W małym miasteczku Kłodzko na Dolnym Śląsku, gdzie zwykle nic złego się nie działo, pewnej marcowej nocy w 1988 roku wszystko się zmieniło. Para młodych ludzi zniknęła bez śladu, jakby zapadła się pod ziemię. Dom był uporządkowany, kolacja przygotowana, samochody stały w garażu, ale ich właścicieli nigdzie nie było. Policja przeszukała okolicę lasy, rzeki, góry bezskutecznie. Żadnego śladu, żadnej poszlaki.
Przez 22 lata nikt nie znał odpowiedzi na pytanie, co się stało z tymi ludźmi. Rodziny cierpiały, śledczy się poddali, sprawa poszła w zapomnienie. Aż w 2010 roku w bagnach niedaleko Kudowy-Zdroju odkryto makabryczne znalezisko.
15 marca 1988 roku nad Kłodzkiem rozpętała się burza. Jan Kowalski, 40-letni mechanik, wcześniej niż zwykle zamknął warsztat. Jego żona, 29-letnia nauczycielka Anna Nowak, wróciła ze szkoły i czekała w domu. Sąsiedzi wspominali później, że w ostatnich tygodniach słyszeli kłótnie dochodzące z ich domu. Jedna z sąsiadek, Maria Wiśniewska, opowiadała, że w lutym wieczorami przez ścianę słyszała podniesione głosy.
Tego dnia Jan wrócił do domu około 18:30. Jego niebieski Fiat 125p stał w garażu. Anna przygotowała kolację na stole stały nakrycia dla dwojga, ale jedzenie pozostało nietknięte. Para miała następnego dnia jechać do Wrocławia, by odwiedzić siostrę Anny, Katarzynę. Zarezerwowali już nocleg w hotelu.
Nigdy tam nie dotarli. Gdy Katarzyna nie mogła się z nimi skontaktować, zadzwoniła na policję. Funkcjonariusz Piotr Nowakowski przyjechał na miejsce. Dom był pusty, ale nie było śladów walki. Portfel Jana leżał w sypialni, torebka Anny na stole. Jedynym niepokojącym znakiem była ciemna plama na podłodze w kuchni, wyglądająca na niedawno wyczyszczoną.
Śledztwo skomplikowało się, gdy okazało się, że Jan trzy dni przed zaginięciem wypłacił z banku 5000 złotych, a Anna wzięła zwolnienie z pracy, powołując się na problemy rodzinne.
Detektyw Tomasz Lewandowski, który prowadził sprawę, odkrył, że małżeństwo wcale nie było tak idealne, jak się wydawało. W szkole Anny pracował nauczyciel wychowania fizycznego, Marek Sikora. Koledzy z pracy mówili, że Anna i Marek często rozmawiali. Dwa tygodnie po zaginięciu Kowalskich Marek zniknął tłumaczył, że wyjeżdża do rodziny w Gdańsku, ale nigdy tam nie dotarł.
Latem 1988 roku w lesie koło Polanicy-Zdroju znaleziono spaloną odzież. Katarzyna rozpoznała bluzkę siostry. Ale śledztwo utknęło w martwym punkcie.
W 2010 roku pracownicy parku narodowego, badający podmokłe tereny w okolicach Dusznik-Zdroju, natknęli się na zawinięte w folie szczątki. Znalezisko wstrząsnęło całym regionem. Antropolog sądowy dr Ewa Kowalczyk potwierdziła, że to kości dwojga ludzi kobiety około 30 lat i mężczyzny około 40. Ślady na kościach wskazywały na brutalną śmierć.
Wkrótce znaleziono też resztki trzeciego ciała mężczyzny około 35 lat. Wszystko wskazywało na to, że to Jan, Anna i Marek.
Śledztwo ujawniło szokującą prawdę. Morderca działał jak sędzia zabijał ludzi, których uważał za zdrajców małżeńskich. Okazało się, że w latach 80. podobne zaginięcia zdarzyły się w innych częściach Polski.
W 2011 roku zatrzymano byłego żołnierza Henryka Woźniaka, który cierpiał już na demencję. W jego mieszkaniu znaleziono wycinki prasowe o cudzołóstwie. Nigdy nie stanął przed sądem, ale rodziny ofiar wreszcie poznały prawdę.
Sprawa Kowalskich pokazała, że nawet po latach tajemnica może zostać rozwiązana. Prawda wyszła na jaw, choć zajęło to ponad dwie dekady.


