Pewnego deszczowego październikowego wieczoru…
Wieczorna msza dobiegła do końca. W kościele było niewiele ludzi. Pod wieczór zaczął padać deszcz, miejscami przechodzący w mokry śnieg. Większość parafian w taką pogodę wolała zostać w domach.
Świątynia powoli pustoszała, ludzie wychodzili, raz po raz otwierając drzwi. Od przeciągu płomienie świec na lichtarzach drżały i tańczyły, kopcąc cienkimi smugami dymu. W końcu ucichło szuranie butów po posadzce. Została tylko Krystyna.
Wyszła zza lady kościelnego sklepiku i obeszła opustoszały kościół, gasząc świece i ścierając pędzelkiem krople wosku z lichtarzy. Potem zgasiła wszystkie lampki przed ikonami. Przez wąskie okna z falistymi szybami światło latarni prawie nie docierało do środka. Palila się tylko jedna żarówka nad stołem ze świecami. Jej blask migotał na pozłacanych ramach najbliższych ikon.
Z lewej nawy wyszedł ksiądz Marek, w narzuconej na sutannę czarnej kurtce.
– Woźny już przyszedł? – zapytał, zatrzymując się obok Krystyny.
– Jeszcze nie. Coś przekazać? – odpowiedziała.
– Nie. Do jutra – pożegnał ją skinieniem głowy i skierował się ku drzwiom.
Krystyna przyniosła wiadro z wodą i mopa, zaczęła myć podłogę. Lubiła przychodzić rano do czystego kościoła. Nagle znów powiał przeciąg, i ciężkie drzwi z cichym trzaskiem się zamknęły. Krystyna odwróciła się. Woźny przeżegnał się od drzwi, skinął jej głową i przeszedł obok do swojej izdebki. Krystyna nigdy nie słyszała jego głosu, choć ksiądz Marek twierdził, że nie jest niemową.
Krystyna odstawiła wiadro i mopa, ubrała się, ostatni raz spojrzała na wnętrze kościoła, sprawdzając, czy wszystkie lampki zgasiła, zatrzymując wzrok na każdej ikonie i powtarzając w myśli: „Święty Mikołaju, módl się za nami”, „Matko Boża, dopomóż nam”, „Jezu Chryste, Synu Boży…”
– Wychodzę! – krzyknęła do woźnego.
Głos rozległ się echem pod sklepieniem świątyni.
Krystyna zgasiła światło i pchnęła ciężkie drzwi. Na schodach przystanęła, nasłuchując. Nie usłyszała kroków, ale zasuwa zgrzytnęła – woźny zamknął drzwi od środka. I wtedy Krystyna usłyszała tuż obok cichutkie kwilenie.
Spojrzała pod nogi, spodziewając się zobaczyć szczeniaka lub kociaka, chowającego się przed deszczem pod daszkiem, ale zamiast tego ujrzała bielejący w ciemności mały zawiniak, z którego dobiegało kwilenie.
– Dziecko! Kto cię tu zostawił? – Pochyliła się i podniosła niemal nieważki pakunek, odgarnęła róg kocyka i ujrzała pomarszczoną buzię.
– Boże, chyba matka bez serca, skąd cię w taką pogodę na dworze porzuciła. Jak to nikt nie zauważył? Czy dopiero co cię przynieśli?
„I co ja z nim zrobię? Stukać do drzwi kościoła? Wezwać policję i karetkę?” To byłoby słuszne, ale ulegając jakiemuś impulsowi, Krystyna postanowiła zabrać dziecko do domu i stamtąd zadzwonić do księdza Marka, poradzić się, wspólnie zdecydować, co robić z podrzutkiem.
Zeszła ze schodów i nie zdążyła zrobić kilku kroków, gdy z ciemności rzuciła się w jej stronę kobieta.
– Oddajcie! – krzyknęła i wyrwała Krystynie zawiniak.
Sądząc po głosie, ta matka bez serca była bardzo młoda.
– Twoje dziecko? Grzech tak porzucać. A co, gdyby zachorował? – surowo powiedziała Krystyna.
– Nie porzuciłam, tylko na chwilę zostawiłam – odparła młoda kobieta, dusząc się w łzach.
– Dlaczego nie weszłaś do kościoła? – nieco złagodniawszy, spytała Krystyna.
Nieszczęsna matka nie odpowiedziała i odeszła, niosąc dziecko.
– Masz gdzie iść? – krzyknęła za nią Krystyna.
Młoda kobieta zwolniła i obejrzała się.
– Widzę, że nie masz – mruknęła pod nosem Krystyna. – Czekaj! – zawołała i pospiesznie podeszła do kobiety. – Widzę, że nie masz dokąd pójść. Słuchaj. Chodź ze mną. Mieszkam niedaleko. Dziecko marudzi, pewnie mokre lub głodne. I sama jesteś przemoczona. Nie wypada w taką pogodę z dzieckiem chodzić. Ogrzejesz się, potem pomyślimy, co dalej. Nie bój się – dodała Krystyna, wyczuwając, jak młoda kobieta się spina.
Ale z Krystyną poszła. Widocznie naprawdę nie miała dokąd. Przez całą drogę Krystyna nie milkła ani na chwilę. Opowiadała, że mąż jej zmarł, a dzieci Bóg nie dał. Że goście nikomu nie przeszkadzają, a jej samej będzie raźniej. Rzeczy nie masz? Nie szkodzi, u sąsiadki córka cztery miesiące temu urodziła. Pójdzie, poprosi pieluch, ubranek. Jutro kupi i odda. Mówiła i mówiła, odciągając kobietę od złych myśli i ucieczki.
– No i jesteśmy. Wchodź. – Krystyna otworzyła drzwi klatki, przepuszczając kobietę z dzieckiem. – Mieszkam na szóstym piętrze…
W windzie zobaczyła, że ubranie młodej matki jest całkiem mokre, a usta sine od zimna. Westchnęła w duchu. Pierwsza weszła do mieszkania i zapaliła światło.
– Daj dziecko, ja potrzymam, a ty się rozbierz. Moje kapcie załóż. Zaniesiesz do pokoju, połóż na kanapie. – Krystyna oddała zawiniak matce i zaczęła się rozbierać.
Gdy weszła do pokoju, goścI tak minęły kolejne lata, a Krystyna, choć już nie żyła, pozostawiła po sobie coś więcej niż wspomnienia – miłość, która połączyła trzy pokolenia i nauczyła ich, że nawet w najciemniejszą noc można znaleźć światło.



