Od zawsze miałam wrażenie, że to nie jest moje życie, tylko jakiś dziwny sen utkany z mgły i płynnych granic. Wszystko zaczęło się na Uniwersytecie Warszawskim, gdzie poznałam mojego przyszłego męża, Bartosza. Nie miałam innych chłopaków, nie szukałam nikogo poza nim. Byłam dinozaurem w świecie pełnym motyli wierna jednej osobie, nie mrugałam do nikogo innego.
Ślub wzięliśmy na trzecim roku studiów. Młodzi i naiwni, brzdąkaliśmy na gitarze na schodach akademika, śmiejąc się z trzeźwości przyszłości. Czy nasza miłość była silna? Może. Skoro tyle lat dzieliliśmy jedno łóżko, wspólne klucze i śniadania z kawą zalewaną wrzątkiem w szklance z metalowym uchwytem. Koledzy po fachu stawiali nas za wzór nie byliśmy jedyną parą w grupie, a jednak to do nas wzorowano się przy planowaniu ślubów i opowieści o szczęściu. Czemu? Może przez nasz upór. Kleiliśmy się siebie, mimo iż prozę życia oddychała nam w kark.
Na czwartym roku przyszło dziecko. Nie rzuciliśmy studiów; pan profesor, z niejednym wąsem, patrzył na nas z pobłażaniem, przyjmując wyjaśnienia bez szemrania. Z uporem ciągnęliśmy naukę, dzieląc podręczniki pod kocykiem w zimnym mieszkaniu na Pradze. Dyplomy zdobyliśmy, hulaliśmy po mieście za ostatnie złote, ciesząc się chwilą utrzymania się na powierzchni.
Bartosz pomagał zawsze. Podział obowiązków był naszą magią: jeden zmieniał pieluchy, drugi gotował rosół. Nie potrafiłam sobie wyobrazić innego męża. Bartosz był moją ostoją i ideałem, bratnią duszą. Uzupełnialiśmy się, spory liczyłam na palcach jednej ręki. W tej sielance a przynajmniej tak mi się śniło w tym pokręconym śnie uznaliśmy, że czas na córkę. Bo czemu nie? Kochający mąż, samodzielny syn brakowało tylko dziewczynki, by pejzaż był kompletny.
Z pozoru byłam najszczęśliwszą kobietą pod słońcem. Bartosz mnie kochał i wspierał. Na zmiany wracał do domu, bawił się z dziećmi, a ja mogłam sobie wyjść na chwilę do łazienki, popatrzeć w lustro. Nigdy nie myślałam, że ten sen tak gwałtownie skręci. Nagle zauważyłam, że coś się zmieniło. Jego oczy stały się zimniejsze, głos szary. Zaczął zostawać w pracy po godzinach, szukał wad, czepiał się o drobnostki. Nerwy wisiały w powietrzu jak grzmot przed burzą.
Pewnego dnia, kiedy zapytałam Jak Ci minął dzień?, usłyszałam, że moim zadaniem jest gotować żurek, wycierać nosy dzieciom i nocą zadowalać męża. Z takim nastawieniem znikła ochota, by cokolwiek robić i w kuchni, i w sypialni. Myślałam, że zrozumie, zmieni się, przecież tyle razem przeżyliśmy, ale było tylko gorzej. Zaczął wracać pijany, znikał na całe noce. Zamiast partnera przychodził tyran.
Którejś nocy wszedł do domu i wrzasnął:
Mam dość wrzasków dzieci i twoich rozciągniętych dresów. Nigdy nie byłem z ciebie dumny, nie malowałaś się, nie stroiłaś dla mnie. Wstyd mi z tobą gdziekolwiek iść, zaniedbałaś się. Myślisz tylko o pieniądzach, nikt się nie pyta czego ja chcę!
Wykręciłam numer do teściowej, ale ta stanęła za swoim synem murem, błagając, bym nie brała rozwodu. Spakowałam siebie i dzieci, uciekłam do wynajmowanego mieszkania na Żoliborzu. Koleżanka pomogła mi zapisać córkę, Zofię, do przedszkola. Znalazłam dodatkową pracę. Jest ciężko, ale przynajmniej nie ma już pięści uderzających w ściany.
Dopiero na rozprawie sądowej dowiedziałam się, że Bartosz jest poważnie chory psychicznie. Jego rodzice celowo to przede mną ukryli. Sprowadzili mnie do rodziny, bo byłam cicha, ułożona wymarzona żona dla ich syna-psycho. Matka leczyła go nawet w Niemczech, nic to nie dało. Potem były tabletki, by wyglądać na pozornie normalnego człowieka. Szkoda mi go, naprawdę, ale nie chcę mieszkać z niestabilnym człowiekiem. Najważniejsze, by dzieci nie odziedziczyły po nim tej choroby.
I kiedy próbuję się dobudzić, widzę tylko matowe światło, rozciągnięty czas i siebie na tle szarych polskich bloków, z córką i synem, idącą przez niekończący się park.



