Dziś znowu myślę o babci mojego męża, pani Stanisławie. To była niezwykła kobieta, z charakterem, jakiego rzadko się dziś spotyka. Mąż wspomina, jak spędzał u niej każdy wakacyjny miesiąc w niewielkim miasteczku pod Krakowem. Dla niej nie był to problem, wręcz cieszyła się jego obecnością. W tamtych czasach prowadziła własną działalność sama wszędzie jeździła, pakowała i sprzedawała zioła lecznicze do lokalnych aptek. Podobno, jak na realia lat osiemdziesiątych, zarabiała naprawdę sporo złotych.
Babcia Stanisława była osobą surową, oszczędną i trochę tajemniczą. Doskonale dbała o mojego męża na jedzenie nigdy nie żałowała, zawsze pełna lodówka, dom pachniał chlebem żytniem i świeżym twarogiem z bazarku. Za to na słodycze, kino, czy choćby oranżadę pieniędzy nie dawała nigdy. Cała rodzina myślała, że oszczędza na coś ważnego, może na czarną godzinę. W jej dużym starym domu stały ogromne szafy ze świerku, każda z dziesiątkami przegródek i szuflad, pozamykanych na klucz.
Mój mąż jako dziecko zżerała ciekawość, co takiego skrywa się w tych szafach. Zawsze jednak słyszał, że to do pracy, a dzieci nie muszą tego wiedzieć. Gdy nastały nowe czasy, weszła wolność gospodarcza, pojawiły się wielkie sieci aptek i zioła babci przestały cieszyć się takim powodzeniem. Stanisława po cichu zamknęła interes i zaczęła pomagać ludziom jako znachorka. U niej nigdy nie płaciło się gotówką przychodzili bogaci biznesmeni z Warszawy albo z Katowic, przywozili eleganckie paczki i koperty. Ona zawsze częstowała ich herbatą z lipy, a na pytania o zapłatę machała ręką.
My z mężem odwiedzaliśmy ją od czasu do czasu, gdy jeszcze była z nami. Coraz ciężej jej było dom podupadał, ubrania znajdowała na szmateksach, obiady robiła z najprostszych składników. Zawsze przywoziliśmy jej sernik albo domową kiełbasę, ale niemal obrażała się, kiedy zostawialiśmy coś na stole. Nie możecie mnie tak dogadzać, jestem przyzwyczajona do swojego losu rzucała z uśmiechem, zapalając kolejny znicz za dusze zmarłych.
Dopiero gdy odeszła, a przyszło sprzątać dom i załatwiać sprawy spadkowe, odkryliśmy, ile w tej kobiecie było sekretów. W przydomowej spiżarni stały setki słoików i puszek sery, miód, konfitury nawet z lat dziewięćdziesiątych! Wszystkie otrzymane od wdzięcznych pacjentów. Niczego jednak nie zjadła, wszystko już przeterminowane.
Prawdziwy szok przyszedł, gdy otworzyliśmy jej zabytkowe szafy: zastaliśmy tam prawdziwą kolekcję luksusowych ubrań z czasów transformacji, prawdziwe perełki buty z włoskiej skóry, płaszcze na podszewce, a nawet delikatne porcelanowe filiżanki i eleganckie apaszki. Wszystko nowe, z metkami. Dlaczego chomikowała bogactwa w przedmiotach, które z biegiem lat tylko traciły na wartości, zamiast wesprzeć siebie albo nas? Do dziś nie umiem zrozumieć tej babci Stanisławy, choć przeczuwam, że miała swój powód, którego nigdy nikomu nie zdradziła.



