Dawno temu pewna staruszka, pani Jadwiga, wzięła sobie na wieś szczeniaka owczarka środkowoazjatyckiego, którego nazwała Miszka. Piesek rósł jak na drożdżach i pilnował wszystkiego jak należy. Jadł miskę żarcia w mgnieniu oka, drapał się o płot aż się wyginał, a czasem prawie zdołał wyrwać łańcuch, gdy pani Jadwiga szła obok. Z Miszką nigdy nie było nudy zawsze musiała się czymś zająć.
Ale w końcu pani Jadwiga umarła. Nie z powodu psa, po prostu nie dożyła dziewięćdziesiątki. Wkrótce do jej domku na Mazurach przyjechały dzieci i wnuki, aby uporządkować sprawy po babci. A tam, na podwórku, przy budzie siedzi Miszka na łańcuchu. Spojrzenie mówi wszystko gości przyjęła z otwartymi łapami. Rzadko się zdarza, że nagle w jednym domu pojawia się tylu witamin i różnorodnej karmy. Rodzina zaczęła się zastanawiać, co z nią zrobić. Uśpić szkoda. Zostawić strach mieszkać. Puścić luzem w świat to nie po bożemu. Świat nie jest aż tak okrutny, by kogoś takiego wypuścić bez opieki. Postanowili przekazać pieska w dobre ręce, nawet dopłacając, jeśli będzie trzeba. Dla kogoś, kto weźmie tego włochatego potwora, już na niczym nie zależało.
Znaleźli pana Marka, który od zawsze marzył, by karmić psa miskami jedzenia i czesać go po grzbiecie takim sprzętem, jak grabie. Ludzie mają przeróżne marzenia i swoje psychologiczne zagwozdki. Wezwali weterynarza.
Wytłumaczyli mu cały plan piesek dostanie zastrzyk uspokajający, aby bezpiecznie przenieść go do nowego domu. Po drodze na wszelki wypadek krzyżyk na drogę, świeczka za zdrowie lub za duszę różnie bywa.
O umówionej godzinie weterynarz przyjechał z karabinem na strzałkę usypiającą. Weterynarze są niesamowicie odważni. Załadowano karabin i jednym precyzyjnym ciosem wstrzelono środek nasenny. Odczepili Miszkę od łańcucha, położyli na brezent i zawlekli do samochodu.
Wrzucili psa do bagażnika połączonego z kabiną. Z przodu jechał weterynarz wiadomo, że profesjonalista musi mieć wygodę. Pan Marek był za kierownicą, a z tyłu cała rodzina babci Jadwigi. Rozmawiają, wspominają aż tu nagle, w środku drogi, Miszka zaczyna się budzić.
Podniosła łeb i zaczęła z zainteresowaniem rozglądać się dookoła. Wszędzie ludzie. Siedzą. Patrzą na nią.
Weterynarz oczy jak spodki. Pan Marek tak samo. Nawet głowy na drogę nie odwrócił ani razu. Miał wtedy gdzieś, że prowadzi auto.
Ciekawe pomyślała Miszka.
Czy to już niebo? zastanawiali się ludzie.
Miszka postanowiła przemieścić się do środka samochodu, bliżej ludzi, a co będzie się ociągać? Pan Marek już próbował otwierać drzwi, żeby dać nogę z auta w końcu wcześniej też go nie obchodziło, że prowadzi. Miszka po prostu wszystkich obśliniła. I rodzinę babci, bo w końcu nie są tacy obcy. I pana Marka, bo w sumie bratnia dusza. I weterynarza też… nawet jeśli wcześniej do niej strzelał. Cóż, nie człowiek to się nie przejmuje.
Wtedy wszyscy zrozumieli, że z ludojadem nie mieli racji. Dojechali na miejsce całkowicie mokrzy od góry, bo pies nie szczędził całusów, a od dołu, bo kiedy Miszka się budziła, wszystkim serce stanęło ze strachu.
Moja ukochana mazurska działka ileż tam wspomnień i niespodzianek.


