Piąsek Przez Palce

**Piasek przez palce**

W domu panowała gęsta cisza, przerywana tylko trzaskiem drewna w piecu. Jadwiga Nowak, kobieta o zmęczonej, pooranej zmarszczkami twarzy, śledziła wzrokiem syna, który w milczeniu pakował ostatnie rzeczy do płóciennego worka. Jutro wojsko.

Synku, Krzysiu, powiedz mi, co ty widzisz w tej w tej wietrznicy? nie wytrzymała, a jej głos, stłumiony ukrytym bólem, załamał się do szeptu. Ona cię za grosz nie szanuje! Patrzy z góry, a ty tylko o niej myślisz. Dziewczyn w wiosce jak mrówków! Na przykład Zosia, Kowalska Rozsądna, pracowita, patrzy na ciebie z nadzieją, a ty nawet nie zauważasz. Jakby cały świat zamykał się w tej jednej Marcie.

Krzyś, wysoki, barczysty chłopak o upartym podbródku i teraz zmarszczonych, zwykle dobrych oczach, nie odwrócił się. Jego palce pewnie zacisnęły węzeł.

Nie potrzebuję żadnej Zosi, mamo. Zdecydowałem. Od dziecka kocham Martę. I jeśli ona mnie nie zechce To wcale się nie ożenię. Daremnie się martwisz, uspokój się.

Ona cię skrzywdzi, Krzysiu! Serce mi to mówi! szlochała matka. Piękna tak, diablica Ale zimna, lekkomyślna. Jej miejsce w mieście, nie w naszej wsi.

Krzyś w końcu się odwrócił. W jego spojrzeniu była nieprzenikniona, twarda ściana.
Koniec tematu.

W tym samym czasie w sąsiednim domu, pachnącym tanią perfumą i młodością, lustro odbijało zupełnie inny obraz. Marta kończyła wieczorny rytuał: podkreśliła oczy kredką, dokładnie pomalowała usta. Jej wygląd, jaskrawy i wyzywający, krzyczał o pragnieniu, by zostać zauważoną, porwaną, zabraną daleko stąd.

Marta, po co się tak malujesz? dobiegł z kuchni głos matки. Znowu na potańcówkę? A potem balowanie do rana? Chociaż Krzysia zaproś. Chłopak jaki! Technikum kończy, nie byle kto. Robotników zatrudnił, z ojcem dom stawia mówi, dla przyszłej żony. A sam tylko na ciebie patrzy, jak urzeczony.

Marta prychnęła, obracając się przed lustrem, podziwiając swoje odbicie.
Twój Krzyś to prostak, jakich mało. Dom stawia Młodość jest tylko raz, mamo! Trzeba żyć, bawić się, a on haruje jak wół, nigdzie nie wychodzi, nie oddycha pełną piersią. Młodość minie i nie będzie co wspominać. Nie potrzebny mi, słyszysz? Ani trochę. Nawet nie próbuj.

I, niczym motyl, wyfrunęła z domu, zostawiając za sobą tylko obłok drażniącego zapachu.

Jesień tego roku była złota i gorzka. Krzyś, otrzymawszy dyplom, dostał też powołanie. Rodzice urządzili skromne, ale serdeczne pożegnanie. Przyszła i Marta z matką jako najbliższe sąsiadki.

Krzyś, w nowym, niewygodnym garniturze, szukał okazji. Serce waliło mu w gardle. Złapał Martę w korytarzu, nieśmiało przytuloną do ściany.

Marto zaczął, a głos zdradliwie mu zadrżał. Mogę pisać do ciebie listy? Wszyscy żołnierze piszą do swoich dziewczyn. A ja nie mam dziewczyny. Może zgodzisz się być moją? Choć na odległość?

Marta spojrzała na niego z pobłażliwością, jak na miłego, lecz natrętnego szczeniaka. Pomyślała chwilę.
No, pisz. Jak będzie mi się chciało odpowiem. Jak nie nie gniewaj się. Dobrze?

To mu wystarczyło. Jego twarz rozbłysła taką nadzieją, takim światłem, że Marta na moment spuściła wzrok. Prawie jej się przykro zrobiło.

Przez jakiś czas odpisywała na jego listy, pisane starannym żołnierskim charakterem. Ale po szkole rzuciła się w wir miasta, by zdawać na pedagogikę. Szara wiejska codzienność została za jej plecami, razem z naiwnymi żołnierskimi wyznaniami. Korespondencja nagle się urwała.

Jej matka tylko wzdychała, cicho mając nadzieję, że córka opamięta się, poczeka na Krzysia, osiądzie, a studiować można i zaocznie gdyby tylko chciała. Ale Marta nie chciała słuchać.

Skończę studia, wyjdę za miejskiego, inteligenta! I nigdy, przenigdy nie wrócę do tej zapadłej, zapomnianej przez Boga wioski! wrzeszczała w histerii, gdy matka próbowała bronić wiejskiego zalotnika.

Ale los okrutnie się z niej naśmiał. Pierwszy egzamin wypracowanie oblała z hukiem. Gorzka ironia polegała na tym, że nie miała na kogo zrzucić winy. W ich wiejskiej szkole nauczycieli zawsze brakowało. Polski i niemiecki prowadziła jedna osoba Niemka, Elżbieta Schmidt. Niemiecki znała perfekcyjnie, polski ledwie. Marta, jak większość jej klasy, nie umiała dobrze ani jednego, ani drugiego.

Ale Marta nie potrafiła długo rozpaczać. Miasto kusiło światłami, i szybko znalazła pocieszenie w czarującym i cynicznym Edwardzie. Edzik studiował na ostatnim roku prawa i mieszkał sam w trzypokojowym mieszkaniu, podczas gdy jego rodzice pracowali na północy.

Marta szybko się do niego wprowadziła. By nie siedzieć na karku i nie żebrać u matki, zatrudniła się w stołówce robotniczej. Na kucharkę, oczywiście, jej nie wzięli. Jeździła wózkiem z pierogami po halach, czując na sobie oceniające spojrzenia robotników.

W mieszkaniu Edzika szybko się zadomowiła: wypolerowała zaniedbane pokoje, gotowała gęste bigosy i przynosiła z pracy pierogi. Wyobrażała sobie, że jest pełnoprawną gospodynią, niemal żoną. Mieszkanie jest, mężczyzna perspektywiczny. Można pomyśleć o dzieciach. Była w nim zakochana aż do zawrotu głowy, do utraty tchu. Był dla niej ucieleśnieniem tego miejskiego, pięknego życia, o którym marzyła.

Mieszkała z nim prawie rok. Aż pewnego wieczoru, zimnego i deszczowego, Edzik, rozwalony na kanapie, powiedział bez emocji:
Marto, koniec, pobawiliśmy się i dość. Miłość minęła, znudziłaś mi się. Wynoś się. Rodzice wracają za kilka dni.

W jej wnętrzu coś się urwało i zamarzło. Ale dumna, już nauczona miejskiej brutalności, nie pokazała po sobie. Spokojnie, bez histerii, spakowała swoje rzeczy do tej samej walizki i poszła do koleżanki. Dop

Rate article
Fajna Tajna
Piąsek Przez Palce