O, synku, przyjechałeś ucieszyła się Bogna.
Mikołaj wcisnął kapelusz pod drzwi: Cześć, mamo. Ja, to zawahał się nie sam. i popchnął do przodu chudego chłopca w okularach z plecakiem na ramionach.
O Boże, wnuczek mi przywiózł. To Jarek czy Paweł? Bez okularów nie rozpoznaję.
Mikołaj usiadł na krześle.
No, załóż. To Wasyl, mój nieślubny syn. Pamiętasz, że z Zofią rok się rozstaliśmy? Wtedy spotkałem się z Walerią i tak się urodził. I głupio zapisałem go na swoje nazwisko westchnął.
Bogna zadrwiła: Co ty tak gadał przy dziecku? Ma jeszcze nie znać twojego nieporządnego życia. Wasylu, idź na chwilę do salonu i włącz telewizor, dopóki my z ojcem się ogarniemy.
Chłopiec milcząco odszedł do pokoju. Bogna szepnęła: A Zuzanna o nim wie? Ona nie lubiła żony syna, była kłótliwa i rozpustna.
Mikołaj drgnął: Co ty, mamo? Gdyby się dowiedziała, już dawno wyrzuciłaby mnie z domu bosą stopą. A szkoda. Własnoręcznie go od fundamentu budowałem.
Bogna westchnęła: Cóż ty za nieporęczny! Nie mężczyzna, a drób. Całe życie pod butem Zuzanny. A jak ci się udało mieć syna na boku, to już sama rzecz cud. Po co go mi przywiodłeś? Zuzanna się dowie i nie będzie mi po drodze.
Mikołaj, nerwowo, tłumaczył: Waleria, wąż taka, postanowiła wyjść za mąż. Z nowym gościem pojechała na południe. Na miesiąc, wyobrażasz? Zadzwoniła do mnie i mówi: Zabierz syna, gdzie chcesz, nawet do domu. Ja jej powiedziałem, że zwariowałem, że mam żonę wyrzuci nas razem. A ona, jak nie chcesz po dobrej, to po złej. Przyniosę twojej Zuzannie akt urodzenia i rozkręcisz się, jak umiesz. To już koniec dla mnie. Waleria ledwie wybaczyła mi, pół roku nie rozmawialiśmy. Postanowiłem więc, niech u ciebie zostanie miesiąc, potem przyjadę i zabiorę mówiłem, a nie patrzyłem w oczy matki.
Bogna pokręciła głową: Taki był w dzieciństwie, taki sam został. Cokolwiek nie zrobił, pomóż mu, mamo. Dobra, gdzie cię zostawić? Zostaw chłopca. Tylko nie jest w naszej krwi wahała się czy na pewno jest twój?
Mikołaj machnął ręką: Mój, nie wątpisz. Waleria też nie jest cukierkiem, ale mama wierna.
Zamilkli. Bogna podskoczyła: A po co siedzę? Dajmy mu coś do jedzenia.
Mikołaj wstał: Przykro mi, mamo, ale jadę. Zuzanna w domu czeka. Załatwiłem, że jedziemy po części do miasta po części. Nakarm Wasyla, a ja ruszam.
Bogna objęła nieporadnego syna i szepnęła: Boże, mój kochany.
Wasyl pożerał szybko, nie odrywając oczu od talerza.
Jeszcze może? zapytała Bogna z litością, patrząc, jak wszystko zniknęło.
Nie, dziękuję wstał od stołu.
Chodź na dwór, pobaw się, a ja przyrządzę obiad. Co masz w plecaku? spytała.
Rzeczy mruknął.
Bogna skinęła: Czy będziesz sam prał, czy ja muszę?
Wasyl spojrzał na nią przerażony: Nie umiem. Mama zawsze prała.
Bogna podniosła lekki plecak: Idź, a ja sprawdzę i opłucz, co brudne.
Wyszedł, a ona zaczęła przeglądać proste ubranka. Dwie koszulki, szorty i parę majtek.
Mało pomyślała, potrząsając głową nawet ciepłej koszuli nie włożyła. Widać, jaka to jeszcze mama. Zanurzyła rzeczy w wiadrze i zajęła się ciastem z wiśniami.
Nagle z ulicy rozległ się krzyk. Bogna wybiegła, nie zamierając rękoma w mąkę.
Co się stało?
Wasyl jęczał, trzymając się za nogę: Gęś mnie ukąsiła. Boli łzy spływały po policzkach.
Po co podeszłeś do nich? Pasą się gdzieś, a ty byłeś w podwórzu pytała, przyglądając się czerwonej plamie.
Chciałem je obejrzeć szlochał Wasyl.
Przecież od dziecka nie widziałeś gęsi zdziwiła się.
Widziałem, ale nie podchodziłem blisko wyszeptał.
Dobrze, chodźmy do domu, nałożę maść wzięła go za rękę.
Po kolacji położyła go na kanapie i długo nie mogła zasnąć. Co za życie! Nie odesłałaby swojego Kolka do obcej babci. Matka chyba jeszcze będzie rżaska. Dziecko przy boku, spodnie droższe. Nagle usłyszała szloch. Słysząc płacz, podszedł do niego: Co jest, synu? Nie podobają ci się u mnie? Poczekaj, miesiąc minie, mama cię z powrotem przyprowadzi.
Chłopiec podniósł się i szepnął: Nie przyprowadzą. Słyszałem, jak babcia i wujek Witold rozmawiali, że jak przyjadą, oddadzą mnie do jakiejś placówki, a przywożą tylko na wakacje. Nie chcę, bo u mamy było dobrze. Dopóki ten wujek Witold nie przyjdzie. Wujek Kola mnie nie potrzebuje, nie woła mnie po imieniu. Babcia, jesteś dobra, ale i mnie nie potrzebujesz łzy wzbierały.
Serce Bogny zadrżało. Objęła jego chude ciało.
Nie płacz, Wasylku. Nie pozwolę cię skrzywdzić. Chcesz, żebym porozmawiała z twoją mamą i zostaniesz u mnie? Mamy dobrą szkołę, nauczyciele. Będziemy razem szukać grzybów, jagód. Dojemy naszą kózkę. Jesteś taki słaby, a po kozim mleku odzyskasz siły. Nie wierzysz? Jutro przedstawię ci Pawła. To dobry chłopak, mocno przytyły jak kolobok. Chcesz?
Usiadł ją w szyi: Chcę. Nie będziesz mnie okłamywać?
Bogna delikatnie pocałowała go w czoło: Oczywiście nie.
Lata mijały. Zuzanna czasem przyjeżdżała, przynosząc prezenty, ale nie zostawała; ciągle wołał ją wóz, bo wójt Vitek (Witold) go popychał. Mikołaj pojawiał się rzadko. Zuzanna po usłyszeniu o Wasylu obwiniła nie męża, a siebie, bo według niej wnuki nie są jej potrzebne, a drobiazgi w sam raz.
Bognie było wszystko jedno. Mały chłopiec wyrośli w prawdziwego potwora. Dziś rano, przygotowując ulubione potrawy wnuka, wciąż zerkała przez okno. Nie zobaczyła go. Do domu wszedł młody żołnierz i cicho zawołał: Babciu, przyjechałem, gdzie jesteś?
Wyskoczyła z pokoju i przytuliła się do niego: Wasylku, mój kochany wnuku!
Czy jedziesz do matki? spytała.
On odłożył widelec, zdziwiony: Do której? Do tej, co mnie raz na rok przywoziła z drobiazgami? Nie, nie jadę. Mama, to ty, i nie ma co dyskutować i spokojnie wziął się do jedzenia.
Bogna ukradkiem wytręciła łzę, radość, że ma takiego wnuka. Oparcie i pomoc na starość. Jej kochany, krwiutki..



