Wyobraź sobie taki obraz: twoja nastoletnia córka, Zuzanna, wychodzi wieczorem do miasta z koleżankami. Jak każdy troskliwy rodzic, dzwonisz do niej z zapytaniem, czy wszystko w porządku. Trochę zestresowana, Zuzanna mówi, że oczywiście tak. Jednak odpowiedź tak nie ucisza niepokoju z czasem dowiadujesz się, że podczas tego spotkania po raz pierwszy spróbowała alkoholu, a może i czegoś znacznie gorszego.
Pastor o imieniu Bolesław Kowalczyk dobrze znał tę osobliwą psychologię młodzieży i bardzo nie chciał, by jego najmłodszy syn, Mateusz, doświadczył czegoś podobnego. Sam będąc synem pastora, wiedział, ile niewidzialnych lęków kryje presja rówieśnicza. Bolesław ufał Mateuszowi, lecz pragnął mieć pewność, że syn w razie potrzeby zwróci się do niego o pomoc. Wymyślił zatem tajny znak sygnał ratunkowy, który pozwalał Mateuszowi wybrnąć z trudnych sytuacji bez narażania się na śmieszność w oczach kolegów, tak jak często bywa to u nastolatków.
Pomysł ten zrodził się u księdza Kowalczyka po wizycie w ośrodkach leczenia uzależnień dla młodzieży. Często zadawał tam pytanie nastolatkom: Ilu z was robiło coś, co budziło w was lęk albo wstyd, ale robiliście to tylko dlatego, że baliście się reakcji rówieśników? Ilu z was nie widziało innego wyjścia?
Wszyscy podnosili ręce naraz, niczym fala w tłumie.
Później Bolesław napisał o tym tak:
Pewnego dnia najmłodszy syn, Mateusz, szedł na domówkę. Powiedziałem mu, że jeśli sytuacja stanie się niewygodna albo poczuje się nie na miejscu, wystarczy, że wyśle do mnie, do mamy, starszego brata czy siostry jedną wiadomość: X. Każdy z nas, kiedy otrzyma ten znak, ma obowiązek zadzwonić na telefon Mateusza za kilka minut. Gdy już odbierze, przebiega mniej więcej taka rozmowa:
Halo, tak?
Mateusz, wydarzyło się coś i muszę natychmiast po ciebie przyjechać.
Co się stało?
Powiem ci na miejscu. Bądź gotowy za pięć minut. Zaraz będę.
Mateusz rozmyślnie mówi wtedy swoim znajomym, że w domu coś się wydarzyło i musi szybko wyjść.
I to cały sekret. Mateusz wychodzi. Dla przyjaciół nie jest uciekinierem, lecz kimś, kto musi natychmiast zająć się jakąś pilną sprawą. W efekcie zyskuje większe poczucie bezpieczeństwa, a zaufanie do rodziców wzrasta.
Najważniejsze jednak jest, by niezależnie od okoliczności nigdy nie zawieść dziecka, kiedy prosi o pomoc. Dość łatwo stracić nastolatka, natomiast zaufanie, które pozwala mu samodzielnie wybierać dobro zamiast zła, jest warte każdej ceny nawet jeśli wynosi ona kilkadziesiąt złotych za nocny kurs taksówką przez sen pełen dziwnych uliczek i światła lamp odbijających się w sadzawce na rynku, gdzie Łazienkowski Lew przekrzykuje przelatujące nocą stada ptaków.



