udało. Policja i szpital tam pan powinien iść. Boli pana głowa? Mdłości? To może być wstrząs mózgu odparłem i znów chciałem go wyminąć, ale ani drgnął.

W policji już byłem. Pociąg dopiero za kilka godzin. Nie chciałem tam czekać. Napastnicy uciekli. Jechał ze mną w przedziale starszy pan, taki typu profesor broda w szpic, okulary. Ale policjanci mówią, że pewnie peruka i podróby, a wspólników miał w przedziale. Skończyło się jeszcze dobrze. Dobrze byłoby się gdzieś umyć i przebrać, całkiem przemokłem. Ubranie oczywiście oddam.

Już sobie pan pozwala za dużo. Może jeszcze klucze od mieszkania i PIN do konta podać? oburzyłem się.

Wszyscy uciekają, jakby człowiek był trędowaty Czemu nikt mi nie wierzy? zadźwignął głowę i tak spojrzał w niebo, że aż zrobiło mi się go żal. Obejrzałem go uważnie: byle jak ubrany, ale mówił poprawnie, nie jak typowy bezdomny.

Dobra, chodźmy już do mnie, zanim się pan przeziębi. Coś wymyślę z ubraniem.

Dziękuję. Pan bardzo dobry. Wszyscy inni od razu uciekali.

Wszedłem do domu i osiadłem na taborecie w przedpokoju. Nogi mi dygotały, powieki opadały.

Niech pan idzie do łazienki wskazałem drzwi; sam zacząłem szukać jakieś męskiej garderoby. Jak pan ma na imię?

Marek powiedział, gasząc światło w łazience za sobą. Za chwilę słychać było lejącą się wodę.

Westchnąłem. Z odpoczynkiem mogłem się pożegnać. Lewa garderoba po bracie, który mieszka w Warszawie, jeszcze wisi w szafie trudno, nie zbiednieję. Poskładałem, co tylko się nadawało, i zostawiłem na szafce w przedpokoju. Zagrzałem talerz żurku w mikrofalówce i siadłem na krześle, zamyślony. Gdyby mama przyszła akurat teraz, na pewno źle by to odebrała ciekawe, co by sobie pomyślała, widząc obcego faceta pod prysznicem i mnie podgrzewającego mu zupę? Boże, niech mamę coś zatrzyma choć na chwilę w sklepie albo u sąsiadki modliłem się do siebie, ale Bóg chyba miał wtedy na głowie sprawy większej wagi. Zamek w drzwiach szczęknął.

Jurek, już w domu? zawołała mama, a ja wyskoczyłem z kuchni. Myślałam, że to ty się pluskasz w łazience! A kto tam właściwie jest?

Mamo, cicho. Facet zszedł z pociągu, musiał się umyć i od razu pójdzie wytłumaczyłem spokojnie.

To dla niego szykowałeś ciuchy po bracie? Co się stało? dopytywała.

Mówię już: okradli go i prawie rozebrali. Został pod naszą stacją.

I ty go przytaszczyłeś do mieszkania? Może on sam złodziej albo jakiś zboczeniec? Nie pomyślałeś? Może powinniśmy zadzwonić na policję? przestraszyła się.

Mamo, nie przesadzaj, już był na policji. Pociągi nie kursują w dzień, bo tory remontują. Umyje się i zniknie ściszyłem głos.

Woda w łazience przestała lać. Drzwi się otworzyły i zamknęły widocznie odebrał ubranie. Mama usiadła na wprost wejścia i czekała. Niedługo później wszedł Marek, lekko zawstydzony, przeprosił i zajrzał do kuchni. Od razu zorientował się, że słyszał naszą rozmowę.

No, pokaż się. Jak to się stało, że cię obrabowano w biały dzień? zapytała podejrzliwie mama.

Przepraszam za zamieszanie. Jechałem nocnym pociągiem do córki na ślub. Coś mi dosypali do herbaty, poszedłem spać i obudzili mnie dopiero w tym śniegu, już obrabowanego. Zabrali wszystko: telefon, dokumenty, pieniądze i nawet ubranie.

Ale czemu do nas trafiłeś? Do dworca przecież mamy kawałek nie dawała spokoju mama.

Mamo! Daj człowiekowi zjeść przerwałem jej. Siądź, Marku, podgrzałem ci żurek.

Zawsze Jurek wszystkie koty i psy z ulicy przytachał; teraz i gości z pociągu mama wstała, żeby zrobić miejsce.

Jedz, Marek. Ale ostrożnie: jeśli mama cię polubi, nie wypuści cię żywego zażartowałem.

Bo przecież nocami siedzisz w pracy, a w szpitalu tylko starzy i dzieci, żadnego życia prywatnego! Trzydziestka za pasem, czas na żonę. Jak mam umierać, jeśli zostawisz mnie samą? westchnęła mama.

Oj mamo, nie przesadzaj! Marek zaraz pomyśli, że chcemy go tu zatrzymać. Żartuję, Marku.

Już sobie idę mruknęła, ruszając do pokoju.

Ma pani wymagającą mamę Marek odstawił miskę.

Wychowywała mnie i brata sama. Boi się, że zostanę na lodzie, jak ona.

A ty jesteś lekarzem?

Nie, pielęgniarzem. A pan jak kupi bilet bez dokumentów i bez grosza przy duszy?

Policja pomoże. Czy mogę pożyczyć telefon? Chcę zadzwonić do córki i kolegi.

Proszę bardzo powiedziałem.

Wszedłem do mamy, która właśnie pakowała do torebki rodowe drobiazgi i złote obrączki.

No co ty robisz? zapytałem.

Cicho, zaniosę wszystko do cioci Hani. A nóż facet to rzeczywiście złodziej? Lepiej nie ryzykować.

Nie zatrzymywałem jej i tak zrobi po swojemu.

Zostawiłem Markowi telefon, sam podszedłem do okna. Rozmawiał z córką, i widziałem po jego minie, że zbytnio nie była przejęta, że ojciec nie dotrze na ślub. Potem zadzwonił do kogoś jeszcze i dopytał mnie o adres.

Zaraz przyjedzie po mnie znajomy. Niepotrzebnie się w ogóle ruszałem. Żona nie chciała, żebym z nowym jej mężem się spotykał, ale córka zaprosiła. Głupio ryzykowałem powiedział smutno.

Jak pan taki ważny, że po jeden telefon przyjeżdża auto? dziwiłem się.

Marek coraz bardziej mi się podobał. W ciuchach brata prezentował się całkiem dobrze, choć były trochę za małe.

Mam z kolegą firmę, naprawiamy sprzęt RTV niewielki biznesik; kolega odradzał jazdę autem, bo drogi nie znam, a na weselu i tak się człowiek napije. Pojechałem pociągiem i patrz pan, co wyszło. Lepiej było samolotem lecieć. Niech pan się mną nie przejmuje, poczeka pan te parę godzin i zniknę.

Chciałem mu coś odpowiedzieć, ale nagle sam pomyślałem, że może mama ma rację. Że mógłbym mieć normalne życie: wracać z pracy do domu, gdzie czeka żona i dzieci. A tak Zaraz trzydziestka, a wciąż mieszkam z mamą i żadnych perspektyw. Był kiedyś Leon byłem zakochany po uszy, wszystko szło ku ślubowi, aż raz przyszedłem wcześniej i przyłapałem go z moją przyjaciółką w łóżku. Straciłem i narzeczoną, i koleżankę.

Jest pan dobrym człowiekiem, wszystko się u pana w życiu ułoży powiedział nagle Marek.

A pan? Też jest pan sam. Ma pan firmę, pracę…

Ach jechałem na wesele bez nikogo. Z żoną się rozwiodłem, bo nie trafiła mi się tak dobra kobieta jak pan. Dziś wszyscy liczą wyłącznie na siebie; kobiety i faceci po równo. Ale dość tego przeszkodziłem panu w odpoczynku po nocce.

Długo rozmawialiśmy. Na dworze powoli zapadał zmierzch, kiedy zadzwonił telefon.

To do mnie. Przyjechał po mnie Sławek Marek przeprosił i sięgnął po aparat.

Zaraz wyjedzie, i już więcej o nim nie usłyszę. Znowu zaczną się nudne, monotonne dni pomyślałem.

Dziękuję za wszystko. Zostawiłem swój numer zapisałem się jako Marek z pociągu. Domyślam się, że nie zadzwoni pan pierwszy, ale gdyby pan czegoś potrzebował, proszę śmiało dzwonić. Oddam ubrania na pewno. Pozdrów pan ode mnie mamę, bo chyba wzięła mnie za przestępcę spojrzał smutno. O mało się nie wzruszyłem.

Tak się złożyło, że nie chciałem, by odchodził, choć to obcy człowiek. Uśmiechnąłem się tylko: Niech pan więcej nie pakuje się w takie przygody.

Już nigdy! Od dziś albo auto, albo samolot, żadnych pociągów zażartował Marek.

Patrzyłem, jak w szarzejących zimowych ciemnościach wychodzi przed blok, zatrzymuje się przy aucie, znajduje moje okno i macha ręką.

To już. Jutro pewnie nie przypomni sobie o mnie nawet przez chwilę.

Wypuściłeś go? zapytała mama, kiedy wróciła z korytarza.

Ganiłaś, że go przytaszczyłem, teraz ci żal. Ukrywałem rozczarowanie.

Bo to porządny człowiek, od razu widać.

To po co chowałaś biżuterię?

Bo głupia już jestem, tyle lat sama… westchnęła mama.

Minęły trzy tygodnie. Zbliżał się Sylwester. Miałem wrażenie, że cała ta historia z Markiem po prostu mi się przyśniła; teraz, z perspektywy czasu, wydawała się nierealna. Dyżur w noworoczną noc zapowiadał się spokojnie. W dyżurce stała mała choinka, w oddziale niemal nie było pacjentów. Jeśli ktoś chorował, przychodził do szpitala dopiero po świętach, więc wreszcie można się było wyspać.

No i co, Jurku, znów razem dyżurujemy? uśmiechnął się chirurg Borowiecki i spojrzał na mnie przenikliwie.

Domyślałem się, że to nie był przypadek on zawsze tak układał grafik, żeby nocować razem z młodszymi pielęgniarzami. Słynął z tego, że żadnej okazji nie przepuścił.

Jesteś? A wiesz co się dzieje na dole?! z impetem wpadła do pokoju Lucyna z izby przyjęć.

Kogoś już przywieźli? Borowiecki zakładał maseczkę, upychał rękawiczki do kieszeni.

Sam Mikołaj! Prawdziwy, z prezentami, chce wejść do oddziału i wszystkich poczęstować trajkotała Lucyna.

No proszę! To chodźmy, Jurku, zobaczymy, kto taki dobrotliwy Borowiecki ujął mnie pod ramię i ruszył do wyjścia.

Z korytarza było słychać donośny głos. Przed nami stał w czerwonym, haftowanym kubraku, z czapką i długą brodą, z ogromnym workiem: Mikołaj, który błagał, by go wpuścić do sal.

Spieszyłem się do was z samego Podlasia, a wy mnie nie chcecie wpuścić wołał, a głos wydał mi się dziwnie znajomy.

Myślałem, że raczej z Laplandii żartował Borowiecki. No dobra, tylko nie przesadzajcie z hałasem, w końcu mamy tu chorych.

Mikołaj chodził od łóżka do łóżka, wyciągał z worka mandarynki i cukierki, rozdawał starcom, którzy rozpromienieni nie mogli uwierzyć w taki cud. Nawet siostra Kasia z interny dopytywała, czy Mikołaj nie mógłby odwiedzić jeszcze ich piętra. Spojrzał na mnie niepewnie.

Sory, panie Mikołaju, ale Śnieżynki nie oddam. Trzeba było ze swoją przychodzić śmiał się Borowiecki.

Po kwadransie Mikołaj wrócił do dyżurki, już bez czapki i brody, w rozpiętej pelerynie i uśmiechnął się promiennie. To był Marek.

Widzisz, chciałem cię zaskoczyć i poprawić humor. Udało się?

Udało. Babcie spać dziś nie będą odparłem, śmiejąc się.

Widzę, zostawiam was z Mikołajem, sam sobie poradzę dziś w nocy westchnął teatralnie Borowiecki. Idźcie, bawcie się, korzystajcie z życia.

Nie musiał mnie namawiać po miesiącu złożyłem wypowiedzenie i przeprowadziłem się do Marka. Mama była zachwycona. No wreszcie! Synu, teraz mogę spokojnie umrzeć Albo lepiej, doczekam wnuków, ktoś musi pomóc! powiedziała i zdecydowała żyć jeszcze długo.

Często u nas mówi się, że wszystko złe to przeznaczenie, a to, co dobre, to tylko szczęśliwy traf. A przecież życie składa się z tego i z tego. Dzięki temu przekonałem się, że warto pomagać i czasem pozwolić szczęściu wejść do naszego życia nieoczekiwaną drogą.

Rate article
Fajna Tajna
Po nocnym dyżurze Tatyana ledwo trzymała się na nogach – śnieg z deszczem, gołoledź i zmęczenie dawa…