Ostatnia chwila

Ostatnia minuta

Adam stał przy oknie swojego mieszkania w Katowicach i patrzył, jak po porannej ulicy śpieszą się uczniowie. Jedni w szarych puchowych kurtkach, inni w dżinsach i z gołymi kostkami, mimo że za oknem było minus dwadzieścia stopni. Wiatr wciskał zimno w szyby, ale dzieci wydawały się nieczułe na mróz. Charknął śmiechem — niemal z zazdrością. Pociągnął łyk kawy. Gorzka. Zauważył to za późno, ale nie miał ochoty wracać do kuchni. Palce lekko mu drżały. Wiek. Ciśnienienie. Albo samotność.

Na ekranie telefonu migał nieodebrany — od syna. Adam wiedział, że powinien oddzwonić. Jeśli nie teraz, to wieczorem usłyszy w słuchawce: „Znowu byłeś zajęty, jak zawsze”. A on nie był zajęty. Po prostu nie wiedział, o czym mówić. Synowi było trzydzieści jeden lat, dorosły facet. A ich rozmowy przypominały negocjacje na granicy dyplomatycznego konfliktu. Suche. Ostrożne. Z dystansu. Wszystko, co ważne, dawno zostało pogrzebane pod warstwami niewypowiedzianych żalów i niepowiedzianych słów. Próbował nawet ćwiczyć w głowie, co powie. Ale zawsze kończyło się na nudnym: „Jak w pracy?”

Włożył stare palto, wziął wełniane rękawiczki — ciepłe, choć trochę śmieszne. I wyszedł. Zimno uderzyło go w twarz jak bat. Powietrze pachniało spalanym węglem i świeżym chlebem — z tego stoiska, które codziennie rano stawiano koło sklepu. Ślizgało się. Jakby całe miasto pokryte było niewidzialnym szkłem. Na rogu kobieta sprzedawała pączki — wóz z uchyloną klapą, wnętrze wypełnione parą i zapachem smażonego ciasta. Przypomniał sobie, jak kiedyś kupował takie same dla Elżbiety. Gorące, z wiśnią. Uwielbiała wiśnie, krzywiła się, gdy sok się wylewał. Śmiała się wtedy — naprawdę. A potem przestała. Śmiać się, czekać, i chyba być z nim.

Teraz mieszkała we Wrocławiu. Nowy mąż, nowa praca, nowe życie. Dzwoniła od święta. Jej głos brzmiał jak suche liście. Bez intonacji, bez ciepła. Zawsze słyszał w nim coś niepokojącego. Jakby chciała się upewnić — że nadal tam jest, gdzie go zostawiła. Albo przeciwnie — może miała nadzieję, że go tam już nie ma.

Skręcił w stronę parku. Mieszkał tu ponad dwadzieścia lat. Dzielnica się zmieniła — budynki wyższe, klatki obce. Sąsiedzi nowi. Tylko wspomnienia zostały w tych samych miejscach. Oto ławka, na której trzymał Elżbietę za rękę w dziewięćdziesiątym ósmym. Oto krawężnik, gdzie usiadł, gdy dostał telefon o śmierci ojca. Wszystko tu było. Tylko ludzi brakowało.

Na ławce przy fontannie siedziała dziewczyna. Młoda. Palila papierosa. Włosy potargane, oczy niespokojne. Jakby na kogoś czekała, ale nie była pewna, czy przyjdzie. Obok — torba i koc. Adam już prawie minął ją, gdy nagle spotkał jej wzrok. I było w nim tyle… samotności, że nieświadomie się zatrzymał.

— Przepraszam — szepnęła. — Jest pan stąd?

— Można tak powiedzieć — odparł. — A pani?

— Czekam tu na kogoś. Miał przyjść. Ale chyba nie przyjdzie.

Mówiła spokojnie. Prawie bez emocji. Ale głos jej drżał.

— Mogę z panem posiedzieć pięć minut? Jakoś mi nie po drodze… Wiem, dziwne.

— Nic dziwnego — powiedział Adam i usiadł obok. — Czasem po prostu ktoś musi być obok. Nieważne kto.

Milczeli.

Zgasiła papierosa o krawędź kosza i ści— A ja tu dalej siedzę i myślę, że może jednak kiedyś ktoś przyjdzie — dodał cicho, patrząc na swoje oddechy, które znikały w mroźnym powietrzu.

Rate article
Fajna Tajna
Ostatnia chwila