14 marca
Wciąż brzmi mi w uszach głos ciotki Marii: Oj, dziewczyno, na próżno go witasz, nie ożeni się. I chyba miała rację, choć wtedy nie chciałam jej słuchać.
Gdy zmarła moja mama, miałam zaledwie szesnaście lat. Tata wyjechał do Warszawy za pracą siedem lat temu i przepadł bez wieści, nikomu nic nie mówił, żadne pieniądze nie przyszły. Zostałam zupełnie sama w naszym domu na końcu wsi pod Radomiem.
Na pogrzebie całe sąsiedztwo pomagało, jak mogło. Ciotka Maria moja chrzestna i jednocześnie najbliższa osoba po mamie często do mnie zaglądała, przypominała, co trzeba zrobić, jak prowadzić dom. Po ukończeniu szkoły pośredniej załatwiono mi pracę na poczcie w sąsiedniej miejscowości.
Nigdy nie uważałam się za piękność, ale wiele osób mówiło, że jestem krwią i mlekiem, jak to się u nas mówi okrągła twarz, rumiana, nos jak ziemniaczek, ale za to szare, błyszczące oczy. Gruby, jasny warkocz do pasa był moją dumą.
Najprzystojniejszy chłopak we wsi to był niewątpliwie Mikołaj. Dwa lata temu wrócił z wojska, od razu stał się oczkiem w głowie wszystkich dziewczyn. Nawet te z miasta, co przyjeżdżały latem na działki, rzucały na niego dłuższe spojrzenia.
Nikt nie kazałby mu pracować jako kierowca autobusu na wsi on bardziej pasowałby do polskich filmów, u boku aktorek. Lubił się bawić, nie spieszył się z wyborem żony.
Kiedy zaczął się walić płot, ciotka Maria namówiła Mikołaja, żeby przyszedł pomóc. Bez męskiej ręki na wsi ciężko żyć. Z ogrodem radziłam sobie świetnie, ale z domem już gorzej.
Nie trzeba było go długo prosić. Przyszedł, popatrzył krytycznie, zaczął wydawać polecenia: Przynieś młotek, podaj gwoździe, pobiegnij po deski. Bez sprzeciwu wykonywałam, co mówił.
Policzki czerwieniły mi się coraz bardziej, warkocz śmigał za plecami jak chorągiewka. Kiedy zmęczył się, karmiłam go gorącym barszczem i mocną herbatą. A sama obserwowałam, jak kęs czarnego chleba przegryza białymi zębami.
Trzy dni Mikołaj pracował przy płocie, a czwartego, bez okazji, przyszedł w gości. Nakarmiłam go kolacją, zagadaliśmy się, został na noc. Potem robił to coraz częściej, wychodził wcześnie rano, żeby nikt nie widział. Ale wieś wszystko widzi.
Oj, Marysiu, głupio robisz, nie ożeni się. A jak się ożeni, to się namęczysz. Jak tylko lato przyjdzie, zjadą auta z miejskimi pannami, przecież go nie utrzymasz przy sobie. Spalisz się z zazdrości. Ty potrzebujesz spokojniejszego chłopaka! przestrzegała mnie ciotka Maria.
Ale czy zakochana dziewczyna słucha rozsądnych rad starszych?
Kiedy odkryłam, że jestem w ciąży, z początku myślałam, że się przeziębiłam lub zatrulam. Zmęczenie, mdłości. Potem spadło to na mnie jak grom z jasnego nieba będę matką dziecka Mikołaja.
Przez chwilę nawet chciałam się tego pozbyć było za wcześnie na dziecko. Ale zaraz przyszła myśl, że nie będę już sama.
Mama dała mi radę, sama wychowywała mnie. Ojciec, prawdę mówiąc, nie był zbyt wielką pomocą, ciągle gdzieś znikał. Ludzie pogadają, a potem zostawią w spokoju.
Gdy na wiosnę zdjęłam kożuch, cała wieś już wiedziała, że brzuch mi wystaje. Kobiety kręciły głowami, szeptały, że bieda ze mną będzie. Mikołaj, oczywiście, musiał zapytać, co zamierzam.
A co mam zrobić? Urodzę. Nie przejmuj się, sama wychowam dziecko. Żyj, jak dotąd. Powiedziałam to, gotując przy piecu. Tylko cienie ognia tańczyły na mojej twarzy.
Zachwycał się, ale odszedł. Sama wszystko postanowiłam. Jak woda po gęsi. Przyszło lato, wróciły miejskie dziewczyny, dla Mikołaja już nie istniałam.
Ja powoli pracowałam w ogródku, pomagała mi ciotka Maria. Z dużym brzuchem trudno się schylać. Wodę z studni targałam po pół wiadra, kobiety mówiły, że urodzę silnego chłopca.
Jak Bóg da! żartowałam.
W połowie września obudził mnie rano nagły ból, jakby mi ktoś brzuch przeciął. Już miało przejść, ale potem znów wróciło. Pobiegłam do ciotki Marii. Zrozumiała natychmiast, co się dzieje.
Już czas? Siedź, zaraz wracam. Wyskoczyła z domu.
Pobiegła po Mikołaja. Jego stara ciężarówka stała przed domem, już wszyscy działkowicze wrócili z miasta, a on jak na złość dzień wcześniej upił się solidnie.
Ciotka Maria musiała go obudzić. Mikołaj w pierwszym momencie nie rozumiał, gdzie, po co. Kiedy się zorientował, krzyknął: Toż to dziesięć kilometrów do szpitala! Zanim po lekarza, zanim wrócimy, ona już urodzi. Od razu wieziemy! Szykuj ją.
Ale jak ciężarówką? Całą ją wytrzęsiesz, jeszcze po drodze dziecko złapiesz! krzyczała kobieta.
To pojedź z nami, na wszelki wypadek! odciął.
Przez dwa kilometry jechał wolno, omijając dziury, ale co jedną ominął, to wpadł w kolejną. Ciotka Maria siedziała z tyłu na worku ze zbożem. Jak dojechaliśmy do asfaltu, ruszył szybciej.
Cierpiałam, zgrzytając zębami w kabinie, mocno przyciskałam brzuch do siebie, żeby nie jęczeć. Mikołaj od razu się otrzeźwił.
Spoglądał na mnie jednym okiem, a drugą ręką zaciskał kierownicę tak, że kostki palców wybielały. Tak bardzo nie wiedział, co czuć.
Zdążyliśmy. Położyli mnie w szpitalu, a oni wrócili. Całą drogę ciotka Maria narzekała na Mikołaja: Czemuś jej zepsuł życie?! Sama, bez rodziców, jeszcze dziecko, a ty dodajesz kłopotów. Jak ona sobie poradzi z dzieckiem?
Samochód nie zdążył dojechać do wsi, a ja już przywitałam na świecie zdrowego, silnego chłopca. Następnego dnia przynieśli mi go do karmienia. Bałam się, nie wiedziałam, jak wziąć na ręce, jak przystawić do piersi.
Patrzyłam przerażona na czerwone, pomarszczone oblicze synka. Zacisnęłam zęby i robiłam, co mi kazano.
A w sercu ogromna radość. Przyglądałam mu się, dmuchałam w czoło, gdzie sterczały pierwsze włosy. Byłam szczęśliwa w tym moim niezgrabnym macierzyństwie.
Przyjedzie ktoś po ciebie? zapytał surowy lekarz przed wypisem.
Wzruszyłam ramionami, pokręciłam głową: Raczej nie.
Westchnął i odszedł. Pielęgniarka zawinęła synka w szpitalny koc, żeby tylko dowieźć do domu. Kazała mi ten koc zwrócić później.
Fedor cię zawiezie karetką do wsi. Nie będziesz się przecież tłuc autobusem z noworodkiem! powiedziała z lekkim wyrzutem.
Podziękowałam jej. Szłam przez korytarz szpitala cała czerwona ze wstydu, ze spuszczoną głową.
W drodze do domu tuliłam do siebie synka bałam się, jak sobie poradzimy. Zasiłek macierzyński śmiesznie mały, ledwie na chleb. Żal mi było siebie i tego bezbronnego malucha.
Popatrzyłam na jego pomarszczoną, śpiącą twarzyczkę i serce zalała czułość, odpędziłam złe myśli.
Nagle samochód stanął. Spojrzałam lękliwie na Fedora, niewysokiego mężczyznę koło pięćdziesiątki.
Co się stało?
Dwa dni padało, patrz, jakie kałuże, nie przejadę. Tylko ciężarówką albo traktorem. Przepraszam. To niedaleko, jakieś dwa kilometry dasz radę przejść? Pokazał na drogę, gdzie rozlała się ogromna kałuża.
Dziecko spało mi na rękach. Już siedząc, bolały mnie ramiona, a jak iść z takim ciężarem?
Wysiadłam ostrożnie, przytuliłam mocniej synka i ruszyłam brzegiem tej kałuży. Buty grzęzły mi w błocie do kostek, byle tylko się nie poślizgnąć.
Stare rozchodzone trzewiki już od dawna do niczego się nie nadawały. Mogłam założyć kalosze. Jeden z trzewików utknął w błocie stanęłam przez chwilę, myśląc, co zrobić. Nie jestem w stanie go wyciągnąć z dzieckiem na rękach. Poszłam dalej w jednym bucie.
Kiedy dotarłam do wsi, było już ciemno, nogi zdrętwiałe z zimna, nie miałam już siły się dziwić, że w oknach paliło się światło.
Weszłam na gładkie, suche schody. Stopy zmarznięte, a cała ociekałam potem z wysiłku. Otworzyłam drzwi do domu i zamarłam.
Pod ścianą stało łóżeczko dziecięce, wózek, a w nim ułożone piękne ubranka dla dziecka. Za stołem Mikołaj oparty rękami o blat drzemał.
Czy wyczuł, że wracam, czy usłyszał podniósł głowę. Stałam w progu cała rozczochrana, z dzieckiem na rękach, cała mokra, nogi oblepione błotem po kolana, z jednym tylko butem.
Kiedy zobaczył, że brakuje mi jednego trzewika, podbiegł, wziął dziecko i położył w kołysce. Sam zabrał się do pieca, wyjął garnek z gorącą wodą.
Posadził mnie, pomógł się rozebrać, umyć nogi. Gdy przebrałam się za piecem, na stole już stały ziemniaki z garnka, dzbanek świeżego mleka.
Maluch zaczął płakać. Podbiegłam, wzięłam na ręce, usiadłam, bez wstydu zaczęłam karmić.
Jak go nazwałaś? zapytał schrypniętym głosem.
Paweł. Nie masz nic przeciwko? podniosłam na niego swoje jasne oczy.
W tych oczach tyle było smutku i miłości, że aż mi się ścisnęło w sercu.
Ładne imię. Jutro pójdziemy go zarejestrować i od razu się pobierzemy.
To nie jest konieczne zaczęłam mówić, patrząc, jak synek ssie.
Moje dziecko musi mieć ojca. Koniec zabaw. Nie wiem, jakim będę mężem, ale syna nie porzucę.
Pokiwałam głową, nie podnosząc wzroku.
Dwa lata później urodziła się córeczka. Nazwaliśmy ją Nadzieja, dla uczczenia mamy.
Nieważne, jakie błędy popełnisz na początku życia zawsze możesz je naprawić. Taka właśnie była moja droga.
Jeśli ktoś przeczyta te słowa, napiszcie, co sądzicie, zostawcie znak, czy kiedykolwiek baliście się własnej przyszłości.



