W małym gabinecie weterynaryjnym w Warszawie powietrze było gęste od emocji, jak przed burzą nad Mazowszem. Ściany zdawały się przybliżać, a sufit wisiał nisko, jakby chciał osłonić tych, którzy znajdowali się pod nim. Chłodne światło jarzeniówek odbijało się od białych kafelków, nadając wszystkiemu niebieskawy odcień smutku. Cisza panowała tu niczym w kościele przed podniesieniem głęboka, niemal święta, przerywana tylko cichym szmerem oddechów.
Na metalowym stole, przykrytym starą kraciastą derką, leżał Burek niegdyś dumny owczarek podhalański, pies, którego łapy pamiętały górskie szlaki Tatr, a uszy słyszały szum potoków i świst wiatru w halach. Pamiętał zapach ogniska, ciepło ludzkiej dłoni na grzbiecie i ten głos, który zawsze mówił: Jestem przy tobie. Teraz jednak jego sierść była matowa, a ciało wiotkie, jakby natura sama poddała się chorobie. Oddychał ciężko, każde westchnienie walką z niewidzialnym wrogiem.
Obok niego, zgarbiony pod ciężarem żalu, siedział Krzysztof Kowalski człowiek, który wychował Burka od szczeniaka. Jego dłoń drżąca, ale delikatna gładziła psa po uszach, jakby próbując zapamiętać każdy włos, każdy szczegół. Łzy wisiały mu na rzęsach, gorące i ciężkie, ale nie spływały, jakby bały się naruszyć tę kruche chwilę. W jego oczach malował się cały świat: ból, miłość, wdzięczność i żal, którego nie da się wyrazić słowami.
Byłeś moim światłem, Burku szepnął ledwo słyszalnie, jakby bał się obudzić śmierć. Nauczyłeś mnie wierności. Byłeś przy mnie, gdy upadałem. Lizałeś moje łzy, gdy już nie miałem siły płakać. Wybacz mi że nie uchroniłem cię. Wybacz, że tak to się kończy
A wtedy Burek słaby, wyczerpany, ale wciąż pełen miłości otworzył oczy. Były zamglone, jakby patrzył już gdzieś poza ten świat, ale wciąż tliła się w nich iskra poznania. Zebrał resztki sił, uniósł głowę i wtulił pysk w dłoń Krzysztofa. Ten gest rozdarł mu serce na dwoje. To nie był dotyk to był krzyk duszy: Jeszcze tu jestem. Pamiętam cię. Kocham



