Nie wiem dlaczego, ale od najmłodszych lat nieustannie spotykam się z konfliktami między teściową a synową.
Pierwszy raz zetknęłam się z tym jeszcze jako dziecko, obserwując wojny toczone przez moją prababcię i babcię. Rodzice zostawiali mnie u babci, zanim dostałam miejsce w przedszkolu. W jej mieszkaniu widziałam prawdziwe piekło. Jakby w czterech ścianach żyły dwie zupełnie różne osoby. Jedna babcia była serdeczna, częstowała smakołykami, opowiadała bajki i rysowała ze mną kwiaty. Druga zaś z wściekłością krzyczała na swoją leżącą teściową, narzekała na ciężki los i rzucała w eter: No kiedy ty w końcu umrzesz?
Gdy prababcia zmarła, przeprowadziliśmy się z wynajmowanego mieszkania do babci. Wtedy rozpoczęła się nowa batalia pomiędzy mamą a babcią. Sąsiedzi czasem stukali do drzwi, byśmy byli ciszej, lecz spokój w domu nie trwał długo.
Byłam już w ostatniej klasie liceum, gdy chowałyśmy babcię. Mama nie chciała opłakiwać jej z zasady. Po dziewięciu dniach rozpoczęła rewolucję: wszystko, co należało do babci, spakowała do worków i wyniosła do śmietnika. Kiedy tata wrócił z pracy, nie mógł uwierzyć w taki brak poszanowania wobec zmarłej matki. Przez cały wieczór kłócili się o to, a pamiętam, że właśnie wtedy zaczęło się ich rozstanie. Po pół roku tata od nas odszedł…
Moje wesele z Markiem było skromne, na wynajem mieszkania nie było nas stać, więc od razu wiedziałam, że czeka mnie wspólne życie z teściową. Przed oczami miałam awantury, których byłam świadkiem, dlatego postanowiłam, że ułożę sobie z teściową poprawne relacje, nawet jeśli nie będziemy przyjaciółkami, to przynajmniej nie będziemy zatruwać sobie życia.
Wzięłam sobie za cel pokojową koegzystencję i przez około rok, zbierając resztki cierpliwości, nie reagowałam na zaczepki teściowej dotyczące sprzątania, prania czy gotowania. Nigdy nie używała wulgaryzmów, ale potrafiła subtelnie kpić, wyraźnie dając do zrozumienia, że ona jest królową, a ja tylko dodatkiem.
Po kolejnej nauce życia postanowiłam szczerze porozmawiać z teściową. Kupiłam na tę okazję sernik, poprosiłam Marka, by dał nam chwilę spokoju, i opowiedziałam jej historie o kobiecych zmaganiach w mojej rodzinie. Zaproponowałam, byśmy nie powielały dawnych błędów i spróbowały funkcjonować przynajmniej jak dobrzy sąsiedzi.
Teściowa nawet nie chciała słuchać. Odsunęła ciasto i powiedziała chłodno: Tu jest tylko jedna gospodyni i dobrze wiesz która. Ja będę się odzywać, jeśli będę miała ochotę. Najlepiej będzie, jeśli po prostu będziesz mi schodzić z oczu.
Kiedy Marek wrócił do domu, pytająco na mnie spojrzał, ale wystarczyło jedno przeczące kiwnięcie głową. Wtedy teściowa wybiegła z pokoju: Sąsiadeczko, czy obiad już gotowy dla twojego męża?
Odpowiedziałam krótko, że z takim nastawieniem na starość nikt jej nie poda już nawet herbaty. I wtedy zaczął się prawdziwy wybuch! Marek próbował nas uspokoić, ale po roku tłumionych emocji nie wytrzymałam…
By ratować małżeństwo, musieliśmy wynająć mieszkanie, choć ledwo starczało nam na życie. Z czasem stanęliśmy na nogi, udało się nawet wziąć kredyt w złotówkach i kupić własny dom. W tym czasie teściowa ciężko zachorowała, wymagała stałej opieki. Pamiętając wszystko z dzieciństwa, stanowczo odmówiłam stania się jej opiekunką.
Zaproponowałam Markowi, by znalazł rodzinę, która za opiekę nad teściową uzyska w spadku jej mieszkanie. Z oporami się zgodził. Próbowaliśmy różnych osób przez kilka miesięcy. Nikt nie wytrzymał z teściową dłużej niż dwa tygodnie nawet wynajętym opiekunkom nie udało się nawiązać porozumienia. W końcu znalazło się małżeństwo, które przetrwało test przez dwa miesiące. Spisaliśmy z nimi umowę; oprócz prawa do dziedziczenia mieszkania określiliśmy zasady opieki nad teściową.
Myślę, że w naszych relacjach problem nie leżał po mojej stronie skoro nawet dla mieszkania nikt chętny nie stał w kolejce
Z tej historii wyciągnęłam wniosek: życie daje nam lekcje, z których powinniśmy wynieść naukę, a nie powielać cudze i własne błędy. Grunt to dbać o wzajemny szacunek i nie powtarzać dawnych schematów bo każdy zasługuje na spokojny dom i dobre słowo.



