Opowiem Ci historię, która naprawdę mogłaby się przytrafić tu u nas, w Polsce.
Wyobraź sobie trzydziestodwuletnia Jagoda, dziewczyna z małej miejscowości pod Lublinem, postanawia w końcu zmienić swoje życie. Głównie dlatego, że ile można słuchać matczynej gderaniny o tym, że zmarnowała męża po rozwodzie. Irys ten jej były jaki tam z niego chłop? Z alkoholem na bakier, towarzystwa szukał lepszego. Szczerze mówiąc, Jagodzie ulżyło po rozstaniu, choć z matką przez to bez końca się kłóciły. A pieniędzy wiecznie nie starczało.
No to myk, do Lublina! Tam już znajoma, Milena, od pięciu lat po ślubie z wdowcem. Może i starszy od niej o szesnaście lat i do najprzystojniejszych nie należy, ale swoje ma mieszkanie też. A co, Jagoda gorsza od Mileny?
W końcu się zdecydowałaś! cieszyła się Milena. Pakuj walizy, możesz się u nas zatrzymać na początku, roboty razem poszukamy.
Jagoda miała opory:
Twój Wiktor nie będzie miał nic przeciwko?
No coś ty! Chciałby mi zabronić! śmiała się Milena. Przebojem walczymy o lepsze jutro!
Ale Jagoda u przyjaciółki została tylko dwa tygodnie jak tylko zarobiła pierwsze pieniądze, wynajęła pokój. Przypadek i szczęście przyszło szybko.
Handlowała warzywami na bazarku, znała już stałych klientów. Jeden z nich, pan Edward, zawsze ubrany elegancko, solidny samochód, taki trochę poważny pan po pięćdziesiątce. Wybierał wszystko z aptekarską dokładnością i płacił co do grosza, ale widać, że nie bieduje.
Pewnego dnia zagaił do niej:
Szkoda, że taka młoda i zaradna kobieta musi marznąć na tym zimnie, handlując warzywami…
Jagoda wzruszyła ramionami:
Co zrobić, trzeba zarabiać.
Uśmiechnęła się zadziornie:
Chyba, że ma pan lepszą propozycję?
Edward przeszedł na Ty:
Wiesz co, wydajesz się odpowiedzialna, sumienna, czysta… Miałaś kiedyś styczność z opieką nad chorym?
Pewnie. Sąsiadce pomagałam, miała udar, dzieci rozjechane po świecie, więc się nią zajęłam.
Świetnie! A wiesz, moja żona, Janina, też po udarze. Mało kto jej daje szansę, lekarze pesymistyczni. Wziąłem ją do domu, ale nie mam czasu ogarniać tego wszystkiego. Pomożesz? Zapłacę jak należy.
Jagoda długo się nie zastanawiała ciepło, wygodnie, dach nad głową i jeszcze mieszkać za darmo! A ileż można stać na bazarku, zmarznięta i obsłuchiwać marudzenie klientów?
Trzy pokoje, wyobraź sobie! Chodzę po tym mieszkaniu i czuję się jak u królowej opowiadała potem Milenie. A dzieci nie mają.
Mama Janiny wciąż młoda duchem, miała sześćdziesiątkę na karku, niedawno wyszła za mąż i nie miała głowy do doglądania schorowanej córki.
Bardzo ta Janina chora? dopytywała Milena.
Tak sobie… Leży jak kłoda, tylko mruczy coś pod nosem. Wątpię, by doszła do siebie.
Milena zmierzyła ją wzrokiem:
Cieszysz się z cudzej tragedii?
No raczej nie… Ale przecież jakby co, Edward będzie wolny… spuszczała wzrok Jagoda.
Ty to masz tupet! Życzyć komuś śmierci przez mieszkanie? Milena nie mogła tego przeboleć.
Ja nikomu niczego nie życzę, ale swojej szansy nie przepuszczę! Łatwo ci mówić, sama sobie ułożyłaś!
Porządnie się pokłóciły. I przez pół roku nie odzywały się do siebie. Dopiero potem Jagoda, już praktycznie “rodzina”, przyznała się, że została kochanką Edwarda.
Bo, wiesz, między nimi zaiskrzyło. Chociaż wiadomo, oficjalnie nie zostawi żony taki już charakter. Więc żyli sobie na lewo.
Serio? Ty tu się miziasz, a żona w pokoju obok kona? dopytywała Milena, w ogóle nie akceptując tej sytuacji. To jest obrzydliwe! I jeszcze, kto wie, czy on faktycznie ma ten majątek?
Od ciebie nigdy się nie doczekam wsparcia! fochnęła się Jagoda.
No i znowu przestały się odzywać. A Jagoda jakoś z tego powodu sobie życia nie psuła. Jak mówią: syty głodnego nie zrozumie. Obejdzie się bez niej.
Z Janiną była sumienna jak anioł. Odkąd z Edwardem “byli razem”, prowadziła całe gospodarstwo domowe. Pranie, gotowanie, sprzątanie – tak, żeby panu było wygodnie. Zauważyła nawet, że Edward przestał płacić jej za opiekę, ale uznała w końcu są prawie jak małżeństwo. Dawal jej tylko na zakupy, sama budżet ogarniała, choć ledwo się mieściła w wyznaczonych kwotach.
No co, przecież jak już będą razem oficjalnie, wszystko się ułoży. Z czasem ogień ucichł, Edward coraz chętniej zostawał dłużej w pracy, no ale Jagoda tłumaczyła to troską o żonę.
Aż Janina zmarła. Jagoda popłakała się, bo półtora roku z tą kobietą przeżyła! Pogrzeb załatwiła praktycznie sama Edward tak przeżywał, że nie był zdolny. Na organizację pogrzebu dał jej odliczone pieniądze, ale załatwiła, żeby wszystko było porządnie. Sąsiadki, które dotąd na nią patrzyły wilkiem, nawet przychylnie kiwały głowami. Teściowa Edwarda też była zadowolona.
Jagoda kompletnie się nie spodziewała tego, co ją spotkało dziesięć dni po pogrzebie.
Słuchaj, nie będziesz mi już potrzebna. Masz tydzień, żeby się wynieść powiedział chłodno Edward.
Jak to? Dokąd? Dlaczego?
Czy naprawdę musisz robić dramy? skrzywił się. Już nie masz się kim opiekować. Gdzie pójdziesz, to nie mój problem.
Edward, my przecież mieliśmy się pobrać… Jagoda zaniemówiła.
Sama sobie tak wymyśliłaś. Ja niczego takiego nie planowałem.
Całą noc przepłakała, rano znowu próbowała gadać, ale Edward powtórzył swoje. Nawet szybciej jej kazał się pakować:
Moja narzeczona chce tu zrobić remont jeszcze przed ślubem rzucił.
Narzeczona? Jaka narzeczona?
Nie twoja sprawa.
Skoro tak, to zanim się wyniosę, zapłacisz mi za opiekę! Miałeś płacić 4 tysiące miesięcznie dostałam tylko dwie wypłaty. Łącznie należy mi się 64 tysiące złotych!
Ty umiesz liczyć jak nikt! skwitował złośliwie. Marz sobie dalej…
A za gotowanie, sprzątanie, pranie to co? W sumie dobijmy do setki, zapłacisz, rozchodzimy się!
I co? Pójdziesz do sądu? Umowy nie masz.
To opowiem wszystko waszej teściowej powiedziała cicho Jagoda. Wiesz dobrze, kto tę mieszkanie wam kupił…
Edward zbledł, ale próbował grać dalej.
Kto ci uwierzy? Straszy mnie! Wiesz co, już nawet nie chcę cię widzieć wynoś się teraz.
Masz ode mnie trzy dni, kochasiu. Nie będzie kasy zrobię ci taką burzę, że zapomnisz, gdzie mieszkasz rzuciła na pożegnanie, spakowała się i przeniosła do hostelu. Trochę zaoszczędziła z kasy na dom.
Czwartego dnia nie wytrzymała i poszła do mieszkania Edwarda. Traf chciał, że była tam jego teściowa, pani Danuta.
Jagoda z miejsca wyłożyła prawdę, patrząc Edwardowi prosto w oczy. Ten się zagotował:
Wymyśla coś! W ogóle nie słuchaj! pienił się wdowiec.
Na pogrzebie już coś słyszałam, nie chciałam wierzyć. Teraz jest dla mnie wszystko jasne odpowiedziała ostro Danuta. A mieszkanie, kochany zięciu, jest na mnie.
Edward zamilkł.
Za tydzień nie chcę cię tu widzieć. Nie, nawet za trzy dni. Wynoś się!
Teściowa w drzwiach zatrzymała się jeszcze przy Jagodzie:
A ty, dziewczyno, co tu sterczysz? Na nagrodę liczysz? Wynocha mi stąd!
Jagoda wyszła jak poparzona. Teraz już na pewno nie zobaczy żadnej kasy. Pozostaje wrócić na bazar chociaż tam praca zawsze się znajdziePrzeszła przez rynek Lublina z głową spuszczoną, zawinięta w kurtkę, z walizką jak z epoki biedy. Koła turlały się po bruku, a w myślach huczało wszystko naraz: wstydu, żalu, gorzkiej satysfakcji i straty. Kogo teraz obchodzi jej dramat? Milena może by się ucieszyła, gdyby wiedziała, że wszystko się posypało. Mama powie: A nie mówiłam!. Ale już nie chciała nikomu się tłumaczyć.
Dopięła walizkę w hostelu i patrzyła tępo w okno na podwórko. Nad śmietnikiem fruwały wrony, skakały po krawędzi świata jak głodne dni.
I wtedy zadzwoniła Milena. Jagoda nie odebrała, parę godzin leżała, zanim wyświetliła esemes:
Widzę cię przez okno, czekam w kawiarni naprzeciwko. Pogadamy? Milena.
Zeszła. Nie miała odwagi wejść do kawiarni, ale Milena już czekała z dwoma herbatami. Złapała ją za rękę, ścisnęła mocno.
No i co teraz? spytała.
Teraz… chyba od początku. Nie wiem jeszcze jak, ale przecież już raz to zrobiłam.
Milena uniosła brwi:
Bo ty zawsze wstajesz. Upadniesz i stoisz dalej. Chodź do nas, nie na zawsze na czas, aż coś ogarniesz. Może pracę, może mieszkanie?
Jagoda uśmiechnęła się przez łzy.
A twoja mama?
Niech sobie gada machnęła ręką Milena. Znam cię. Dasz radę.
Przez szybę przebijało późne, lubelskie słońce, rozświetlając pyłek jesieni. Wzięła kubek w obie dłonie. To nie był wielki życiowy triumf, nie czekała ją bajka o miłości i nagroda za trud. Ale wracała do ludzi, którzy ją znali. Do tego jednego pewnego miejsca na ziemi, gdzie nawet jak zabraknie wygodnego łóżka i marzeń, to znajdzie się ktoś, kto postawi herbatę. To naprawdę sporo i to postawiło ją na nogi.
Westchnęła cicho, parującym gardłem herbaty ogrzewając to, co w niej jeszcze nie zgasło.
Dobra. Jeszcze nie koniec świata.



