To prawda, co się mówi: im dłużej pary się ze sobą spotykają przed ślubem, tym gorzej wychodzą na tym ich małżeństwa…
Była sobie para z Warszawy, która była razem siedem lat, zanim w końcu zdecydowali się wziąć ślub. Przez te siedem lat nie spędzili razem nawet całego dnia każde miało swoje hobby, swoje mieszkanie i swoją ulubioną kawę. Wszystko zmieniła niespodziewana ciąża, która popchnęła ich do szybkiego ślubu.
Na początku wspólne życie wydawało się przygodą: remont ich malutkiego mieszkania na Mokotowie babcia dziewczyny wyprowadziła się do rodziców, więc zwolniło się trochę metrażu dla świeżo upieczonych małżonków. Potem przyszły wspólne wypady po meble do IKEI i zakupy w sklepach AGD. Ale kiedy już wszystko było gotowe, coś zaczęło im doskwierać okazało się, że cztery ściany, nawet świeżo odmalowane, potrafią być klaustrofobiczne.
On zaczął coraz częściej pytać z błagalnym wzrokiem, czy może wyskoczyć z kolegami na piwo do pubu, a ona wzruszała ramionami i mówiła: Idź, odpocznij sobie. Takie życie powoli stało się normą. Z nowożeńców zmienili się w mijających się lokatorów, którzy widują się w drzwiach późno w nocy.
Zbliżał się termin porodu, a on z każdym dniem był coraz smutniejszy. Ona nie zwracała na to uwagi, aż tu któregoś dnia zadzwoniła do niej jakaś rozemocjonowana kobieta i oznajmiła, że jej mąż właśnie się do niej przeprowadza. I co? Okazało się, że facet w trakcie, gdy żona była u ginekologa na zwykłej kontroli, spakował się i zniknął.
Co najbardziej zabolało? Nawet się nie pokwapił, żeby coś wytłumaczyć swojej ciężarnej żonie, po prostu się przestraszył. Na rozprawie rozwodowej też się nie pojawił Dziewczynie zależało tylko na tym, żeby w dokumentach dziecka nie widniało żadne nazwisko ojca. Wszystko szybko załatwiła dzięki znajomościom.
Kilka tygodni później urodziła się piękna i zdrowa dziewczynka, Zuzanna. Miała wielkie oczy i dołeczki w policzkach, a po zobaczeniu córki cała złość i rozgoryczenie jakby opadły. Rodzice dziewczyny pomagali jej w wychowywaniu Zuzi. Sama nie chciała już myśleć o żadnych związkach z mężczyznami rana w sercu wcale się nie goiła.
Córka miała już trzy lata, gdy nagle zadzwonił dzwonek do drzwi. Dziewczyna spodziewała się mamy, dlatego bez sprawdzania w wizjerze otworzyła. A tam proszę bardzo jej były mąż. W jednej ręce trzymał wielki bukiet czerwonych róż, które zawsze lubiła, w drugiej zaś olbrzymie, plastikowe auto wyścigowe, pierwszą zabawkę, jaką kiedykolwiek przyniósł Zuzi w życiu.
Spojrzała na niego bez słowa, a on wyjąkał:
Przepraszam… zrobię wszystko, co powiesz…
Naprawdę myślisz, że tyle lat później ci wybaczę? Naprawdę?
Do przedpokoju wybiegła Zuzia.
Nie. Lepiej już sobie idź. Przez te wszystkie lata nie byłeś nam potrzebny, przyzwyczaiłyśmy się do życia bez ciebie…
Nie było już żalu. Wszystko wypaliło się przez te lata została jej tylko litość dla byłego męża, który tak naprawdę sam stracił swoją córkę.



