Ojca do domu opieki – dramat Elżbiety Nowak, córki tyrana: Kiedy własny tata staje się największym zagrożeniem, a wyrzuty sumienia nie dają spać po nocach

– Co jeszcze sobie wymyśliłaś? Jaki dom spokojnej starości? Takiego numeru nie będzie! Ja nigdzie z mojego domu nie jadę! ojciec Eweliny Zawadzkiej rzucił w córkę kubkiem, celując prosto w głowę. Kobieta odsunęła się zręcznym, wielokrotnie wyćwiczonym ruchem.

Definitywnie, tak dłużej trwać nie może. Prędzej czy później wymyśli, jak jej dopiec, a ona nie przewidzi, kiedy i z której strony poleci. Tymczasem, wyrabiając papiery na umieszczenie ojca w Domu Pogodnej Jesieni, Ewelina czuła przede wszystkim gryzące wyrzuty sumienia. Chociaż obiektywnie, to co robiła dla niego teraz, przekraczało już granicę logicznego obowiązku, patrząc na to, jak ją traktował przez lata.

Wsadzając ojca do samochodu, ten wrzeszczał, wywijał się i sypał przekleństwami na głowy wszystkich zaangażowanych w jego deportację.

Ewelina stała przy oknie, patrzyła na oddalający się samochód w głowie rozbłysły wspomnienia. To już kiedyś było. Tylko wtedy była malutką dziewczynką, która nie miała pojęcia, jak potoczy się jej życie.

Ewelina była jedynaczką. Mama nie odważyła się urodzić drugiego dziecka mąż, Janusz Zawadzki, był domowym tyranem z misją: zamienić życie żony w niekończącą się gehennę.

Ojciec Eweliny, rocznik Mezozoik, był już po czterdziestce, gdy doczekał się córeczki. Żenił się wyłącznie z powodu kariery. Wielka miłość czy chęć posiadania potomka? Phi! To nie te bajki siebie kochał najbardziej. Dla awansu musiał stworzyć obraz wzorowego polskiego męża znalazł więc idealną kandydatkę młodziutką Wandzię, córkę robotników z Ursusa. Dla jej rodziny możliwość spowinowacenia się z ważniakiem była szczytem społecznym o zgodę i zdanie panny nikt nie pytał.

Zrobili ślub jak z serialu, ale rodziców panny młodej nie zaproszono za nisko byli w hierarchii, by się pokazywać.

Po ślubie Wandzia musiała przeprowadzić się do męża. Na etapie wdrożenia w roli pani domu dostała osobną szkoleniowczynię od etykiety, trzymania języka za zębami i sprytnego udawania, że niewygodnych rzeczy się nie zauważa, dopóki nie padnie komenda można patrzeć.

– To co, jak dzień minął? pytał Janusz, rozsiadając się w fotelu.

– Dobrze. Uczyłam się, jak się je zupę łyżką od zupy i zaczęłam angielski. Pierwszą życiową zasadą Wandzi było nigdy nie prowokować męża do niezadowolenia.

– No i co jeszcze? A kto w tym czasie domem się zajmował?

– Ja. Z kucharką ustaliłam menu na tydzień, zakupy zrobiłam sama, a potem jeszcze sprzątałam.

– No, może być. Ale pamiętaj ręce zawsze czyste, wygląd porządny, żadnych wiejskich łachów. Jak będziesz się dobrze prowadzić, dostaniesz szofera i służącą. Ale na razie? Jeszcze nie zasłużyłaś.

Ale nawet jeśli Wandzia stawała na głowie, spokój trwał bardzo krótko. Janusz wracał do domu późno, wściekły i zmęczony, a jedynym stworzeniem, na którym mógł się wyżyć, była żona. Służba przynajmniej mogła rzucić papierem (wypowiedzeniem) w twarz. Wandzia takiej opcji nie miała.

Po raz pierwszy Janusz podniósł na nią rękę po miesiącu od ślubu. Z byle powodu profilaktycznie, żeby wiedziała, kto tu szefuje i żeby nie wątpiła, co ją czeka, jeśli nie będzie się słuchać.

Z czasem bicie grozy było coraz częstsze, choć mąż bił z finezją siniaków nie zostawiał, postawy nie krzywił, innymi słowy na mieście nikt by nic nie podejrzewał. Wandzia nauczyła się maskowania długie rękawy, sztuczny uśmiech, gościom i kolegom męża herbatkę podawała z rozbrajającym wdziękiem.

Minął pierwszy rok małżeństwa, znajomi zaczęli komentować:

– Janusz, ty przecież takiego konia z ciebie! Jak to młoda żona i jeszcze bez dziecka? Które z was się zepsuło?

– My nie planowaliśmy. Żona jeszcze technikum kończy cedził Janusz przez zęby.

– Żartujesz? Baby nie muszą się uczyć, dzieci rodzić, dom prowadzić, mężowi zupę grzać to cała ich kariera! Zabierz ją z tej szkoły i do lekarza. Moja Maryla doradzi jakieś ginekolożki! Po to się żeni, żeby dzieci mieć, a nie żeby pustą chałupę stawiać na piedestale!

Od tej pory Wandzia przechodziła przez kolejne badania, kontrole, prześwietlenia Janusz przestał nawet ją bić dla zdrowia, żeby lekarze nie zbudowali sobie własnej teorii.

Po kilku miesiącach podejrzanej diagnostyki wszyscy specjaliści zgodnie twierdzili: Wandzia jest zdrowa jak ryba. Delikatna sugestia padła, że może Janusz mógłby… sam też zrobić badania?

– Ja?! To niech się pan nie wygłupia! Dwa telefony, a pan robaka na wsi gonić będziesz! prychnął Janusz.

– Nawet jak mnie zwolnią, pańska sprawa cudownie się nie rozwiąże z chłodnym spokojem odpowiedział dyżurny ginekolog, uodporniony na ważnych panów.

– I co?! Co ja mam niby robić? burknął Janusz.

– Zacząć od… badań.

Kilka tygodni, kilka prób i… wyrok był jasny: pańskie możliwości są umiarkowane, tu trzeba liczyć na cud. Po tym Janusz chodził wściekły jak osa, żona przestała się bać, przestała nawet płakać, tylko sztywniała; do rozrywki Janusz sprawił sobie kochankę.

Dopiero po ponad dwóch latach, Wandzia zaszła w ciążę. W terminie urodziła się Ewelina kopia ojca. Ale Janusz nie czuł potrzeby żadnych czułości wychowywała ją mama i niania. On potrafił jej nie widzieć przez miesiące, nawet jeśli przechodził pod jej nosem do lodówki.

Z wiekiem Ewelina zaczęła ojca tylko drażnić. Czasem trudno mu było się powstrzymać, żeby nie przywalić nieposłusznej gówniarze.

Pierwszą z liścia dostała, mając pięć lat, bo o coś jęczała, a on właśnie wrócił po ciężkiej naradzie i miał dość. Kopnął ją tak, że przeleciała pół pokoju i przywaliła w ścianę. Nie zapłakała tylko zesztywniała. On spokojnie włączył telewizor.

Ewelina szybko pojęła lekcję odtąd nie prowokowała ojca. Ale Janusz już się powstrzymywać nie chciał. Obrażał ją, bił, wyśmiewał przy gościach satysfakcję miał, patrząc jak się czerwieni i gryzie w język.

– Panie Januszu, podobno Ewelina świetnie gra na skrzypcach! Może by nam zagrała?

– Skrzypaczka? Pani kochana, ona ledwo instrument umie trzymać! Jak państwo chcą, nie powstrzymuję, ale ja bym się nie katował. Ewelina! Nie słyszysz? Przynieś to drewno i zagraj, goście czekają!

Ewelina, purpurowa z upokorzenia, szła po skrzypce. Grać przed ludźmi bała się niemal do omdlenia ale rozgniewanego ojca bała się jeszcze bardziej.

Trauma sceniczna pozostała jej na całe życie kariera skrzypaczki okazała się bajką; po szkole muzycznej nie tknęła nigdy instrumentu.

Wtedy nie wiedziała, czy wszędzie rodziny wyglądają tak, jak w jej domu? W książeczkach rodziny są szczęśliwe u niej tylko pytania: dlaczego ja? Dlaczego właśnie taki ojciec?

Wandzia też nie była wzorem dla córki nie potrafiła pokochać dziecka, które było owocem tyrana. Gdy Ewelina miała trzynaście lat, Wandzia zginęła w wypadku samochodowym oficjalna wersja. Co dokładnie się stało, Ewelina nie wiedziała. Wtedy jeszcze bardziej zamknęła się w sobie.

Po maturze, pod wybranym przez ojca kątem, poszła na studia ekonomiczne. To było jedno z ostatnich ojcowskich życiowych postanowień. Potem Janusz się stoczył powoli tracił wpływy i majątek. Większość oszczędności rozeszła się na łapówki, by go nikt nie wsadził za to, co wyczyniał na swoim stołku. Na szczęście udało mu się wyciszyć skandal i przejść na emeryturę, przenosząc się na działkę w okolicach Piaseczna. Ewelina do ojca nie zaglądała nie było o czym rozmawiać, słuchać jego złośliwości nie miała ochoty.

Został sam, więc nie miał na kim testować toksyn, co wyraźnie odbiło się na jego psychice. Sąsiedzi coraz częściej dzwonili do Eweliny że tata jakby nie ten sam. Musiała podjąć męską decyzję zabrać go do siebie.

Dzięki możliwości uprzykrzania życia córce, Janusz nawet nieco odżył. Codziennie urządzał jej awantury, wrzeszczał, wyzywał. Potrafił roztrzaskać talerze, przewrócić meble. Ewelina zamknęła go w jednym pokoju, założyła zamek. Kiedy i to nie pomogło, a oznaki demencji się nasiliły, musiała zrobić coś trudniejszego oddać ojca do Domu Pogodnej Jesieni.

Nigdy nie założyła własnej rodziny niepewna siebie, z psychiką zjechaną do fundamentów, bała się ludzi i trzymała się wiecznie na uboczu. Nawet w pracy nie nawiązywała bliższych kontaktów. Mimo to, gdy przyszło oddawać ojca do domu seniora, rozrywało ją poczucie wstydu.

Zostawienie go pod własnym dachem było zwyczajnie groźne lekarze postawili sprawę jasno: zaczyna się demencja. Ojciec przestał poznawać nawet ją, ale dawna złośliwość i niechęć to jeszcze mu zostało.

Obeszła wszystkie domy opieki w Warszawie najlepszy kosztował tyle, że większość pensji szła na opłaty i dorabianie. Ale co było robić?

Po wyjeździe ojca Ewelina parę dni chodziła jak zombie. Przypominała sobie, jak kiedyś razem z mamą próbowały uciekać… To była jedyna próba. Janusz je odnalazł, a potem matka zginęła.

Mimo tego, odwiedzając ojca, Ewelina zawsze płakała z żalu i poczucia winy. Jakby to były jedyne uczucia, które umieli w niej zaszczepić.

Oprócz wiecznego poczucia winy zaczęły się u niej problemy zdrowotne.

Rate article
Fajna Tajna
Ojca do domu opieki – dramat Elżbiety Nowak, córki tyrana: Kiedy własny tata staje się największym zagrożeniem, a wyrzuty sumienia nie dają spać po nocach