Przyprowadzono do mnie pewną dziewczynkę, o której mama mówi, że nikt nie chce się z nią zaprzyjaźnić. Nigdzie…
Zmieniły dwie szkoły, dziesięć kółek zainteresowań i sekcji, a nawet zmieniły miejsce zamieszkania…
Mama nieustannie pociesza swoją córkę, mówiąc, że to źli ludzie, którzy nie potrafią jej docenić, dlatego z nią nie chcą się przyjaźnić… ale następnym razem (który to już raz???) pojawią się dobrzy znajomi, którzy ją docenią i zaprzyjaźnią się z nią…
Dziewczynka tak bardzo wierzy mamie i w jej wygodną wersję wydarzeń, że czuje się urażona przez cały świat — dlaczego ci dobrzy tak długo się nie zjawiają?
Siedzi naprzeciwko mnie, nadąsana, oczy pełne łez…
Przysuwam się bliżej, chwytam jej ręce i cicho pytam:
— A skąd wiesz, że nikt nie chce się z tobą przyjaźnić? Odrzucają cię? Nie odpowiadają na twoje powitania? Nie przyjmują pomocy? Ignorują prośby…
Dziewczynka patrzy zdziwiona i odpowiada:
— Nie… ja siedzę, a nikt do mnie nie podchodzi…
— A wiesz, że tak siedząc, możesz czekać bardzo długo? — uśmiecham się, — innymi słowy, przykro mi to mówić, ale przyjaciele się nie pojawią…
— Dlaczego? — łzy zaczynają płynąć.
— Bo chcesz się zaprzyjaźnić, ale nie znasz najważniejszej zasady przyjaźni…
— Znam!!! — krzyczy dziewczynka.
— Oświeć mnie, proszę.
— Gdy się przyjaźnią, to wszyscy się ze mną dzielą, wszędzie mnie zapraszają, wszystko mi opowiadają i mnie kochają…
— A co ty robisz…
— A ja z nimi chodzę…
— Wspaniała nagroda. Do takiej powinna ustawiać się kolejka…
A tak na poważnie, powiedz mi, CZY POTRAFISZ SZCZERZE INTERESOWAĆ SIĘ ŻYCIEM INNYCH LUDZI…
Niech nawet nie będą to twoi rówieśnicy…
Opowiedz mi, co lubi twoja mama…
Kiedy jest smutna…
Czy pytasz ją, jak się czuje…
Jak możesz jej pomóc, gdy jest zmęczona…
Albo tata?
Albo brat?
Albo ktokolwiek, kogo znasz…
— A nie powinnam!!! Mam tylko 10 lat!!! — wybucha.
— Masz JUŻ 10 lat, — spokojnie odpowiadam… i zaczynamy się uczyć, czym jest przyjaźń…
Dziewczynka oczywiście nie jest winna…
A takich, jak ona, jest teraz co drugi…
To wszystko nasz rodzicielski dziecocentryzm, nie dopuszczamy myśli, że dziecko od pieluch można uczyć nie tylko brać, ale i dawać…
Nie jesteśmy już dla nich rodzicami, tylko animatorami, którzy natychmiast czują się winni, gdy tylko zauważą, że dziecko się nudzi…
Rzucamy się do zabawiania, albo podkładamy ratunkowy telefon…
A one potem nie umieją się same sobą zająć, i w każdej chwili domagają się nowych rozrywek, stanowczo nas obwiniając, że im nudno…
I niewielu rodzicom przychodzi do głowy odpowiedzieć, że im też nudno słuchać o tej nudzie…
A trzeba powiedzieć, aby uruchomić inne procesy myślowe, prowadzące do zdrowych relacji z samym sobą, jak i z otoczeniem…
Każde przedszkole, albo szkoła podstawowa, to z moich obserwacji—zjazd małych królów, których nie nauczono interesować się nikim, poza sobą samymi…
Wszechobecny egocentryzm, i nie przesadzam…
Dmucha się we wszystkie strony, a oni potem widzą nas jedynie jako realizatorów swoich zachcianek…
I siebie nawzajem—też… dlatego nie potrafią się przyjaźnić… przechwalają się gadżetami, i rozchodzą się po kątach…
Wychowujemy ich tak, jakbyśmy przygotowywali na tron, a nie do prawdziwego życia wśród ludzi…
I ten proces trzeba zatrzymać.
Czas uczyć je jedynego warunku wszystkich wartościowych relacji—od przyjaźni po miłość—WZAJEMNOŚCI.
Dawno już czas, moi drodzy.



