Opowieść o miłości

Zosia od rana źle się. Za oknem sypał śnieg. Cieszyła się, że wczoraj poszła do sklepu, bo dzisiaj musiałaby się przedzierać przez zaspy, co z jej bolącymi nogami byłoby bardzo trudne. Do tego, zdawało się, znowu skoczyło jej ciśnien. Zosia wzięła tabletkę, położyła się na kanapie i zamknęła oczy.

„Co ja tak leżę? Trzeba barszczyk ugotować” – pomyślała, ale nie miała siły wstać.

Tak już było, że pierwszego stycznia przychodził do niej na obiad syn z żoną. A kiedyś, gdy Tomek był mały, przychodził i z wnukiem. Zawsze od progu pytał: „Mamo, a barszcz jest? Sałatki mi już obrzydły”. Zosia postanowiła, że jeszcze chwilę poleży i zabierze się do gotowania. Zdąży. Nasłuchiwała siebie. Wydawało się, że w głowie lżej.

Zosia otworzyła oczy i spojrzała na zdjęcie męża na ścianie. Zawiesiła je specjalnie tak, by zasypiając i budząc się, widzieć jego twarz. Minęło siedem lat, a wciąż nie mogła się przyzwyczaić, często wspominała i rozmawiała z nim, patrząc na portret.

– Źle mi bez ciebie, Staszku – powiedziała głośno.

„A pamiętasz, jak wróciłeś z pracy bez prezentu na moje urodziny? Kwiaty schowałeś pod płaszczem na wieszaku. Celowo tak wolno się rozbierałeś, żebym wyszła i zapytała, co się tak grzebiesz?

A ty powiedziałeś, że zgubiłeś wypłatę. Poszedłeś do sklepu, a kiedy wybierałeś mi prezent, ktoś wyciągnął ci portfel z kieszeni. Jak ja się wtedy na ciebie wściekłam. Przeczuwałam podstęp, znałam twój nieznośny charakter, a i tak dałaś się nabrać.

I jaki uparty byłeś – doprowadzić do końca, co zaplanowałeś. Już liczyłam, jak przeżyjemy miesiąc bez pieniędzy.

Przyszli goście: syn z żoną, twój kolega Krzysiek z małżonką i moja przyjaciółka Kasia. Zasiedliśmy do stołu, wino rozlaliśmy do kieliszków, ty wzmaciał toast, a potem dałeś mi pudełeczko ze złotymi kolczykami. Wtedy kończyłam pięć lat. I zrobiło mi się tak wstyd, że omal nie rzuciłam w ciebie tym pudełkiem. A ty tylko się śmialiś, ciesząc, że znowu udało ci się mnie rozegrać” – Zosia spojrzała na portret męża z wyrzutem.

„A jak zgubiłeś klucze w śniegu, pamiętasz? Jak długo ich szukaliśmy. Sąsiedzi nawet wyszli pomóc. Potem podrzuciłeś, żebym to znachodzili. Ile razy pytałam, nigdy się nie przyznawałeś, że to był żart. Wstyd było przed sąsiadami? Nie zrozumieliby. Nie tylko ja, ale i dzieci mieli z tobą przejścia…” – Zosia prowadziła w myślach rozmowę z mężem.

Stasław na portrecie słuchał uważnie. Rzadkie zdjęcie, na którym miał poważny wyraz twarzy. Zwykle uśmiechał się przebiegle. Zosia westchnęła i usiadła na kanapie. Głowa przestała ją boleć.

Poszła do kuchni i zaczęła gotować barszcz. Każdy ruch echo w kolanach. Gotowała i wspominała…

***

Był ciepły sierpniowy dzień. Młoda Zosia siedziała w białej sukniowej sukni przed lustrem. Przyjaciółka Kasia układała jej włosy. Uczyła się w mieście na fryzjerkę. Zosia nie mogła usiedzieć spokojnie. Raz uśmiechała się szczęśliwie, raz zamyślała.

Lada chwila przyjdzie po nią pan młody, a ona wciąż nie była pewna, czy dobrze zrobiła, słuchając matki.

– Rodzina u Wojtka dobra, gospodarstwo duże, chłopak pracowity. A za kogo wyjdziesz w naszej wsi? Miejscy chłopcy swoje dziewczyny mają – przekonywała matka.

I Zosia się zgodziła. Dwadzieścia lat, czas za mąż. Kasia zachwycała się jej strojem, Wojtkiem, a w oczach Zosi pojawiły się łzy. Co chwilę nasłuchiwała odgłosów za oknem, czy nie nadjeżdża auto. I cieszyła się, gdy samochód mijał dom.

Ale w końcu silnik zgasł pod oknem, zatrzasnęły się drzwi. Zosia drgnęła i zesztywniała. Serce biło jak schwytaną ptaszyna.

Kasia wybiegła przed dom witać pana młodego, żądając wykupu za pannę młodą. Matka już stała na ganku…

A Zosia nagle pomyślała o czymś zupełnie innym, niż powinna panna młoda. Przypomniała sobie, jak dzień wcześniej matka posłała ją do sklepu, gdzie spotkała Stasława. Po wojsku nie wrócił do wsi, od razu pojechał do miasta do pracy. Kilka lat go nie widziała.

Zmężniał. Nie żeby przystojniak, ale postawny chłop, zużyciem miejskim. Zosia spłonęła rumienc pod jego wpatrzonym wzrokiem, spuściła oczy.

– Spóźniłeś się, chłopaku. Nie ma co się dąca. Nie dla ciebie panna młoda. Jutro wychodzi za mąż – powiedziała sklepowa kumoszka.

– Jeszcze zobaczymy – uśmiechnął się Stasz, nie odrywając wzroku od Zosi.

Nie pamiętała, co kupiła. Wypadła na ulicę i dopiero tam mogła swobodnie oddychać. Od tamtej pory nie mogła zapomnieć jego spojrzenia.

Zosia nasłuchiwała. Coś długo targowali wykupem. Nagle drzwi się otworzyły. Próg przekroczył nie Wojtek, ale Stasław.

Zosia zerwała się z krzesła, serce waliło tak, że zaraz wyskuje z piersi. Matka próbowała nie wpuścić Stasława, łapiąc go za rękaw koszuli. Kasia tylko stała, obserwując. Stasław wyrwał się wreszcie i podszedł do Zosi.

– Nie wytrzymam bez ciebie. Zgodzisz się pójść ze mną? Teraz? – zapyta.

A ona nawet słowa nie mogła wykrztusić. Wziął ją na ręce i poniósł w stronę drzwi. Matka z przyjaciółką ledwo zdążyły odskoczyć. Zosia objęła go za szyję, położyła głowę na ramieniu, jakby tak właśnie miało być.

Tak zabrał ją spod ślubnego kobierca Stasław. Długo wieś gadała o ich wesel. A po co dobre marnować? Przyszedł później Wojtek pijany, ledwo na nogach stał. Postał, popatrzył na nich i poszedł.

Później Stasław opowiadał, jak poszedł do niego.

– Nie dam wam żyć. I tak ci ją zabra. Lepiej mnie teraz zabij – powiedział.

WojZosia uśmiechnęła się w duchu, bo choć teraz odeszła, to w końcu znów była z nim, i nie musieli już na nic czekać.

Rate article
Fajna Tajna
Opowieść o miłości