Opiekuję się nim od ośmiu lat. Nikt ani przez chwilę nie podziękował.
Wszyscy wiedzą, jak ciężko jest trzymać chorego przy życiu. Nawet gdy to najbliższy blizna serca nie maleje. A ja, w wieku siedemdziesięciu dwóch lat, przez osiem lat dbałam o ojca mojej synowej, człowieka obcego mi prawie całkowicie. Nigdy nie otrzymałam choćby słowa uznania, a to rozdarło mnie na kawałki.
Mój mąż zmarł już dawno. Mam syna Marka, synową Jadwigę i wnuka Kacpra. Ojciec Jadwigi, Stanisław, był nauczycielem matematyki w Krakowie, ale nagle zachorował na poważną chorobę. Leczyliśmy go setki tysięcy złotych, wkładając w to każdy grosz, który mogliśmy zebrać. Ja też wspierałam finansowo, tak jak się dało.
Wkrótce stał przywiązany do łoża, a nikt nie mógł się nim zająć. Marek był ciągle w delegacjach, Kacper studiował w Warszawie, a Jadwiga pracowała w oddziale szpitalnym. Jej starsza siostra, Basia, mieszkała w Gdańsku i mogła jedynie dzwonić, by wyrazić współczucie.
Basia nie pozwoliła Jadwidze zwolnić się lekarsko. Powiedziały jej:
albo pracujesz, albo zostajesz zwolniona!
Zdecydowała się pozostać przy pracy, więc ciężar opieki spadł na mnie. Na początku Jadwiga prosiła, żebym przychodziła raz dziennie, by podać jedzenie i przygotować posiłek. Zgodziłam się. Nie przypuszczałam, że to zajmie mi osiem lat.
Początkowo stawałam tam na dwie godziny, po czym wracałam do domu. Z czasem Jadwiga przydzielała mi coraz więcej zadań spędzałam przy nim cały dzień, wracałam dopiero po zmroku, a rano wracałam pieszo, by znów być przy jego boku. Marek widział, jak bardzo cierpię i błagał, żebym przestała, lecz nie odważył się powiedzieć nic swojej żonie, bo mieszkał pod jej dachem.
Szczególnie krzywiły mnie telefony od Basi, które wlewały mi kolejne instrukcje: co zrobić, jak to zrobić, jak dbać o jego stan. Jadwiga stawała się coraz bardziej niezadowolona, zwłaszcza gdy nie mogłam spełnić jej kolejnych żądań. Pewnego dnia krzyknęła:
Jeśli ci to przeszkadza, weź Marka i wyjedź! Radzę sobie sama! Znajdę opiekunkę!
Te słowa słyszałam przez osiem lat, jakby były rozrywane wiatrem. W końcu Stanisław odszedł. Żadna z córek nie podziękowała mi za lata troski, a najstarsza stwierdziła, że nikt nie zmusił mnie do opieki zrobiłam to z własnej woli.
Tak to bywa. Robisz dobro, a ludzie są tak bezwzględni, że nie potrafią nawet podziękować za jeden gest.



