Ostatnie wezwanie

Ostatni dyżur

Od samego rana nie opuszczało mnie dziwne przeczucie, że coś się dzisiaj wydarzy. I to raczej nic dobrego

Od razu zadzwoniłam do mamy, ale Jadwiga powiedziała spokojnie, że wszystko u niej w porządku:

Ciśnienie mam w normie, głowa nie boli. A czemu pytasz, dziecko?

Tak z ciekawości odpowiedziałam, chociaż tak naprawdę chciałam się tylko upewnić, że mama żyje i ma się dobrze. Dobra, muszę się już zbierać do pracy. Jakby co, to dzwoń.

Dobrze, kochanie.

Niby powinnam się uspokoić po rozmowie, a jednak ten niepokój nie dawał mi spokoju przez cały czas. Nie miałam zupełnie pojęcia, z czym to przeczucie może być związane, bo przecież nie było powodu do martwienia się. Choć z taką pracą jak moja… różne rzeczy mogą się wydarzyć, szczególnie w poniedziałek. A poniedziałki to przecież najgorsze dni.

Dopiłam kawę, zerknęłam na zegar już wpół do siódmej, więc szybko się ubrałam i zabierając kanapkę, ruszyłam do pracy.

*****

Na terenie stacji pogotowia spotkałam mojego dzisiejszego kierowcę Zbyszka. To z nim miałam dziś jeździć cały dzień po Krakowie. Gdy mnie zobaczył, pomachał przyjaźnie, a ja tylko bez siły skinęłam głową.

Olka, czemu jesteś taka smutna? zagadnął z uśmiechem Zbyszek, odpalając papierosa. Coś się stało?

Nie Jeszcze nie. Ale mam dziwne przeczucie, jakby coś się miało stać zamyśliłam się.

Ojej, skąd takie myśli od rana? Nie wyspałaś się, co?

Nic nie odpowiedziałam, tylko spojrzałam w niebo. Było całe zasnute ciężkimi chmurami, lada moment rozleje się deszcz.

A deszczu nie lubiłam od dziecka…

Może to po prostu pogoda sprawiła, że mam taki humor? Może wcale nie mam przeczucia, tylko zły nastrój? przemknęło mi przez głowę i nawet się uśmiechnęłam z ulgą.

Niestety, po chwili niepokojące uczucie powróciło.

Dobrego dyżuru! krzyknęła w biegu nowa dziewczyna, pielęgniarka, która od niedawna pracowała na stacji.

Zbyszek aż się zakrztusił, a jak się opamiętał, to zamachał jej pięścią. Dziewczyna speszona zatrzepotała rzęsami.

Przepraszam, zapomniałam! mruknęła przepraszająco.

Bo wiesz W pogotowiu nie wypada życzyć brygadzie, która wychodzi do pracy, żeby mieli dobry dyżur. To u nas bardzo pechowa wróżba.

No, teraz to na pewno coś się wydarzy wyszeptałam cicho, a po plecach przeszedł mi dreszcz.

Oj, daj spokój mruknął Zbyszek, wyrzucając peta do popielniczki.

*****

Gryzłam nerwowo wargę zawsze, gdy dyspozytorka przesyłała kolejny adres na tablet i przez radio podawała powód wezwania:

Mężczyzna, 35 lat, skarży się na silny ból głowy. Sądząc po zacinaniu się języka, możliwy udar.

Tylko tego mi brakowało…, pomyślałam. Lekarze pogotowia muszą być na wszystko gotowi, ale…

Przeżywałam każdy wyjazd, szczególnie kiedy kończyło się śmiercią. Przy udarze to możliwe, szczególnie dziś…

Na szczęście u tego pana to nie był udar.

Język mu się plątał, bo siedział do świtu z kolegami i świętował urodziny, a ból głowy miał po prostu z kaca. Dałam mu tabletkę i poradziłam, żeby odespał.

Może piwko mi pomoże? zapytał z nadzieją, łapiąc się za głowę.

Lepiej nie! Tylko pogorszysz sprawę. Jeśli chcesz długo żyć, najlepiej z alkoholu zrezygnuj zupełnie.

Wychodząc z jego mieszkania odetchnęłam z ulgą. Może Zbyszek ma rację to przeczucie to tylko przemęczenie i stres?

Już zaczęłam się uspokajać, gdy dyspozytorka skierowała nas na… cmentarz.

Gdzie?! zdziwił się Zbyszek.

Na cmentarz odpowiedziałam smutno, ściskając tablet w dłoni.

Dziś pochowali tam jakiegoś znanego aktora z Krakowa. Nigdy o nim nie słyszałam, ale mnóstwo ludzi przyszło.

Młodzi, starsi, kobiety, mężczyźni jedni milczeli z goździkami, inni płakali. Ktoś wspominał zmarłego ciepłym słowem.

Czułam cały czas, jakby za chwilę miało się coś wydarzyć. Zbyszek palił papierosa za papierosem.

Na szczęście, nasze usługi tego dnia nikomu nie były potrzebne.

Później były już typowe wezwania nudne i powtarzalne.

Nim się obejrzałam, minęło prawie 12 godzin i koniec zmiany był blisko. Jeszcze kilka minut i wracałyśmy na stację.

Marzyłam już tylko o kąpieli i łóżku. Jutro będzie nowy dzień, mam nadzieję z lepszym nastawieniem.

Tak na wszelki wypadek, zadzwoniłam kolejny raz do mamy.

Wszystko dobrze, Aleksandro odpowiedziała mama. Zaraz zjem kolację i będę oglądała serial.

I co z mamą? zapytał Zbyszek, gdy schowałam telefon do kieszeni.

Wszystko w porządku.

No widzisz! uśmiechnął się. Mówiłem, że nic się nie stanie. I po co te czarne myśli?

Nadal je mam, Zbyszek. Nie wiem, nie potrafię wytłumaczyć czemu.

Weź ty sobie zwierzątko, będzie ci raźniej. Zwierzęta świetnie zdejmują stres.

Ty na poważnie?

Oczywiście! Mam w domu kota Mruczka. Jak wracam z pracy, to od razu wskakuje mi na kolana i zaczyna mruczeć. Wszystkie złe myśli znikają, śpię potem jak dziecko.

Ale ja żyję sama, przy moich dyżurach zwierzaka trzymać nie mogę

Chciałam dodać coś jeszcze, ale wtedy obudził się tablet i odezwała się dyspozytorka:

Olka, sorry, ale jeszcze jeden wyjazd przed zakończeniem zmiany. Ulica Prusa 14. Mieszkanie moment

To nie numer 27 przypadkiem?

Tak, właśnie to! A skąd wiesz? zdziwiła się dyspozytorka.

Przecież tam mieszka pan Feliks. Byłam już u niego kilka razy… Znów na serce się skarży?

Usłyszałam ciężki oddech dyspozytorki. Przez chwilę zrobiło mi się zimno

Feliks nie żyje, Olka… Jeszcze rano podobno. Policja już na miejscu, musicie być przy formalnościach. Wiesz, o co chodzi

Wiem odpowiedziałam dziwnie opanowana.

Z trzęsącą się ręką położyłam tablet na kolanach i spojrzałam na Zbyszka. Nic nie powiedział wszystko słyszał.

Po chwili dodał cicho:

Szkoda pana Feliksa. Opowiadałaś o nim, dobry z niego człowiek był. Ale, Ola, to nie twoja wina. Sam nie chciał iść do szpitala, nawet do przychodni nie chodził To nie twoja wina.

Mhm

Oparłam się na fotelu, zamknęłam oczy. Musiałam chwilę pobyć sama ze sobą.

*****

Feliksa poznałam półtora miesiąca temu. Zadzwonił na pogotowie, bo bolała go mocno klatka piersiowa.

Drzwi będą otwarte, proszę wejść mówiła wtedy dyspozytorka.

Kiedy przekroczyłam próg mieszkania, w przedpokoju witał mnie malutki szczeniak. Wielkości mojej dłoni, rozkoszny. Najpierw śmiesznie na mnie warczał, potem szczekał, ale jak tylko pan Feliks go zawołał, pobiegł do niego do pokoju.

Z ulicy go zabrałem, no to teraz mnie pilnuje zaśmiał się pan Feliks.

Proszę zostać w łóżku. Piękny szczeniak. Sama bym chciała, gdybym mogła.

To czemu nie możesz?

Tak wyszło Dobra, porozmawiajmy o panu. Co się dzieje, od kiedy, leczy się pan gdzieś?

Dowiedziałam się, że kłopoty z sercem zaczęły się rok temu, po śmierci żony. Leczył się, ale bez efektów…

Źle się tam czuję. W kolejce jeszcze gorzej. A bóle różne, raz są, raz nie.

Może pan je opisać?

Nie za bardzo. Trochę boli i puszcza. Czasem po kroplach albo tabletce.

Ale to nie leczenie uśmiechnęłam się. Zróbmy EKG.

Na badaniu coś już pokazało. Chciałam kazać mu jechać do szpitala odmówił.

A kto się Bimkiem zajmie? Daj mi pani tabletkę, albo zastrzyk.

To ulga tylko na chwilę. Naprawdę trzeba do szpitala…

Koledzy pani po fachu zawsze tak robią. I żyję jak widać. Do szpitala nie pójdę. Może napisać odmowę.

Nie dałam rady go przekonać. Ani wtedy, ani później.

To ja zawsze przyjeżdżałam na jego wezwania, chyba raz w tygodniu dzwonił.

Wie pani, kiedyś takie bóle przechodziły. Teraz się zaczynają i nie odpuszczają.

Bo bez leczenia robi się coraz gorzej. Może w końcu pojedziemy do szpitala?

Nie mogę, Olka pogłaskał szczeniaka po głowie. Nie mam z kim go zostawić, taki mały…

A jak coś się Panu stanie, to na kogo Pan go zostawi?

Nie stanie się! A nawet jakby, to znajdą się porządni ludzie. Umówiłem się z sąsiadką, pokażę jej gdzie są pieniądze.

Pieniądze?

Żeby kupowała mu karmę. Wiem, że ze zwierzętami z ulicy często jest kłopot, bo nie każdego stać.

To był naprawdę dobry człowiek.

Teraz jadę do Feliksa po raz ostatni. Już nie porozmawiamy. Szkoda…

Ostatni wyjazd okazał się naprawdę ostatnim.

I wiesz, nie zgodzę się z Zbyszkiem czuję, że to jednak trochę moja wina. Powinnam go była przekonać, żeby się zgodził na szpital

Olka, jesteśmy.

Hę? dopiero poczułam ciężką dłoń Zbyszka na ramieniu.

Weszliśmy.

Wolnymi krokami weszłam na trzecie piętro i do mieszkania Feliksa, gdzie już był dzielnicowy i sąsiadka pani Teresa, którą poznałam wcześniej przy jednym z wezwań.

To ona dzwoniła po pogotowie, gdy Feliksowi źle się zrobiło na podwórku. Zawsze Bimka trzymał wtedy na rękach.

Dzień dobry, Olka.

Dzień dobry, pani Tereso odpowiedziałam cichutko. To pani dzwoniła po policję?

Ja. Kto miał dzwonić? Bo pies szczekał od rana, myślałam, że Feliks nie ma siły wyprowadzić go na spacer. Potem pojechałam na działkę, wróciłam, a pies dalej wyje. No i zadzwoniłam po policję. Przyszedł dzielnicowy z hydraulikiem, otworzyli drzwi, a tam… wskazała w stronę sypialni.

Rozumiem, dziękuję pani.

Weszłam do sypialni, spojrzałam długo na Feliksa, potem z trudem wypisałam dokumenty. I nagle…

przypomniałam sobie o szczeniaku. Obeszłam mieszkanie, kuchnię, łazienkę, nawet na balkon zajrzałam.

Pani czegoś szuka? zapytał dzielnicowy, przyglądając się z ciekawością.

Szczeniaka. Nigdzie go nie widzę. Pan go widział?

Czarny taki? Tak, był tutaj, kręcił się, nawet na mnie warczał zaśmiał się policjant. Ale potem sąsiadka chyba go wzięła.

Uff! Przez chwilę się wystraszyłam, że Bimek został wyrzucony na ulicę. Pan Feliks bardzo go kochał i byłby bardzo zawiedziony

Pożegnałam się i wyszłam z mieszkania Feliksa. Postanowiłam zajrzeć jeszcze do pani Teresy, która poszła już wcześniej, bo miała pilne sprawy.

Olka? Co się stało? zapytała zdziwiona.

Chciałam tylko podziękować za to, że zajęła się pani Bimkiem. Jak sobie radzi?

Kto? Ach, pies… To nie, nie zostawiłam go sobie. Po co mi on?

Policjant mówił, że pani go zabrała.

No, zabrałam, ale zaraz wypuściłam, bo szczekał i przeszkadzał. Lepiej mu na dworze niż tu samego w pustym mieszkaniu. W dodatku boli mnie głowa tłumaczyła.

Czyli wypuściła pani psa na zewnątrz?

Nie wyrzuciłam, tylko otworzyłam drzwi. Mieszkanie przecież nie dla niego. Właściciel nie żyje.

Feliks mówił, że się z panią umówił i pokazał gdzie są pieniądze na karmę.

Pani Teresa spochmurniała.

Niczego takiego nie uzgadniałam. O pieniądzach nie wiem odburknęła. Daj mi spokój, pies sobie poradzi. Ludzie są dobrzy, może ktoś go przygarnie.

*****

Zbiegłam na dół, pogoda się popsuła, lunął deszcz.

Olka, chodź do auta! Przemokniesz! krzyknął Zbyszek.

Podeszłam do samochodu, zostawiłam apteczkę i… zamknęłam drzwi.

Olka, co ty robisz? Zbyszek wybiegł i podszedł do mnie.

Słuchaj, wracaj na stację, skończyliśmy zmianę, a ja muszę zrobić jeszcze coś ważnego.

Czego szukać?

Bimka!

O co chodzi?

Szybko opowiedziałam mu, co się stało. Zbyszek odpalił papierosa, posłuchał i pokręcił głową:

Sama cię tu nie zostawię. Wiesz, że nie można zostawiać auta, ale… chodź, razem poszukamy.

Szliśmy z dziesięć minut od klatki do klatki szukając psiaka. Nagle z klatki wyszedł dzielnicowy i zaoferował pomoc. Tak naprawdę byłam mu wdzięczna.

Mam! krzyknął Zbyszek i pobiegłam do niego, a dzielnicowy za mną.

Pod ławką, naprzeciwko domu Feliksa, siedział Bim. Warczał i szczekał na Zbyszka, nie dając mu podejść.

Bim, mój mały! aż się popłakałam, ale pewnie nikt nie zauważył, bo deszcz wszystko zmył. Poznałeś mnie?

Szczeniak wyszedł spod ławki, spojrzał na mnie smutnymi oczami i zapiszczał.

Tak, wiem, Bimku Feliks już odszedł.

Zbyszek się odwrócił i szybko otarł łzy, dzielnicowy popatrzył w niebo.

Nie mogę ci zastąpić twojego pana Ale spróbuję, kochany. Idziesz ze mną?

I Bim poszedł.

Czuł, że jestem dobrym człowiekiem. I bardzo nie lubił deszczu

*****

Początki miałam trudne, bałam się, że nie dam rady. Na szczęście pomogła mi mama kiedy miałam dyżury, przychodziła do mnie, karmiła i wyprowadzała Bimka.

W dni wolne chodziliśmy razem do parku ja, mama i pies.

W ogóle nie żałowałam, że go przygarnęłam.

Bo dzięki Bimowi zyskałam sens, którego ostatnio mi brakowało. Zaczęłam nawet rozumieć Feliksa, choć jako lekarz nie popierałam jego decyzji.

A z czasem w naszej małej rodzinie pojawił się jeszcze ktoś Dzielnicowy, Włodek, którego poznałam w smutnych okolicznościach, ale bardzo się zaprzyjaźniliśmy. Od razu mu się spodobałam, choć spotkaliśmy się, delikatnie mówiąc, nie najszczęśliwiej.

Kiedy po jakimś czasie Włodek przyszedł w odwiedziny z bukietem, Bim wybiegł do przedpokoju, powąchał go, spojrzał uważnie i po chwili zaszczekał test zaliczony.

To znaczy, że mojemu szczęściu nic już nie zagraża. No, może poza tym o którym tak długo marzyłam.

Rate article
Fajna Tajna
Ostatnie wezwanie