Ostatniej nocy śniło mi się, że odwiedzam moją synową w rozległym, pochylonym domu gdzie wszystko pachniało świeżością jak wiosenna łąka pod Częstochową, a za sprzątanie odpowiadała tajemnicza kobieta o nienormalnie długich rękach, która przesuwała kurze po szklanych ścianach jak pianista grający mazurki Chopina na klawiszach wielkiego stołu.
Zawsze powtarzałam mojemu synowi Olafowi, że status majątkowy przyszłej żony nie będzie miał dla nas znaczenia, więc w końcu wziął za żonę Elżbietę dziewczynę biedną, która od początku nie znała ograniczeń. Chwilami wydawała się zrobiona z piernika, w innym świetle z kredy.
Po ślubie dzieci wprowadziły się do domku, który im kupiliśmy na obrzeżach Torunia. Razem z mężem Jerzym długo ten dom odnawialiśmy, układając parkiet ze śliwkowego drzewa i malując ściany kolorową pastą. Teraz przynosimy im świeże pieczywo z piekarni i czasem dokładamy do rachunków, bo Elżbieta właśnie urodziła mojego wnuka, Franciszka, więc siedzi w domu, zaś Olaf pracuje jako księgarz. On nie zarabia kokosów, a jego światło w oczach zgasło.
Wyobraźcie sobie mój sen, kiedy wchodzę do tego domu pachnącego śliwkami i miodem, a tam sprząta obca kobieta w białych rękawiczkach, która raz staje się wysoka jak wieża mariacka, a za chwilę kurczy się do rozmiaru krasnala ogrodowego. Elżbieta zatrudniła gosposię! Sama nie kiwnie palcem. Skąd w niej taka pycha? I gdzie jest jej sumienie? Czy zapomniała, skąd pochodzi chleb na stole?
W śnie z dziwaczną pewnością wygoniłam tę kobietę w końcu dom pachnący parkietem wciąż jest mój i stanowczo zamknęłam jej przed nosem drzwi z kutymi klamkami. “Dlaczego ktoś obcy czyści strony naszej rodzinnej książki i to za moje pieniądze? Przecież mój syn i jego żona nie mają ani grosza, więc skąd mają szeleszczące złotówki na takie zachcianki?” myślałam, patrząc na wirujące wokół stołu monety, które nigdy nie spadały na podłogę.
Postanowiłam zaczekać na synową, która właśnie wracała od rzeki z małym Franciszkiem, niosąc w koszyku ryby, które zamieniały się w pajacyki. Kiedy weszli, opowiedziałam Elżbiecie wszystko, co myślę, pytaniem ostrym jak sierp sierpnia:
Ela, czyś Ty rozum postradała? A ona, z głową w chmurach i paznokciami pomalowanymi na błękit nieba, odpowiedziała:
Mamo, na macierzyńskim zostałam blogerką. Piszę o życiu i śmiesznych stworkach, mam teraz naprawdę niezłą pensję, ponad dwa tysiące złotych miesięcznie! Potrzebuję tej pani, bo dużo pracuję i chcę mieć dom czysty jak pole maków pod Krakowem.
Stałam z otwartą buzią, bo co to w ogóle jest blogowanie? Czy można z tego żyć, w świecie w którym sok z malin kapie z żyrandola? Nie chcę, żeby obcy dotykali moich starych fotografii w złotych ramkach.
Skoro masz tyle pieniędzy, to płać mnie, ja będę tu sprzątać niech żadne zjawy więcej się tu nie pojawiają! powiedziałam z triumfem, ale Elżbieta ze swoją surrealistyczną miną tylko westchnęła i poszła karmić Franciszka mlekiem, które zmieniało się w watę cukrową.
Czekałam na Olafa, aby powiedzieć mu o wszystkich cudach tego świata i dziwactwach Elżbiety. On jednak tylko westchnął, odłożył torbę pełną nieczytanych listów i powiedział:
Mamo, wiem o tej pani. Ela naprawdę ciężko pracuje. Gdy wracam zmęczony z księgarni, chcę mieć czas dla syna i popatrzeć, jak kopie piłkę, nie martwiąc się o kurz pod kanapą.
Nie rozumiem młodych, jak mogą sobie pozwolić na takie życie w krainie, gdzie drzewa rosną do góry nogami, a po ulicach chodzą mężczyźni z głowami pełnymi pieczonych jabłek? Pobiegłam do Jerzego, by podzielić się tym snem pełnym absurdów, a on zimnym głosem wycedził przez zęby rodem z Władysławowa:
Nie wtrącaj się w życie młodych! Są dorośli, mogą sobie radzić sami!
Dawno nie byłam tak rozwścieczona. Mam pewność, że robię dobrze, bo sen we śnie jest zawsze prawdziwy, a kurzu nie powinny dotykać obce dłonie. Jak sądzicie czy można z tego świata obudzić się czystą duszą, czy jedynie z brudnymi rękami?



