Wieść o narodzinach córki zastała Stanisława Kowalskiego w biurze tartaku, akurat w dzień wypłaty. Chłopy już dostawali złotówki i rozchodzili się do domów, brzękając pustymi kanistrami po oleju napędowym, a on stał przy bramce, ściskając w spoconej dłoni pomięte banknoty.
Phi, nieszczęście, warknął Stanisław pod nosem i splunął w trociny. Prosiłem kobietę: syna urodź. A tu mi jakieś dziewczę podsuwa.
We wnętrzu aż się zagotowało żal i złość na żonę, Elżbietę. Tak się zagotowało, że nawet nie miał ochoty wracać do pustej chałupy, w której nie usłyszy już nawet kobiecego głosu. Gdy Elżbieta leżała z noworodkiem w szpitalu powiatowym, Stanisław zebrał swoje skromne rzeczy w stary worek płócienny, zabrał zapasową bieliznę i kawałek chleba, po czym ruszył do matki, do sąsiedniej wsi za rzeką Białką, piętnaście kilometrów od własnego domu.
Elżbieta, dumna, choć zmęczona po porodzie, wróciła po dwóch tygodniach do pustego mieszkania. Weszła, rozejrzała się po nieprzywykle uporządkowanej izbie (widać, Stanisław na odchodnym jeszcze postarał się o porządek), położyła zawinięty w kocyk tobołek na łóżku i usiadła obok, opuściwszy głowę na dłonie. Ramiona drżały jej od cichych łkań. Córka maleńka istotka z zabawnym dołeczkiem na karku spała spokojnie, tylko czasem ciamkała we śnie malutkimi ustami. Elżbieta spojrzała na dziecko z goryczą i pomyślała: Kto by przypuszczał, że to ty, serduszko moje, nas rozdzielisz
Stanisław był chłopem postawnym, o ciężkiej szczęce i twardym charakterze, który we wsi znany był z silnej ręki. Sprzeciwu nie znosił, każdy niezgodny gest brał za osobistą zniewagę. Uroił sobie, że potrzebuje syna, dziedzica. Sam był najmłodszym w rodzinie po dwóch siostrach i wierzył, że to na nim ród Kowalskich spoczywa. A tu dziewczyna. Bezużyteczny ciężar.
Matka Stanisława próbowała przemówić synowi do rozsądku, ale ten obstawał przy swoim: Dopóki tego dziewuszyska tu nie będzie, nie wrócę! I piętnaście kilometrów zamieniło się dla Elżbiety w nieprzekraczalną przepaść.
Elżbieta, gdy wróciła do sił, rzuciła się w wir pracy. W 1957 roku nikt długo nie dywagował nad urlopami macierzyńskimi: trzeba było pilnować gospodarstwa i iść do pracy w PGR-ze. Z nadzieją, że jakoś ubłaga męża, nadała córce imię typowo polskie Wioletta bo wydawało jej się, że -a na końcu to takie silne, jakby trochę męskie. Dziewczynka rosła zadziwiająco zdrowa i spokojna nie była krzykliwa, nie grymasiła. W sześć miesięcy pewnie stała przy łóżeczku, a w rok już nie można było jej oderwać od drewnianej konika na biegunach, którego zmajstrował sąsiad. I wcześniej zaczęła chodzić, i mówić. Już po półtora roku, wszędobylska, trajkotała jak katarynka. Biegała po obejściu w łatanej koszuli z gałązką wierzbową niczym pałką przeganiała obce krowy z ogrodu, a babka mówiła: Wywijasz się dziewczyno jak szelma, aż strach patrzeć!
W przedszkolu nazywano ją po prostu Wiola. Od razu stała się liderką. Zaradna, szybka, silna niejeden chłopak w jej wieku ustępował jej miejsca. Już w trzecim roku życia mogła rozgonić pięcioletniego zabijakę, który chciał jej odebrać łopatkę. Charakter miała jak ogień: nie pójdzie na ręce byle komu, nie każdego posłucha. W biegała po podwórku bosa, z rózgą, gotowa na każdy alarm.
A Stanisław tymczasem znalazł pocieszenie przy innej wdowie z sąsiedztwa, Genowefie Marciniak. Najpierw odwiedzał ją z nudów, potem zaczęła go umiejętnie przyciągać. Kobieta obrotna, zapobiegliwa, zawsze go pochwali, zachwyci się, a on łagodniał przy niej.
Urodzę ci dziecko, Staniszku, obiecywała z uśmiechem. Najlepszego chłopaka!
Syna tylko! mruczał Stanisław, choć już nie tak gniewnym głosem.
Ale mijają miesiące, Genowefa nie zachodzi w ciążę. Może próbowała, może nie. Stanisław zaczął marszczyć brwi: już drugi rok, a efektów brak. Wychowywać cudze dzieci mu się nie uśmiechało; swojego pragnął.
A w rodzinnej wsi już gadali: Wiola rośnie prawdziwy chłopak, silna i sprawiedliwa. Trzy lata, a nie da się jej przekrzyczeć.
Matka Stanisława znów natarczywie namawiała: Zobacz dziecko, krew to nie woda I kto wie, czy by pojechał, gdyby nie odkrył dziwnych ziół i suszonych korzeni, które Genowefa trzymała za kredensem. Plotki niosły, że chodzi po porady do wiejskiej znachorki.
Tego samego dnia wrócił do domu. Genowefa krzyczała za nim, że zioła są na płodność, ale nie słuchał.
I tak, po prawie czterech latach, Stanisław przekroczył próg własnego domu. Pierwszy raz zobaczył córkę. Szczupłą, rozczochraną, w znoszonej spódniczce, patrzącą spod byka. Obca. Do piernika, który wyciągnął z kieszeni, nie podchodziła.
Patrz no, jak się gapi mruknął Stanisław, czując się nieswojo. Pewnie nauszczała jej matka rzucił żonie.
Elżbieta, która rozjaśniała na widok powracającego męża wymachiwała rękami:
Staś! Ciągle modliłam się, żebyś wrócił Przecież nie jesteśmy sobie obcy
Elżbieta kochała męża pomimo jego surowości. Jaka tam surowość zwyczajna twardość. Małomówny, wiecznie niezadowolony, złość wyrażał uderzeniem pięścią w stół. Nawet chciał rękę podnieść. I zaczął.
Wioli minęło pięć lat. Wiedziała już wiele. Ledwie Stanisław spojrzał groźnie lub brwi zmarszczył zaraz kuliła się i groziła piąstką:
Ty złośniku! Już ja cię zaraz!
Mała, śmieszna piąstka. Ale Stanisław wściekł się, widząc dziecięcy opór, który u niego sam zakorzenił się na dobre.
Na chwilę przycichł, gdy Elżbieta urodziła syna. Nazwali go Paweł. Wiola została jego opiekunką od pieluch. To ona nosiła go na barana, karmiła, sprzątała po nim, bawiła się, opierała na sobie, póki nie zaczął chodzić.
Stanisław się cieszył niby. Ale ta radość była cicha, jakby zamknięta. W domu wciąż krzyczał, rzucał przekleństwami.
Elżbieta cierpliwie słuchała obelg, gotowa znieść wszystko, byleby nie podniósł ręki.
A Wiola już siedmioletnia tupała nogą i wołała:
Ja doniosę na ciebie policji!
Złapał się wtedy za pas i ruszył do córki, ale Wiola była zwinna i już z bezpiecznej odległości wołała:
Pewnego razu chciał ją wychłostać rózgą Wiola nie uroniła łzy. Zagryzła fartuszek zębami i zacięcie wytrzymała. Stanisław był dumny: Wychowałem!. Następnego dnia Wiola naprawdę przyprowadziła dzielnicowego.
Elżbieta była zszokowana:
Panie władzo, czy nie wolno dziecka wychowywać? Mąż pracowity, dzieci utrzymuje, gospodarstwo prowadzi
Policjant, pan Marek Gręda, odstawił czapkę, otarł czoło:
Pani Elżbieto, ostrzegam: zgłoszenia takie mogą trafić do władz wyższych. Proszę uważać.
Stanisław stał z opuszczoną głową, udając skruchę:
Do czego to doszło, panie policjancie Dziecko wejdzie mi na głowę!
Z tej lekcji wziął sobie tyle, by z Wiolą być ostrożniejszym. Nie bał się, raczej pilnował czasem tylko przez zęby syczał: Ty gagatku
Elżbieta, myśląc, iż burza już minęła, zaszła w trzecią ciążę. Urodziła kolejną córkę, Natalię.
No i wykrakałaś mruknął Stanisław, spojrzał na noworodkę i wyszedł z izby.
Najmłodszą córką prawie się nie interesował. Elżbieta zajęta robotą, zostawiła opiekę nad Natalką Wioli:
Zaopiekowałaś się Pawłem, to i z siostrą dasz radę.
Wiola, po powrocie ze szkoły, szybko odrabiała lekcje i do wieczora zajmowała się siostrą, a matka w pracy ona jeszcze sprzątała. Stanisław, widząc że najstarsza córka radzi sobie z obowiązkami, milczał i nawet nie podnosił głosu. Pamiętał też wizytę dzielnicowego.
Tak rosła Wiola do ósmej klasy. Na koniec szkoły oznajmiła, że wyjeżdża do miasta, żeby się dalej uczyć. Stanisław aż się poczerwienił.
A co będziesz jadła? ryknął. Mam ci tutaj na karku siedzieć, jeszcze cię żywić?
Wiola już miała piętnaście lat. Krępa, silna, pewna siebie biła z niej moc. Żaden chłopak jej nie podskoczył. Nawet starsi bali się jej charakteru. Nauczyciel WF-u żartował:
Kowalska, powinnaś na zapasy iść, każdego przewrócisz.
Nie trzeba mi tego odburkiwała Wiola.
A ojcu spojrzała twardo w oczy:
Powiedziałam, że pojadę.
Nie wykręcaj się! zagroził Stanisław. Pieniędzy nie dostaniesz!
A ja nie proszę. Zajmij się młodszymi, tato
Chwycił pas i ruszył na nią, ale Wiola chwyciła pogrzebacz:
Spróbuj! krzyknęła.
Elżbieta wpadła między nich, a Stanisław patrząc na twardą twarz córki, zrezygnował z bicia. Rzucił pas i odgrażając się, wybiegł.
Wyjeżdżaj powiedziała Elżbieta cicho. Jakoś sobie poradzisz.
A ty się rozwiedź wypaliła Wiola.
Opamiętaj się, córko To nie tak
Jak długo będziesz znosić tego pana na własnym podwórku?
Tak każdy żyje. Stanisław gospodarzy, dom zarabia I dzieciom ojciec. Z czego będę dumna? Ludzie nie zrozumieją, powiedzą, że szczęścia do szczęścia się nie szuka
A pamiętaj, jakby krzywdził, pisz do mnie rzuciła Wiola.
Dzień wyjazdu przyszedł szybko. W tułaczce bielizna, kanapki, parę zmiętych złotych, które matka wyjęła ukradkiem:
Bierz, córko, to moje, zbierałam…
Dzięki, mamo odparła Wiola, patrząc na jej pooraną twarz.
Gdybyś się rozwiodła, miałabyś lżej.
Taka jest u nas moda, wszyscy kłócą się i żyją dalej tłumaczyła smutno Elżbieta.
Do miasta. Ulice hałaśliwe, zapach benzyny, gwar taka była Warszawa w tamtych czasach. Wybrała technikum mechaniczne, bo ciągnęło ją do maszyn, do stukotu i zapachu smarów. Egzaminy zdała bez trudu i wrodzony spryt, i szkolna zaprawa.
W akademiku poznała współlokatorkę, Danutę kędzierzawą, zalotną dziewczynę z miasteczka, zupełnie inną niż poważna Wiola.
Widzisz tych chłopaków? szeptała Danuta, zerkając przez lusterko. Ten wysoki, Adam mówiła mu, że tata dyrektor.
Ja na to nie mam czasu odpowiadała Wiola, pogrążona w notatkach. Uczyć się muszę.
Ale z ciebie suchar! śmiała się Danuta. A bo ta Zosia to już z trzeciego roku się spotyka
Wiola pracowała po godzinach jako sprzątaczka w biurze fabryki włókienniczej. Zarobki skromne, ale starczało.
Danuta tylko wzdychała:
Skąd ty masz tyle siły i szkoła, i robota, i jeszcze mi pomagasz!
Z przyzwyczajenia odpowiadała Wiola.
Nowy wykładowca hydrauliki, Adam Żurawski, zwrócił uwagę Wioli od razu młody, szczupły, opanowany w klasycznym garniturze i okularach w cienkich oprawkach. Grupa, w której większość studentów ledwie ustępowała mu wiekiem, widziała w nim łatwy cel do żartów.
Dzień dobry rozpoczął cicho. Adam Żurawski
Adaś, synek rozległo się z końca sali szyderczo.
Studenci parskali śmiechem, a Żurawski z trudem ciągnął wykład. Wiola milczała, złościło ją to.
Dość! zawołała po chwili i wstała. Dajcie spokój. Mi zależy na dyplomie. W domu nikt mi nie zapłaci za powtarzanie roku. Zamknijcie się, albo wychodzę!
Wiedzieli, że Wioli lepiej nie drażnić, zapanowała cisza. Żurawski podziękował jej spojrzeniem.
Po wykładzie Danuta mrugała do Wioli:
Patrz, jak na ciebie patrzył. Pewnie się zakochał.
Przestań, on żonaty ucinała Wiola.
Ale, wracając, myślała czasem o tych oczach, tym spokojnym głosie…
Do domu wracała rzadko, pomagała przy wykopkach czy sianiu. Paweł już kończył szkołę, szykował się do prawa jazdy, Natalia była nastolatką. Stanisław przy spotkaniach burczał coś pod nosem, ale nie zaczepiał iści. Wiola natomiast pomagała dyskretnie przywoziła podarunki, czasem zostawiała pieniądze.
Czwarty rok technikum. Danuta spełniła marzenie wyszła za mąż za Adama, tego z korporacyjnej rodziny. Huczne wesele, Wiola świadkową. Stała z boku i myślała: A ja? Praca, dziecko, czy pustka?
O rodzinie, dzieciach myślała coraz częściej. Dwadzieścia lat na wsi już dawno by była zamężna. Wokół mężczyźni, ale nie tacy jak trzeba. Wspominała ojca lepiej żyć samotnie niż w wiecznym strachu.
Los miał już dla niej niespodziankę.
Władysław Majewski, chłopak z równoległego wydziału, nieśmiały, opanowany, mierzył się z odwagą, by zaprosić Wiolę do tańca na potańcówce. Zgodziła się z uprzejmości. Od tego dnia widywali się coraz częściej.
Władek nie był jak ojciec spokojny, opanowany, nie pił, nie palił, pracował jako monter w fabryce młynów. Wpatrzony w Wiolę jak w obraz. Po trzech miesiącach oświadczył się jej.
Nie zostawisz mnie? zapytała.
Nigdy odparł.
Wzięli ślub cicho, bez wesela. Danuta była świadkową. Zamieszkali w przydzielonym przez zakład mieszkaniu, Wiola została technikiem. Po roku urodziła się córka Sylwia.
Ale szczęście nie trwało długo. Gdy Sylwia przyszła na świat, Władek zamknął się w sobie. Opanowanie przerodziło się w obojętność, pracowitość w lenistwo. Coraz częściej bywał poza domem, pieniądze przynosił rzadziej, a na uwagi Wioli odpowiadał pseudokwestią:
Nie jestem niewolnikiem!
Wiola przypominała sobie matczyne słowa: Tak się żyje. Przeraziła się, że pójdzie w jej ślady.
W końcu powiedziała:
Zmieniaj się, bo się rozstaniemy.
Z dzieckiem nigdzie nie pójdziesz prychnął Władek.
Zobaczymy odpowiedziała. Nad ranem złożyła pozew o rozwód.
Danuta biadoliła:
Wiola, jak ty dasz radę samotnie?
Muszę odpowiedziała.
Podjęła pracę w fabryce, Sylwię oddała do żłobka. Żyły skromnie, ale nie głodowały. Alimenty raz były, raz nie. Brat Paweł po dwóch latach przyjechał na naukę do szkoły jazdy zamieszkał u Wioli. Był dumny z jej zaradności.
Jak ty to robisz? pytał. I dom, i dziecko, i robota, i jeszcze mi pomagasz
Trzeba umieć sobie poradzić, Pawle.
Danuta, już po rozwodzie z własnym mężem, płakała na kuchni u Wioli.
Miałaś rację. Pewność to nie pieniądze, ale człowiek. Marzy mi się taki, jak nasz profesor Żurawski
Wiola się dziwiła od lat o nim nie myślała, ale wspomnienie wróciło ciepłem.
Spotkali się przypadkiem w barze mlecznym wieczorem, jesienią. Wiola wracała z pracy, zatrzymała się na herbatę. Andrzej Żurawski w książce pogrążony, rozpoznał ją.
Wioletta? zapytał z niedowierzaniem.
Siadł przy niej. Długo rozmawiali o rozwodzie, o dziecku, pracy. On opowiedział o swojej samotności, o synu na studiach, o domu pod Warszawą, który buduje.
Czemu sama? zapytał.
Tak wyszło, wszystko na własnych barkach westchnęła.
Ja też samotny powiedział. Dobrze, że cię spotkałem.
Zawstydziła się, ale poprosiła o numer. Zadzwonił.
W niedzielę Andrzej zaprosił Wiolę na działkę. Nowe osiedle, świeży dom z bali, wszystko dopiero powstawało. W małym domku pili herbatę, rozmawiali o planach, życiu. Wiola czuła, że to szczęście po prostu być i słuchać tego mężczyzny.
Nagle zajechała ciężarówka. Wysiadło dwóch mężczyzn ewidentnie nie w porządku.
Słuchaj, Wiola, poczekaj w domu szepnął Andrzej. W ostatnich tygodniach kradną materiały.
Idę z tobą rzuciła Wiola, chwytając siekierę.
Podchodzili bliżej, jeden z nożem. Wiola wybiegła z domku:
Wynoście się! krzyknęła groźnie.
Mężczyźni zaskoczeni cofnęli się spłoszeni gwałtownością tej kobiety.
Róbcie kuwety, we dwójkę mocniej nie będziecie! powtórzyła.
Odeszli w pośpiechu. Andrzej był blady, ale nie przestraszony zachwycony.
Jesteś niesamowita wymamrotał.
Wiola opuściła siekierę.
Nie pozwolę ciebie skrzywdzić.
Andrzej objął ją. Od tamtej pory byli nierozłączni.
Po miesiącu Andrzej poprosił ją o rękę.
Nie mam fortuny, ale mam plany, chcę cię kochać i Sylwii być ojcem.
Wioli po raz pierwszy od lat napłynęły łzy do oczu.
Tak wyszeptała.
Na ślubie były tylko najbliższe osoby Danuta, Paweł z żoną, Natalia z mężem. Elżbieta i Stanisław ojciec nie chciał jechać, ale żona go przekonała.
Na krótkiej uroczystości w USC Wiola wyglądała świeżo, pięknie, w prostej sukience. Andrzej denerwował się jak chłopiec. Sylwia w białej sukience trzymała obrączki i mówiła do niego tato.
Po przyjęciu w maleńkim mieszkaniu Wiola podeszła do ojca:
Opiekuj się nią powiedział Stanisław chrząkliwie do Andrzeja Twarda jest, ale dobra, jak jej matka.
Wiola była zaskoczona, pierwszy raz usłyszała ciepłe słowo od ojca.
Wieczorem, odprowadzając rodziców na autobus, Elżbieta powiedziała:
Przyjeżdżajcie. Tu już nas czeka dom.
I znów w życiu Wioli zrobiło się jasno.
Minęło kilka lat. Dom Andrzeja został ukończony. Uroczy, dwupiętrowy z dużym tarasem, otoczony młodym sadem wszystkim, co posadziła Wiola.
Sylwia kończyła liceum, marzyła o medycynie. Paweł został kierowcą autobusowym, Natalia założyła rodzinę i urodziła bliźnięta. Elżbieta przyjeżdżała często, pomagała. Stanisław również odwiedzał córkę początkowo niechętnie, później coraz chętniej. Siedzieli z Andrzejem na tarasie, opowiadali o życiu, czasem szli na spacer z Sylwią wzdłuż Wisły.
Któregoś wieczora, gdy ogród pokrywał się złotą mgłą wrześniowego zmierzchu, Wiola z Andrzejem i Sylwią siedzieli na ławce.
Mamo, jesteś szczęśliwa? zapytała Sylwia.
Wiola spojrzała na męża, na córkę, na dom, na sad. Wspomniała wszystko dzieciństwo, upokorzenia, samotność, lęki i wiedziała, że było warto.
Jestem szczęśliwa powiedziała cicho.
Andrzej objął ją i wyszeptał:
Ja też.
Sylwia uśmiechnęła się, pobiegła do ogrodu wśród jabłoni, a oni zostali razem, słuchając jak wieczorny wiatr cicho szumi wśród drzew.
Za oknem żarzył się powolny zachód słońca. I to był pierwszy z wielu wieczorów, które jeszcze mieli przeżyć wspólnie. Przed nimi była przyszłość spokojna i bezpieczna. I Wiola już wiedziała, że teraz naprawdę wszystko mogło się zdarzyć, i wszystko będzie dobrze, bo tym razem nie musiała żyć sama.



