Ostatnia droga w deszczu

Ostatnia droga pod deszczem

Jesienny deszcz smagał błotnistą drogę wiodącą do wsi Brzeziny. Stanisław Kowalski, zgarbiony pod strugami wody, kroczył uparcie naprzód. Błoto oblepiało buty, każdy krok był walką, ale się nie zatrzymywał. Dziś musiał tam być—przy swojej Katarzynie. Wreszcie przez szarą zasłonę ulewy wyłoniły się kontury starego cmentarza.

—Twoja brzoza—wyszeptał, a głos mu złamał się z bólu.

Podszedł do skromnego nagrobka i ciężko osunął się na kolana, nieczuły na przemarznięte ubranie. Deszcz mieszał się z łzami, spływając po pooranej zmarszczkami twarzy. Ile tak stał, tonąc w wspomnieniach—nie wiedział. Lecz nagle usłuchał kroki za plecami. Odwrócił się i zamarł, serce ścisnęło mu się zaskoczeniem.

Rankiem było zimno i przygnębiająco. Stanisław, otulony w wytarty płaszcz, czekał na przystanku w mieście. Autobus się spóźniał, a jego nerwy już pękały. Obok młoda dziewczyna śmiała się beztrosko, gadając przez telefon, ignorując jego ponury wzrok.

—Można ciszej?—warknął, nie powstrzymując irytacji.

—Przepraszam—odparła, speszona, odkładając telefon.—Mamo, oddzwonię, dobrze?

Zapadła ciężka cisza. Stanisław poczuł się niezręcznie, jego szorstkość wbiła się w niego samego. Odchrząknął i mruknął:

—Wybacz, dziś nie mam humoru.

Dziewczyna spojrzała z delikatnym uśmiechem:

—Nic się nie stało, taka pogoda wszystkich drażni. A ja lubię jesienny deszcz. Pachnie, jakby jesień oddychała!

Stanisław milczał, tylko skinął głową. Nie był typem, który nawiązuje rozmowy z obcymi. Tym zawsze zajmowała się Katarzyna. Ona decydowała o wszystkim—od rachunków po rodzinne wizyty. Stanisław przyjmował jej troskę jak powietrze, aż nagle jej zabrakło. Bez niej świat stał się pusty jak wypalone pole.

—Wie pan, to dobrze, że autobus się spóźnia—kontynuowała dziewczyna.—Spóźnialscy zdążą. Moja przyjaciółka na przykład jeszcze nie przyszła.

Chciał odpowiedzieć, że to kiepska pociecha dla tych, którzy marzną na deszczu, lecz w pamięci wyłoniła się Katarzyna. Gdyby czterdzieści lat temu nie wsiadł w ten autobus, ich drogi pewnie by się nie przecięły. Czy byłaby szczęśliwsza bez niego?

Katarzyna zawsze widziała światło nawet w najczarniejszych dniach. Jej uśmiech rozgrzewał jak słońce, a dobroć ogarniała wszystkich wokół.

—Nawet nie wiedziałem, kiedy było jej ciężko—pomyślał Stanisław, a łzy zaczęły palić powieki.

—Jedzie pan do Brzezin?—zapytał, próbując podtrzymać rozmowę.—Zapadła dziura, młodzież stamtąd ucieka.

—Tak—przytaknęła.—Jestem wnuczką cioci Haliny, przyjechałam w odwiedziny. A pan?

—Do żony—odparł cicho.—Tam jej rodzinne strony.

—Jak miała na nazwisko? Może słyszałam.

—Nowak. Katarzyna Maria.

Dziewczyna zamyśliła się, lecz pokręciła głową:

—Nie znam.

—Po ślubie przeprowadziliśmy się do miasta—wyjaśnił.—Tylko rodziców odwiedzaliśmy, a po ich śmierci rzadko tam bywała.

Zamilkł, pogrążony w myślach. Katarzyna tak kochała Brzeziny, marzyła, by jeździli tam częściej. Ale Stanisław nigdy nie miał czasu. Teraz miał czas—ale nie miał już rodziny. Syn Piotr żył swoim życiem, wnuków nie przywoził.

—O, moja przyjaciółka!—zawołała dziewczyna, machając ręką.—Tutaj, Ania!

Zwróciła się do Stanisława z uśmiechem:

—Teraz i autobus nadjedzie.

I rzeczywiście, za zakrętem pojawił się autobus. Droga do Brzezin trwała dwie godziny. Stanisław wspomniał, jak kiedyś Katarzyna spóźniła się na autobus, i do północy wędrowali po mieście. To były czasy pełne nadziei i ciepła.

Potem nadeszła codzienność. Rzadko się kłócili—z nią nie dało się przecież kłócić. Miała nieskończoną cierpliwość. Lecz on zmienił się, zaczął traktować jej miłość jak oczywistość, nie doceniając wspólnych chwil.

Gdyby mógł cofnąć czas, powiedziałby sobie jedno słowo: „Cenić”.

Kiedy autobus dojechał do wsi, serce Stanisława zabiło mocniej. Przypomniał sobie cytat z książki: „Piekło to wieczne już nigdy”.

Deszcz w Brzezinach lał nieprzerwanie, bębniąc w dach autobusu. Stanisław ciężko wstał:

—Moja stacja.

Wyszedł pod ulewę, nie oglądając się za siebie. Dziewczyna z przyjaciółką też wysiadły, kryjąc się pod daszkiem. Widząc, gdzie idzie, krzyknęła:

—Dokąd pan? Tam tylko cmentarz!

Stanisław przystanął, odwrócił się, lecz milczał. Jego wzrok powiedział wszystko. Dziewczyna opuściła oczy, zrozumiawszy.

Tego dnia, gdy odeszła Katarzyna, świat się zawalił. Pokłócili się o błahostkę. Stanisław zamknął się w sobie, odmówił kolacji, milczał. Ona, zawsze troskliwa, próbowała pogodzić się, lecz on pozostawał zimny.

—Idę do sklepu—powiedziała, ocierając łzy.—Przynieść ci coś?

—Nie—burknął.

Wyszła—i więcej jej nie zobaczył. Na pasach potrącił ją samochód. W jednej chwili życie Stanisława zmieniło się w pustkę i poczucie winy.

Teraz szedł przez rozmokłą drogę, nie czując zimna. Deszcz smagał twarz, lecz kroczył uparcie. Gdy dotarł do grobu Katarzyny, upadł na kolana.

—Twoja brzoza, moja droga—wyszeptał, dusząc się żalem.

Łzy mieszały się z deszczem. Stracił poczucie czasu, pogrążony w bólu. Ale nagle znów usłyszał kroki. Odwrócił się i zastygł. Przed nim stała ta sama dziewczyna z przystanku, przemoczona, lecz z ciepłym uśmiechem. W ręce trzymała parasol.

—Przepraszam, że przeszkadzam—rzekła cicho.—Ale pańska żona nie chciałaby, by pan zachorował. Chodź pan do nas, przeczeka pan ulewę.

Stanisław, wspierając się na jej dłoni, wstał powoli. Dziewczyna dodała, jakby bała się jego milczenia:

—Jestem pewna, że kochała pana i była szczęśliwa—Byliście dla niej całym światem—dodała cicho, a w jej głosie zadrżała wierność, której nie mógł już odzyskać.

Rate article
Fajna Tajna
Ostatnia droga w deszczu