– On i tak nie ma szans – powiedziała żona obcym, zimnym głosem. – W takim razie sam przyjedź i porozmawiaj z lekarzem, jeśli mi nie wierzysz. Tam są pielęgniarki, będzie miał wszystko zapewnione. Nie na darmo wymyślono to hospicjum, wszyscy tak robią…
Kajetan urodził się dwa miesiące przed terminem i od razu trafił na intensywną terapię. Na początku nic nie mówili, potem pojawiła się nadzieja – zaczął oddychać samodzielnie, przybierać na wadze. Kiedy go wypisano, wciąż był taki malutki, że Piotr bał się go brać na ręce, żeby nie zrobić mu krzywdy. Ale kiedy Kajtuś budził się i cichutko płakał w nocy, Magda nie wstawała do niego, więc Piotr musiał się przyzwyczaić. Magda też nie chciała go prowadzać do lekarzy, twierdząc, że to przez nich tak się stało, przecież wszystkie badania i USG robiła, a mówili, że wszystko jest w porządku. A to w porządku? Trzy miesiące, a on główki nie trzyma.
Piotr sam umawiał wizyty u lekarzy, słuchał skomplikowanych terminów, od których więdnął język, oddawał z synem badania, za każdym razem zamykając oczy jak dziecko, gdy pielęgniarka próbowała znaleźć żyłę. W końcu trafił do genetyków w wojewódzkim centrum, którzy wyjaśnili, że Kajetanowi można pomóc, ale potrzebne są specjalne leki. Dlatego Piotr pojechał na kontrakt – przyjaciel od dawna go namawiał, zarobki były tam dobre, ale Magda ciągle nie puszczała. Teraz nie było wyjścia. Wyjechał, myśląc, że syn jest z Magdą i wszystko jest dobrze. A tu okazuje się, że nie. Babcia nic mu nie mówiła, choć czuł, że coś przed nim ukrywa.
– Wszystko dobrze, synku, pracuj – powtarzała.
Okazało się, że przez ten czas to właśnie babcia chodziła do szpitala do Kajtka – rozmawiała z nim, smarowała kremem przeciw odleżynom i robiła masaż. Magda zaś wróciła do pracy, a jemu nic nie powiedziała. Przyznała się dopiero wtedy, gdy Piotr oznajmił, że przyjedzie na miesiąc na urlop.
– Magda, to przecież nasz syn! – wzburzył się. – Jakie hospicjum, po co ja pracuję? Lekarz przecież powiedział, że leki…
– Jakie leki! – krzyknęła Magda. – Widziałeś go w ogóle? Pół roku cię tu nie było, więc nie mów mi, co mam robić! Jeszcze jestem młoda i chcę się pożyć. Można jeszcze inne dziecko urodzić. Nie chcę jak matka całe życie pieluch zmieniać!
Młodszy brat Magdy miał dziecięce porażenie mózgowe, i kiedy się poznali, Piotra fascynowało, jak ta krucha i delikatna dziewczyna nosi go na rękach, sadza na wózku i czyta książki na głos. Właśnie za to ją pokochał. Okazało się jednak, że miłości w niej wystarczyło tylko dla brata.
– Jeśli nie zabierzesz syna do domu, wniosę o rozwód – zagroził Piotr.
– No to składaj! Znalazłeś, czym straszyć! Jakoś przeżyłam bez ciebie do tej pory, to i dalej przeżyję.
Nie sądził, że naprawdę odejdzie. A jednak, Magda odeszła jeszcze zanim przyjechał, zostawiła klucze do mieszkania jego babci, która już dawno się domyślała, ale nie mówiła Piotrowi – w ciągu pół roku Magda kogoś znalazła i do niego się przeprowadziła.
– Nie martw się, synku, poradzimy sobie. Pomogę ci z Kajtusiem, tylko będziesz musiał tu znaleźć pracę – sama nie dam rady.
Piotr i tak to rozumiał – babcia od dawna chorowała, sama potrzebowała pomocy, ale on nie mógł jej odwdzięczyć się za opiekę, nie mógł się rozdwoić.
Piotra wychowała babcia. Matka, całkiem znana śpiewaczka, przywiozła go do babci tylko na miesiąc, ale już nie zabrała. Przysyłała pieniądze, póki chodził do szkoły, potem najwyraźniej zdecydowała, że sam sobie poradzi. Młodszy Piotr zawsze myślał, że mama go kocha, tylko ma trudne życie: koncerty, nagrania, fani… Nawet sam pojechał na jej koncert – kupił ogromny bukiet róż, marzył, że jej go wręczy, a ona go rozpozna i ucieszy się, powie ze sceny – to mój syn!
Ale było inaczej: najpierw go nie zauważyła, potem w końcu wzięła bukiet, nawet nie spojrzała i rzuciła gdzieś w kąt. Piotr na ten bukiet wydał prawie całą wypłatę. Po koncercie z trudem dostał się za kulisy, próbował jej wyjaśnić, że to on, jej syn, ale matka mu nie uwierzyła. Przekazała tylko, że jest zmęczona, że zadzwoni. Czekał miesiąc, nie odchodził od telefonu, ale nie zadzwoniła.
Już o niej nie pamiętał, a jak w radiu leciały jej piosenki, to od razu wyłączał, choć wcześniej znał je na pamięć. Babcia była dla niego i ojcem, którego nigdy nie poznał, i matką. A teraz stała się matką także dla Kajtka – zajmowała się nim jak mogła, a Piotr znalazł pracę z normalnym grafikiem, aby babcia nie miała zbytniego obciążenia. Magda nawet nie dzwoniła, była gorsza od jego matki – tamta przynajmniej udawała, że ma dziecko.
– Piotruś, miałam tak barwny sen – opowiedziała kiedyś babcia. – Twój dziadek, wieczny mu spokój, poprosił mnie, bym przyniosła mu wody ze studni. Ja mówię – jak mam nieść, przecież nogi mnie nie trzymają! A on mówi – tutaj wszyscy chodzą. Patrzę, a pod nogami trawa taka zielona, zielona i miękka jak puch. Idę po niej, a nogi same suną, i nawet nie bolą! Nabrałam wody i na koniec zajrzałam do studni. Patrzę, a tam ty, w garniturze i krawacie, a obok dziewczyna taka ładna, z dołeczkami w policzkach. W welonie. Czuję, że sen proroczy – znajdziesz sobie dobrą żonę, a nie tę trzpiotkę!
– Babciu, jaka żona! Jeśli własna matka nie chciała opiekować się Kajtkiem, to kto się zgodzi?
Na następny dzień babcia już się nie obudziła. Tak więc sen się spełnił, tylko nie o tym – teraz to ona zanosi wodę dziadkowi, a nie małemu Kajtkowi.
Co robić dalej, Piotr nie wiedział. Mama pomogła w zorganizowaniu pogrzebu, nawet sama przyjechała, ale mimo to musiał się wykosztować, prosić jej nie miał zamiaru. Ale po dwóch tygodniach sama zadzwoniła i powiedziała:
– Znalazłam opiekunkę dla twojego syna. Będę jej płacić, nie martw się.
Taka hojność zaskoczyła Piotra, chciał początkowo odmówić, powiedzieć, że niczego od niej nie potrzebuje, ale zmienił zdanie – nie czas na dumę, kiedy leki kończą się synowi.
Z jakiegoś powodu spodziewał się doświadczonej kobiety, takich widział wiele w szpitalach, kiedy odwiedzał Kajtka, wszystkie przypominały jego babcię za młodu – rzeczowe, proste, znające swoje obowiązki. Ale wyglada na to, że matka i tu postanowiła zaoszczędzić – przysłała jakąś absolwentkę, dziewczyna od razu wyznała, że to jej pierwsza praca.
– Nie martwcie się, przeszłam specjalne kursy i wszystko potrafię – powiedziała pewnie, ale drżał jej głos.
Mógłby zadzwonić do matki i powiedzieć, że ta młoda dziewczyna nie poradzi sobie z Kajtkiem, ale nie miał ochoty z nią rozmawiać. Postanowił poczekać, może rzeczywiście te kursy coś dadzą.
Miała na imię Marta. Dzwoniła do niego co pół godziny.
– Panie Piotrze, to normalne, że ma czkawkę?
– Proszę go trochę podnieść i połóżcie coś ciepłego na plecy, ręcznik można rozgrzać żelazkiem.
– Panie Piotrze, tak ciężko oddycha, boję się!
– Marta, nebulizator, przecież mówiłem…
I tak w kółko.
Po dwóch tygodniach oswoiła się i radziła sobie lepiej. Ale Piotr musiał zmienić pracę – dziewczyna miała czas pracy do szóstej, musiał mieć czas, by wrócić. Przyszło mu pracować na budowie, tam był elastyczny grafik, ale wszystko na czarno. Obiecywali dobrze płacić, tylko kiedy…
Weekendowe dni Piotr spędzał z synem – dziewczyna nawet za dodatkowe pieniądze nie mogła pracować w weekendy, bo uczyła się chińskiego. Twierdziła, że chce na praktykę wyjechać, akupunktury się uczyć. Była zabawna, ta Marta, naiwna, nie jak jego babcia – tamta zawsze ufała telewizji, a ta internetowi.
W dniu urodzin Kajtka, Marta przyjechała nawet w weekend – przyniosła mu balon, on je uwielbiał, i ręcznie robiony kombinezon. Piotr był wzruszony i zaprosił ją na herbatę – kupił tort z tej okazji. Potem wszyscy poszli na spacer – ubrali Kajtka w nowy kombinezon, włożyli do wózka i przywiązali balon, żeby mógł patrzeć. Piotr rozumiał, że do następnych urodzin syn może nie dożyć, a to uczucie sprawiało, że trudno mu było oddychać. Ale w tej chwili, gdy prowadził wózek po słonecznej ulicy, a balonik wyrywał się w niebo, poruszony lekkim jesiennym wiatrem, na duszy zrobiło się dobrze.
Dopiero później zauważył Magdę – czekając na przejściu dla pieszych, napotkał jej wymalowaną twarz. Obok stały podobnie wystrojone koleżanki, najwyraźniej szły na jakąś imprezę. Magda nie od razu go dostrzegła, a jej twarz pokryła się plamami. Odwróciła się, coś powiedziała koleżankom i ruszyła na drugą stronę ulicy.
– Kto to? – zapytała Marta, zauważywszy jego napięte spojrzenie.
Piotr powoli wypuścił powietrze z płuc i odpowiedział:
– Nikt.
– To dobrze – odpowiedziała z uśmiechem.
Nie widział wcześniej, jak się uśmiecha. Dołeczki na policzkach Marty przypominały mu coś, ale co? Nagle serce zabiło mocniej, jak ten niebieski balonik na tle nieba.
Wciąż nie wypłacano mu pensji. Leki się kończyły, więc Piotr nie miał wyboru – musiał zadzwonić do matki.
– Może mało ci pomagam? – zapytała zirytowana. – Wiesz, ile płacę tej dziewczynie? Co z ciebie za mężczyzna, skoro nie możesz zarobić na lekarstwa?
Piotra zalała fala wstydu, odebrało mu mowę. Co to za ojciec, skoro nie może zapewnić dziecku podstaw? Wyłączył telefon i spuścił głowę – tak bardzo chciał, by teraz podeszła babcia, położyła dłoń na ramieniu i powiedziała, że wszystko będzie dobrze…
Usłyszał lekkie kroki i w progu kuchni pojawiła się Marta. Trzymała w rękach kopertę.
– Oto – powiedziała, kładąc ją na stole.
– Co to jest? – Piotr nie rozumiał.
– To na lekarstwa. Dla Kajtka.
Nie potrafił pojąć, co to znaczy.
– Twoja mama mi płaciła. Dobrze płaciła, nie myślcie źle. Oszczędzałam na podróż do Chin, ale u rodziców mieszkam, wszystko mam.
– A co z tą podróżą… – Piotr był zdezorientowany.
Marta wzruszyła ramionami.
– Teraz już tam nie pojadę…
Uśmiechnęła się nieśmiało, dołeczki na policzkach pojawiły się na nowo. Piotr przypomniał sobie babcię i jej sen. Nagle zrobiło mu się gorąco, choć sam nie wiedział dlaczego.
– Weźcie to – powiedziała stanowczo. – Tak będzie słusznie.
– Oddam wszystko – powiedział chrypliwie, odchrząknął i zapytał: – Skoro nie jedziecie do Chin, może wpadniecie do nas w weekend? Pospacerujemy, jak ostatnim razem…
Marta znów się uśmiechnęła i odpowiedziała:
– Z przyjemnością.



