Pewnego dnia wrócił do domu i zaczął krzyczeć: „Mam dość dziecięcego płaczu i twojego domowego zamieszania”

Jestem żonata od wieków mam wrażenie, że za chwilę będę obchodzić perłową rocznicę. Męża poznałam jeszcze na uczelni w Krakowie. O innych kandydatów nawet się nie otrębiłam wybrałam właśnie jego i przy nim zostałam. Należę do tych dinozaurów, które nie łypią oczkiem na boki i trzymają się swojej pary jak pierogi farszu.

Pobraliśmy się na trzecim roku. Młodzi, naiwni i świeżutcy jak bułeczki z piekarni pod blokiem. Czy to była wielka miłość? Pewnie tak, skoro przez tyle lat dzieliliśmy jeden dach pod krakowskim niebem. Koledzy ze studiów robili z nas wzór związku, choć nie byliśmy jedyną parą w dziekanacie. Czemu tak? Może dlatego, że zawsze trzymaliśmy się razem nawet jak świat walił się nam na głowę.

Na czwartym roku przytrafił nam się syn. Studiów nie rzuciliśmy część wykładowców patrzyła na nas przez palce (ale sympatycznie), a my grzecznie nie wykorzystywaliśmy sytuacji. Zacisnęliśmy zęby, ukończyliśmy Alma Mater, odebraliśmy dyplomy i urządziliśmy małą imprezkę. Mąż zawsze pomagał mi w domu dzieliliśmy się gotowaniem, sprzątaniem i całą tą dorosłą nudą.

Nie potrafiłam sobie wyobrazić innego męża on był moim ideałem, bratnią duszą, całą resztą zestawu lego. Idealnie się uzupełnialiśmy, a pokłócić to się raczej nie potrafiliśmy. W takiej sielance rodzinnej tylko wypiekać dzieci więc po dwóch latach wzięliśmy się za córkę.

Bo czemu nie? Miałam troskliwego męża, zdrowego i samodzielnego synka… brakuje tylko dziewczynki do kompletu, prawda?

Teoretycznie powinnam być najszczęśliwszą kobietą świata. Mąż kochał, wspierał, nawet po 12-godzinnej zmianie miał siłę pograć z dziećmi, a ja mogłam odetchnąć z kawą. Nic nie zapowiadało dramatu aż tu nagle zauważyłam, że mój mąż zrobił się chłodny jak schłodzony kompot.

Coraz częściej wracał późno z pracy, szukał zaczepki o byle co. Wiecznie podminowany, wiecznie zły. Raz, gdy spytałam Co u ciebie?, odburknął: Ty się lepiej skup na swoim barszczu, zasmarkanych bachorach i na tym, żeby mężowi dogodzić w łóżku.

Po takiej odpowiedzi odechciało mi się gotowania, nie mówiąc o sypialni… Myślałam, że mu przejdzie i się ogarnie, ale było coraz gorzej. Z czasem zaczął zaglądać do kieliszka i znikać na całą noc. Zamiast kochającego ojca wracał despota, przy którym nawet kot chodził na palcach.

Pewnego pięknego polskiego wieczoru wpadł do domu i zaczął wrzeszczeć:

Mam dość darcia tych dzieci, twoich rozciągniętych dresów! Nigdy nie byłem z ciebie dumny, nigdy nie malowałaś się dla mnie ani nie stroiłaś się jak trzeba. Wstyd mi z tobą wyjść. Myślisz tylko, jak wyciągnąć ode mnie kolejne złotówki, a nikt nie pyta, czego ja chcę!

Zadzwoniłam do teściowej może przestraszy się mamy, to zmieni się na lepsze. Ale mama, wiadomo obrońca synka, błagała, żebym nie składała papierów rozwodowych. Spakowałam walizkę, dzieci i przeprowadziłam się do wynajmowanego mieszkania na Nowej Hucie. Koleżanka pomogła mi załatwić żłobek dla córki, a sama dobrałam drugą pracę dorywczą. Ciężko jest, ale jakoś dajemy radę przynajmniej nikt nie wymachuje pięścią!

Dopiero na sprawie rozwodowej wyszła cała prawda mój mąż od dawna był chory psychicznie. Rodzina specjalnie mnie trzymała w nieświadomości. Marzyli o spokojnej, ugodowej synowej dla swojego… ekhm… nieco ekscentrycznego syna. Mamusia leczyła go nawet w Niemczech, ale efektów brak. Był faszerowany tabletkami, żeby mógł jakoś funkcjonować w społeczeństwie. Jasne, że mi go żal nie ma łatwo, ale od mieszkania z niezrównoważonym już wolę własny pokój z grzejnikiem na pół gwizdka. Najważniejsze, żeby dzieci nie odziedziczyły po nim tej oryginalności.

Rate article
Fajna Tajna
Pewnego dnia wrócił do domu i zaczął krzyczeć: „Mam dość dziecięcego płaczu i twojego domowego zamieszania”