Dawno temu, pamiętam to jako przez mgłę, pewna sześćdziesięcioletnia kobieta zaczęła zauważać, że starość zbliża się do niej coraz szybciej. Nie było w tym nic nadzwyczajnego taki już los człowieka. Zegar życia tykał, a czas przynosił swoje.
Jednak dla niej cały ten proces był przerażająco nagły. Patrząc w lustro, widziała codziennie nowy ślad starzenia, jakby ktoś celowo odejmował jej urodę i młodość, nakładając maskę lat. Przed zaledwie kilkoma laty wyglądała jeszcze świeżo i promiennie! Przychodzi mi na myśl stary pan Leon, który od zawsze siedywał na ławce pod blokiem, niezależnie od pogody, i nie szczędził jej komplementów: Jak pani pięknie wygląda! Jaka pani ładna dziewczyna!
Przechodząc obok niego, kobieta uśmiechała się, a pan Leon z szacunkiem unosił swój stary kapelusz albo ciepłą futrzaną czapkę, zawsze powtarzając: Jaka pani śliczna dziewczyna! Potem kobieta szła do pracy w Warszawie na Pradze, promieniejąc od tych słów, i przez cały dzień słyszała nawet więcej komplementów. Naprawdę zachwycała swoim wyglądem.
Pewnego dnia zorientowała się jednak, że dawno nie widziała pana Leona na jego ławce. Zapytała sąsiadów, a oni jej powiedzieli, że staruszka zawieźli do domu spokojnej starości rodzina mieszkała daleko, dzieci wyjechały do innych miast, więc nie miał się kto nim zająć. Miał już przecież dziewięćdziesiątkę, wymagał opieki i leczenia.
Myśli o własnym starzeniu odeszły na bok, a serce zajęła troska o pana Leona, bo tak właśnie, jak się okazało, miał na imię. Dowiedziała się, gdzie przebywa, kupiła torbę słodyczy, czekoladek z Wedla oraz świeże jabłka z targu i pojechała do niego w niedzielę do domu opieki pod Otwockiem.
Odnalazła pana Leona siedział w miękkim fotelu, jadł kaszę manną z masłem i uśmiechał się pogodnie. Gdy ją zobaczył, twarz mu rozjaśniła się radością, powiedział: Ach, jak miło panią widzieć! Jak pięknie pani wygląda! Jaka pani śliczna dziewczyna! Wokół zebrali się inni pensjonariusze, panie i panowie, a ona usłyszała jeszcze niejedno ciepłe słowo, mnóstwo pochwał i serdeczności.
W domu, spojrzawszy potem w lustro, zauważyła coś niesamowitego policzki zaróżowione, oczy błyszczące, włosy same się ułożyły i nabrały objętości, a zmarszczki jakby płytsze. Zobaczyła sympatyczną kobietę, wyglądającą na dużo młodszą niż jest w rzeczywistości. Młodość i uroda powróciły, zupełnie niespodziewanie… To był mały cud.
Od tamtej pory, co niedzielę odwiedzała dom opieki. Pomagała przy zajęciach, prowadziła lekcje tańca dla seniorów nie dla urody już, tylko dlatego, że serce jej się cieszyło, gdy mogła komuś sprawić radość. Gdy była dla kogoś trochę jak córka albo wnuczka, a oni odwzajemniali się jej szczerością i dobrym słowem. Za każdym razem słyszała: Jak pani ładnie wygląda! i wiedziała, że to komplement wypowiedziany naprawdę od serca.
Ludzie są naszymi lustrami ale nie zwykłymi, a zaczarowanymi. Po spotkaniach z jednymi człowiek rozkwita, odżywa, prosta się kręgosłup, krok staje się lekki, usta same się śmieją; inni zaś potrafią w sekundę zamienić nas w kogoś smutnego i zgarbionego.
Dlatego trzeba dbać o te cudowne lustra dobrych, szczerych ludzi, którzy potrafią powiedzieć coś miłego prosto z serca. I nade wszystko trzeba szanować starszych. Dopóki oni są z nami, my nadal pozostajemy młodzi. Możemy pomagać, być potrzebni. Tak myślała ta kobieta, która odnalazła dla siebie młodość i piękno i miała zupełną rację.


