W moim dziwnym śnie, w którym dom zamienił się w pływający statek na Wiśle, stałem się opiekunką nieznajomego, którego losy wędrowały jak mgła nad Starym Miastem w Krakowie. Mam siedemdziesiąt dwa lata, a wydarzenia, które opowiadam, mają już prawie piętnaście wiosen w swojej przeszłości.
Mój mąż, Stanisław, od dawna spoczywa w cichych zakamarkach pamięci. Została mi jedynie córka nie w dosłownym sensie, lecz syn Marek, jego żona Zofia (z imieniem, które w polskich baśniach pojawia się tylko w naszych ludowych opowieściach) i wnuk Piotrek. Ojciec Zofii, Józef, był nauczycielem matematyki w szkole w Gdańsku, ale nagle zachorował tak ciężko, że jego łóżko stało się wyspą, a on sam więźniem sznurów przywiązanych do materaca.
Wydaliśmy fortunę w złotych, by jego choroba nie zniszczyła wszystkiego. Pomagałem finansowo, jakbyśmy zrzucali kamienie z drogi na wioskę w Beskidach. Gdy jednak Józef został przywiązany do łóżka, nikt nie podszedł do niego z ręką do pomocy. Marek był ciągle w podróży służbowej, Piotrek studiował w Poznaniu, a Zofia pracowała w warszawskim biurze, choć jej starsza siostra, Bogna, mieszkała już w Łodzi i mogła jedynie dzwonić, by wysyłać sympatie jak dym z komina.
Bogna nie mogła zwolnić się z pracy, bo szef krzyczał: Albo pracuj, albo pójdź! i tak Zofia wybrała pracę, zostawiając mnie z obowiązkiem karmienia i pielęgnacji. Na początku przychodziłam raz dziennie, na dwie godziny, by podać zupę i podnieść łyżkę. Z czasem Zofia poleciła mi zostać przy nim cały dzień, a nocą wracać do domu jedynie na spacer po płynących ścianach pokoju.
Marek współczuł, patrząc, jak ciężko mi jest, i radził mi rzucić tę dobroczynną pracę, lecz milczał wobec żony, bo mieszkał w jej mieszkaniu. Starsza siostra Zofii, Bogna, telefonowała codziennie, dyktując mi, co zrobić, jak podnieść poduszkę, jak przetrzeć pot na czole. Gdy nie spełniałam jej rozkazów, Zofia gniewała się i krzyczała: Jeśli ci to nie pasuje, weź syna i wyjedź! Ja znajdę nianię! a ja słuchałam jej słów przez osiem lat, niczym echo w pustej katedrze.
W końcu Józef odszedł, nie zostawiając po sobie nawet słowa podziękowania. Najstarsza córka Zofii Zuzanna, imię, które w polskich legendach brzmi tylko w szczycie gór twierdziła, że nikt nie zmusił mnie do opieki, że to ja sam wybrałem tę drogę. Tak to wygląda w moim śnie: czynimy dobro, a ludzie są tak bezduszni, że nie potrafią podziękować, niczym ptaki, które przelatują nad naszymi głowami, nie zostawiając śladu.



