Szpitalne okno było szeroko otwarte, uchylone rano przez pielęgniarkę. Świeży, pachnący powietrzem wiatr igrał firankami, a zieloność liści za szybą mocno cieszyła oko. Do palącego letniego upału było jeszcze bardzo daleko, świat pachniał nowością.
Piotrkowi wycięli wyrostek. Mówiono, że operacja była zawiła, lekarze ledwo zdążyli, ale Piotrek się nie bał. Trudno, życie hartuje.
Zastrzyków się boisz? pytała pielęgniarka, z półuśmiechem wypuszczając powietrze z igły.
Piotrek tylko przewrócił się na bok nie wolno mu jeszcze było wstawać.
Czym tu straszyć…
Przywieźli go z bramy kamienicy. To tam go złapało. Nie był bezdomny, po prostu wychowany w domu dziecka. Wracał z chłopakami z rynku, gdzie próbowali dorobić na czarno parę złotych, kiedy nagle poczuł uderzenie bólu.
Najbardziej żałował, że przez niego mają teraz kłopoty i Lenka, i mały Sereczek. Teraz pewnie w domu dziecka rozgardiasz. Już wczoraj po operacji wpadła pani Krystyna, wicedyrektorka, próbowała udawać troskę. Piotrek był wciąż oszołomiony po narkozie, pamiętał tylko jej zmartwioną twarz, a reszta znikła z głowy razem z bólem.
Tylko dlaczego nie dopadło go na terenie domu dziecka? Tam miał do przejścia już tylko kilka kroków. Ale cóż, stało się…
Obwiniał morele. Na rynku podarowano im skrzynkę lekko przegniłych owoców. Myśleli, że będą niedobre, a okazały się słodkie jak lipcowy miód. Obżarli się. No to i rezultat.
No, bohaterze, jak się czujesz? zapytał lekarz z krzaczastymi brwiami i owłosionymi dłońmi, oglądając szew na jego brzuchu. Najgorsze za tobą. Teraz niczego się już nie bój.
Ja się niczego nie bałem.
No, odważny! Ale słuchaj nie wolno ci jeszcze jeść. Żadnych słodyczy ani gości, przeczekasz. Wieczorem kisiel przyniesiemy.
Piotrek kiwnął głową, szanując stanowczość. I tak nie miałby kto przynieść mu słodkości. W domu dziecka teraz wszyscy mieli do niego żal za to, że zniknął, za kłopoty. Po rynku włóczyli się na lewo, przez dziurę w ogrodzeniu no i wracając Piotrek się przewrócił. Prawda, był dzielny nauczyło go tego życie.
Matka pewnie urodziła go przypadkiem, myślał czasem. Na aborcję nie miała za co, więc zostawiła go w szpitalu. Miał teraz dziesięć lat i rozumował o tym spokojnie jak każdy dorastający wśród podobnych mu.
Nie miał jednak do niej żalu. Przeciwnie był jej wdzięczny, że w ogóle pozwoliła mu się urodzić. Chociaż zaraz napisała zrzeczenie i tak wdzięczny.
Do trzeciego roku życia był w Domu Małego Dziecka, potem trafił do domu dziecka w Radomiu, potem pod Toruń. Jak o sobie pamiętał walczył o byt.
Przypominały mu się bójki o jedzenie w stołówce. Chociaż to były już spokojne czasy Jaruzelskiego, do kuchni po cichu wynoszono co się da, dla dyrekcji i personelu.
Kłótnie były nie tylko o jedzenie. O wszystko. Piotrek rósł silny. Parę razy miał złamaną rękę ręka na ręce, blizna na bliźnie. Pamiętał, jak fryzjerka, która ich głowy zwykła golić do skóry, o mało nie popłakała się, widząc jego blizny.
Nie pojmował łez. Nigdy nie płakał. Nie przestraszą go jakimś zastrzykiem czy blizną na brzuchu…
Co za żart.
Dorośli byli dla niego chłodni, kalkulujący. Nie był ani słodką dziewczynką, ani niewinnym bobaskiem, był dość mrukliwy i nieco wojowniczy.
Słuchaj mnie, Piotrowski! Jak coś wykombinujesz, idziesz do izolatki! straszyła czasem pani Krystyna.
Nie kłócił się, miał swoje zasady. I swoje reguły.
Jeden dorosły na świecie był mu szczególnie bliski, chociaż rzadko go widywał. Nie pamiętał jak inne dzieci matki, ale z tamtą kobietą często rozmawiał w myślach. Była kimś przypadkowym, pojawiła się, kiedy Piotrek miał jakieś sześć lat. Nie pamiętał jej imienia, tylko jej ciepłą dłoń i głos.
Musisz być silny, Piotrku. Dobrze jeść, słuchać siebie. Trudno będzie, ale musisz wytrzymać. Postaraj się dobrze?
A potem śpiewała mu:
Kotku-mruczku, ogonek bury,
Lulajże, kotku, lulaj.
Łapki białe, uszka szare,
Lulajże, kotku, lulaj…
Chociaż uważał się za dużego, ta prosta kołysanka często przychodziła mu na myśl, szczególnie w najgorsze noce. Zamykając oczy, nucił ją w duchu i przypominał sobie ciepło jej rąk.
Później kobieta znikła, rozmyła się, zostawiając mu tylko tę piosenkę i wspomnienie. Nikogo więcej w swoim życiu nie miał. W myślach nazywał ją mama. Chociaż pewnie była tylko opiekunką.
Pielęgniarka zamknęła okno i zaczęła ścielić łóżko na przeciwko. Piotrek się ucieszył samemu było nudno.
Zaraz potem do sali wjechała leżanka, a wokół niej biali ludzie lekarze. Rozpoczął się gwar. Piotrek nie widział zbyt wiele ze swego łóżka, ale zauważył leżącego chłopaka, drobnego, ostrego na twarzy, podpiętego pod kroplówkę.
Została po chwili tylko pielęgniarka i mężczyzna w podniszczonym białym kitlu.
Nie rozmawiali prawie wcale, padały pojedyncze słowa.
On będzie spał wyjaśniła pielęgniarka.
Dobrze. Dziękuję.
Zawołajcie…
Jasne.
Został tylko mężczyzna, głowa oparta między dłońmi, bez ruchu. Chłopiec spał.
Było duszno, ale mężczyzna nie zdejmował marynarki. Piotrek miał wrażenie, że on również śpi.
Po chwili Piotrek przekręcił się na bok, łóżko zapiszczało. Mężczyzna odwrócił się zmarszczki na czole, sińce pod oczami, spojrzenie jednak przyjazne.
Dzień dobry wyszeptał nieśmiało, jakby dopiero dostrzegł drugiego pacjenta.
Dzień dobry odpowiedział Piotrek.
Mężczyzna ocknął się, zerknął na syna, potem przestawił krzesło i dosiadł się.
Operacja?
Tak, wyrostek.
Dobrze, nie wstajesz jeszcze?
Nie wolno.
Czegoś ci trzeba?
Nie wolno mi. Do wieczora głodówka. A on co tu robi? wskazał brodą semiego.
On? Co innego mu dolega. Dramat. Mogę tu z wami zostać do jutra? Jeśli ci będą robić coś, wyjdę.
Nie przeszkadza mi, pokręcił głową Piotrek.
Mężczyzna przesunął krzesło i szepnął:
On ma na imię Szymek, jedenaście lat. A ty?
Piotr, dziesięć.
Dziękuję, Piotrze powiedział enigmatycznie mężczyzna.
Następny dzień był pełen ludzi w sali. Szymon miał kroplówki, odwiedzał ich lekarz. Ojciec nie wychodził, spał obok na łóżku. Mama później przyjechała smutna, wysoka, z zapłakanymi, czerwonymi oczami, prowadzona pod rękę. Siostra ojca, wyszystko się ujawniało.
Ktoś wspomniał by przenieść Piotrka do innej sali żeby rodzinie Szymka dać spokój.
Przeniesiemy go dziś.
Lekarz podszedł do Piotrka:
Jak się czujesz, chłopie?
Trochę boli.
Spał kolejnej nocy źle, rana dokuczała, leżał głodny. Z rana usunęli mu kroplówkę.
Próbuj powoli wstawać. Przeniesiemy cię do innej sali dziś.
Piotrek bardzo chciał wstać, ale wciąż nie miał siły. Do sali weszła kuzynka Szymka.
Pomóc ci?
Bez potrzeby, powiedział, chociaż zakręciło mu się w głowie. Usiadł, po czym znów się położył.
Wiesz, gdzie moja odzież? zapytał kuzynkę.
Nie wiedziała, ale obiecała sprawdzić.
Tylko pilnuj Szymka, dobrze?
Przynieśli nareszcie ubranie szpitalną, za dużą piżamę.
Odwrócę się, nie stresuj się powiedziała.
Piotrek starał się zakładać wszystko sam, potykał się, nie mógł się schylić pomogła mu więc cierpliwie, a że zajęło jej to chwilę, Piotrkowi zrobiło się słabo.
Zaraz zemdleję…
Dziewczyna złapała go, posadziła na krześle.
Ale jesteś blady. Jadłeś coś dziś? Jak masz na imię?
Piotrek.
Ja Jagna. Musi być przy tobie mama. Zadzwonić do niej?
Mamy nie mam.
Oj… A tata albo ktoś?
Poradzę sobie, lepiej już. Idę do łazienki.
W łazience spojrzał w lustro oczy czarne, obwódki sine, usta białe. Opiekunka mówiła mu kiedyś, że nazwisko Piotrowski pasuje do jego oczu, jak skrzydło kruka. W domu dziecka wołali na niego Kruk. Był dumny z tego przezwiska.
Obmył się zimną wodą i rzeczywiście poczuł ulgę. Pojawił się kisiel, przyniosła mu go opiekunka.
Od teraz sam chodzisz do stołówki.
A którędy?
W prawo, potem schodami znów w prawo. Trafisz po zapachu zażartowała.
Dopiero prawie zemdlał, niech lepiej ktoś przyniesie sam wtrąciła Jagna.
Piotrek nie mógł usiedzieć. Przesiadywał przy Szymonie. Przyglądał się mu, był śliczny dziewczęca twarz, loczki, ale bardzo chudy.
On umiera? spytał wprost.
Jagna drgnęła.
Nie wiemy, ale… Tak, Szymuś jest bardzo chory. Cztery operacje na brzuchu. Rodzice są wykończeni. Ale cuda się zdarzają, prawda?
Nie wiem odpowiedział Piotrek i usiadł.
Widzi, Szymek trafił na gorszy los, choć miał wszystko: rodzinę, dom, babcię i dziadka. Piotrkowi nie było nawet czego zazdrościć.
Nie przeniesiono go od razu. Wciąż przychodził, gdy go przenieśli do starców. Siedział przy Szymonie. Nikogo nie obchodziło, że się tam kręci.
Od przedłużonego pobytu zebrało się dokumentów. Ojciec Szymka, pan Dariusz, wiedział już wszystko. Cicho podpytywał, donosił mu ciuchy Piotrkowi nie mogło przeszkadzać, że pożyczone, ale zapytał nieśmiało:
To Szymka?
Tak, Szymka.
A jakby nie umarł?
Dariusz spojrzał bardzo poważnie. Nikt w ich rodzinie nie wypowiadał tego słowa umrze. Wszyscy czekali i bali się, nawet mama, Zofia, z dnia na dzień coraz bledsza i cichsza, leżała na środkach uspokajających.
Niestety, Szymek już nie wyzdrowieje. Odchodzi, Piotrze odpowiedział.
To boli, umierać? Piotrek przyciskał do siebie swetry Szymka.
Szybciej niż zasnąć. Robimy wszystko, by nie bolało.
Ale on rusza rękami.
Stąd mówimy, może słyszy. Ale i tak nie wiadomo.
Wieczorami zostawał przy synu Piotr, mówił do niego to, czego bał się powiedzieć komukolwiek. Dariusz słuchał przez drzwi.
…nie wiem, gdzie matka moja. Może już nie żyje. Zostawiła mnie, ale to nie szkodzi. Gdyby wróciła, wybaczyłbym. Ty nie umieraj… Mama twoja rozpacza, ojciec wspaniały człowiek. Gdybym takiego miał, nigdy bym nie umarł. Sweter oddam. Mam ich na pęczki…
Dariusz usiłował się nie rozpłakać.
Dzień śmierci Szymka był szary i cichy. Piotrek nie zauważył. Poszedł na śniadanie, gdy wrócił, łóżko było zajęte przez innego chłopca.
A Szymek…? zapytał ostrożnie personel.
Ktoś cicho odpowiedział:
Odszedł. Tak bywa.
Wybiegł na korytarz. Sprzątaczka myła podłogę. Jak zahipnotyzowany kopnął wiadro z wodą. Sprzątaczka krzyczała, pielęgniarki robiły zamieszanie. Piotrek zamknął się w swojej sali, zwinął w kłębek i zakrył uszy.
Wszystko na nic! Cały szpital, tylu lekarzy nie potrafili uratować mu przyjaciela.
Kiedyś, jeszcze leżąc z nim w nocy w jednej sali, przyśniła mu się dziwna rzecz: Szymek usiadł na łóżku, smutno się uśmiechając. Piotrek podniósł się, chciał go objąć, ale Szymon powiedział: Zostań, tylko posiedzę. Zaczął opowiadać o życiu.
Nie wszystko pamiętał ze snu, ale pamiętał głos przyjaciela we śnie. W końcu Szymon zerknął przez okno, wyszedł na parapet, Piotrek się obudził zlany potem, przerażony, że Szymek zaraz wyleci z okna.
Za oknem czarne gałęzie szumiały dziwnie. Szymek we śnie kręcił głową, szarpnął ręką. Piotrek przesiadł się do niego cicho, chwycił rękę i zaśpiewał mu:
Kotku-mruczku, ogonek bury,
Lulajże, kotku, lulaj…
Od tego czasu Piotrek często rozmawiał sam ze Szymonem w głowie. Szymek opowiadał o rodzinnych wyjazdach nad morze, o dziadku generale, o ogromnym pokoju i pobudkach maminych. Tak sobie Piotrek wyobrażał, jak wygląda życie w rodzinie.
Czasem miał wyobrażenia zupełnie nierealne jakaś wielka sala, łóżka pod ścianą każdemu osobno, szafki, śniadanie, które mama nalewa nabierką.
***
Dariusz, gdy zmarł syn, czuł ulgę. Nie dlatego, że go nie kochał. Wręcz przeciwnie Szymek już nie żył na prawdę, tylko wegetował. Teraz Dariusz miał pomóc żonie zaakceptować stratę.
W pamięci wracał do Piotrka.
Nie czas jeszcze na adopcję, wiedział. Zofia nie zrozumiałaby, nikt nie zastąpi jej Szymka. Portret syna stał wśród kwiatów pośrodku salonu. Każdego dnia jeździli na cmentarz.
A Piotrek… Nigdy nie miał rodziny.
Dariusz, uparty, odwiedził dom dziecka. Tam, jakby ktoś czuł, że nie powinien przychodzić pytano go, patrzono podejrzliwie. Rozmawiał z dyrekcją, z konsultantką Magdą, dawną przyjaciółką. Wszystko z entuzjazmem, choć powiedziano mu: najpierw decyzja Zofii i Piotrka.
Magda powiedziała, by nie przyspieszać rzeczy.
Siostra Dariusza, Jagna, podchodziła do sprawy sercem. Sama też próbowała rozmawiać z Zofią.
Ale Zofia wciąż płakała.
On nie zastąpi Szymka…
To nie o to chodzi, by zastąpił, tłumaczył Dariusz. On też jest samotny. Jest inny, trudny, dziki, ale dobry.
Nie naciskaj.
To była pierwsza zgoda.
Pierwsze spotkanie z Piotrem odbyło się w gabinecie dyrektorki. Chłopak siedział spięty, nie patrzył w oczy, palce ściskał.
Magda siedziała obok, nie przeszkadzając. Dariusz nie wiedział, co mówić, więc próbował żartować. Piotrek był niewzruszony, wyszli szybciej niż planowano.
On chyba nie jest do nas przekonany? pytał w drodze powrotnej.
Myli się pan, odezwała się Magda. On bardzo chce być wybrany. Chce być godny, boi się, że nie wystarczy.
My jesteśmy straszni?
Jesteście prawdziwi. Nie zna tego, boi się. Teraz tylko o tym myśli.
Zdecydowali, że Piotrek przyjedzie na herbatę. Zgodził się, choć trząsł się cały.
Na kuchni, gdzie usiedli, Piotrek bał się oddychać. Zawstydzony, ręce mu się pociły, patrzył w talerz, nawet nie smakował potrawy.
Kiedy Dariusz upuścił łyżkę, Piotrek szepnął nerwowo:
Ale obciach.
Totalny, dokładnie! śmiał się Dariusz. Jedz, chłopaku, nie bój się.
Piotrze, chcesz zobaczyć pokój Szymka? spytała Zofia.
Ożywił się, aż mu się oczy zaświeciły. Wszedł, od razu zobaczył zdjęcie Szymka.
On wygląda zdrowiej tutaj…
Był silniejszy.
Przed… no… przed tym, jak odszedł? Piotr podał zdjęcie.
Zofia się wahała, nie mogąc wypowiedzieć słowa zmarł.
Przed śmiercią? zapytał chłodno. Pogładził ramę, a potem zaczął przeglądać albumy.
Zofia podeszła cicho:
A jeśli byśmy cię chcieli adoptować? spytała nagle.
Piotrek znów się zamknął.
Nie wiem. Szymek był dobry, a ja… nie bardzo. Ja nie potrafię… wyjąkał.
Zofia go objęła, mocno, zdecydowanie. Piotrek sztywniał, dawno nikt go nie przytulał naprawdę. Czuł ciepło, zapach i nie umiał się wycofać. Udawał, że przegląda album, ale z oczu nagle popłynęły mu łzy.
Płaczesz, Piotrusiu? No, nie płacz, bo i ja zaraz zacznę wyszeptała Zofia. Jesteś mężczyzną, musisz być silny!
Tę frazę już znał.
Okno było lekko uchylone. Wiosenne powietrze lekko wypychało firankę. Z portretu patrzył na niego Szymek mądry, spokojny, taki żywy.
Piotruś, przez łzy, spytał cicho:
A pani zna taką piosenkę… Kotku-mruczku, ogonek bury, lulajże, kotku, lulaj
Znam. Chcesz, żebym się nauczyła?
Piotrek skinął głową. Już niczego więcej naprawdę nie potrzebował…


