Proszę pana, przestań mnie śledzić! Przecież mówiłam panu, że jestem w żałobie po mężu. Proszę mnie nie prześladować! Zaczynam się pana naprawdę bać! zaczęłam podnosić głos.
Pamiętam, pamiętam Ale mam wrażenie, że ta żałoba jest raczej po pani samej. Przepraszam, nie ustępował mój adorator.
Odpoczywałam w sanatorium pod Warszawą. Marzyłam tylko o ciszy i śpiewie ptaków w lesie, nie o uporczywych zalotach obcych mężczyzn. Niedawno nagle zmarł mój mąż, Marek. Musiałam jakoś się pozbierać, oswoić z tą nieodwracalną stratą.
Jeszcze niedawno z Markiem zaczęliśmy remontować nasze dwupokojowe mieszkanie na Ursynowie, oszczędzaliśmy każdy grosz, odmawialiśmy sobie wszystkiego. I wtedy, nagle, Marek źle się poczuł pogotowie nie dało rady go odratować. Drugi zawał serca okazał się śmiertelny. Pochowałam męża, a została mi niedokończona kuchnia i dwójka dorastających synów Szymon i Maciek. Ręce mi opadły. Jak dalej żyć?
W pracy zaproponowali mi turnus w sanatorium. Nie chciałam nawet wychodzić z domu, ale koleżanki nalegały: Nie jesteś ani pierwszą, ani ostatnią wdową. Dzieci cię potrzebują, musisz żyć dalej. Jedź, Marto, odetchnij, uporządkuj myśli.
I tak, niechętnie, zgodziłam się.
Minęło właśnie 40 dni od śmierci Marka. Ból nie słabł. W sanatorium zamieszkano mnie z wesołą, pełną energii dziewczyną Jagodą. Rozświetlała cały pokój swoją radością, co trochę mnie drażniło. Nie miałam ochoty dzielić się swoim żalem. Po co zresztą zawracać młodej dziewczynie głowę?
W Jagodę z miejsca wdał się animator, Piotrek, typowy czaruś sanatoryjny. Ja dobrze znałam takich panów każdy albo rozwodnik, albo samotny. Ostrzegałam Jagodę, że skończy to się łzami. Spokojnie, Marto śmiała się Jagoda. Nie jestem taka naiwna!
Wieczorami ptaszek” latała na randki, a ja cały tydzień nie ruszałam się z pokoju. Czytałam, ale nie pamiętałam później ani słowa, wpatrywałam się w ekran telewizora, choć niczego tam nie widziałam.
Pewnego poranka obudziłam się jednak spokojniejsza, postanowiłam przejść się leśną ścieżką. Potrzebowałam ciszy. Wtedy zaczepił mnie nieznajomy z sanatoryjnej stołówki. Krótki, z błyszczącą łysiną i przenikliwym spojrzeniem. Był o głowę niższy ode mnie i w pierwszej chwili mnie odpychał. Ale był dbający o siebie, ogolony, schludny, a pod wieczór zawsze przynosił mi mały bukiecik dzwonków zerwanych przy drodze.
Nie będę ukrywać to było miłe, ale nie zamierzałam się angażować. Nie teraz. On jednak nie dawał za wygraną. Zaczął towarzyszyć mi podczas wieczornych przechadzek, nie przejmując się moimi butami bez obcasów ani swoim wzrostem czy łysiną. Domyśliłam się, że kobietę potrafił oczarować głosem jego tembr był niesamowity. Sama siebie zaskoczyłam, że zaczynam się do niego przywiązywać.
Zaczęliśmy chodzić razem na tańce, jeździć autobusem do pobliskiego miasteczka po owoce Kilka razy zapraszał mnie do swojego pokoju. Uparcie odmawiałam.
W końcu przypomniał mi:
Martusiu, jutro już odjazd. Może wpadniesz wieczorem na herbatę?
Odpowiedziałam ogólnikowo, że się zastanowię.
Nadszedł ostatni sanatoryjny wieczór. Żal mi się zrobiło odrzucać zaproszenie. Przyszłam. Stół nakryty elegancko, kolacja, nawet szampan się znalazł. Zostaw mi adres, Marto. Przyjadę do ciebie, zobaczysz mówił trochę smutno.
Oj, zapomnisz o mnie drugiego dnia. Zresztą za co pijemy, Waluś?
Martusiu, za miłość, tylko za miłość! wznieśliśmy toast.
Rano obudziliśmy się przytuleni. Czemu tyle się opierałam? Przecież czułam, że się zakochałam. A tego dnia musiałam już wrócić do Poznania.
Pożegnałam się z Jagodą. Siedziała na łóżku, zapłakana.
Co się stało, Jagódko? spytałam.
Jestem w ciąży, Marto. Sama nie wiem, z kim… wyznawała przez łzy.
To Piotrek? próbowałam wydobyć od niej szczegóły.
Nie wiem Poznałam jeszcze jednego chłopaka, z sąsiedniego pensjonatu. On ma żonę Ach, Marto
Dzwoń do rodziców, niech przyjadą, pomogą ci, a na razie chodźmy do dyrekcji, może coś się wyjaśni doradzałam.
Jagoda wybiegła z pokoju.
Spakowałam walizkę, przez 24 dni wszystko zdążyło się stać znajome, szczególnie Waldek
Podjechał autobus. Waldek przyszedł mnie odprowadzić, z bukietem dzwonków. Uściskałam go z całego serca. To już koniec naszego krótkiego romansu. Ale serce ścisnęło się boleśnie gdyby tylko poprosił, rzuciłabym wszystko i została z nim…
Z Waldkiem dzieliła nas odległość on mieszkał w Gdańsku, ja w Poznaniu. Kontakt mogliśmy mieć tylko przez listy. Jeden z nich przechwyciła… jego żona. Napisała do mnie dość obcesowo że wie o wszystkim, ale nic mi się nie uda, ona ma trzydzieści lat, ja czterdzieści. Nie odpisałam jej po co.
Pół roku później, ku mojemu zdziwieniu, Waldek zapukał do moich drzwi. Synowie patrzyli na niego zdumieni.
Waldek? Przejazdem jesteś? zapytałam niepewnie. (W sercu miałam nadzieję: Powiedz, że na zawsze!).
No raczej na zawsze. Nie wyrzucisz mnie? zawahał się w progu.
Synowie poszli do siebie.
Dawaj, co cię tu przywiodło? List od żony ci przywieźć? zażartowałam z przekąsem.
Przepraszam, Marto. Pisałem do ciebie, żona przeczytała… Rozwiedliśmy się wyznał.
Waldek, nie wiedziałam, że miałeś żonę… Gdybym wiedziała, nic by nie było. I co teraz? patrzyłam na niego niepewnie.
Marto, ożeńmy się! zaskoczył mnie Waldek.
Sama nie wiem. Mam dzieci. Widzisz, jak chłopcy na ciebie patrzą. Nie mogę się tak po prostu zdecydować miałam mnóstwo wątpliwości, choć poczułam ulgę.
Dzieci są wspaniałe. Mam dziesięcioletnią córkę, Ulę zaskoczył mnie Waldek.
Jak to? Zostawiłeś ją?
Ależ skąd! Zabiorę Ulę do nas, jej mama pije Zbudujemy prawdziwą rodzinę! roztaczał wizje.
Zwolnij, Waldek Ja nawet nie znam twojej córki. Zacznijmy od rozmowy z moimi synami. Zobaczymy. Wpadnij, dam ci coś zjeść, oświadczyniec z przyczepką! uśmiechnęłam się.
Oczywiście, nie było sielanki. Były awantury, dni ciszy, rozbieżności charakterów. Każdy nosił w sobie swoje urazy.
Czas gnał naprzód.
Mój starszy syn Andrzej i Ula córka Walka zakochali się w sobie i wyprowadzili razem na wynajmowane mieszkanie. Przypomnieli nam stare żale, mówili, że nie powinniśmy byli burzyć rodzin, że nie trzeba było się żenić drugi raz. Andrzej zarzucał mi, że jako wdowa mogłam żyć tylko dla synów, Waldek słyszał, że niepotrzebnie zostawił matkę Uli.
My z Waldkiem tylko wzruszaliśmy ramionami i, mimo wszystko, kochaliśmy się coraz mocniej.
Minął rok dzieci nie wracały, Ula dzwoniła tylko na imieniny ojca.
Dopiero po trzech latach zaprosili nas na obiad. Pojechaliśmy pełni niepokoju i ciekawości. Okazało się, że Andrzej i Ula zostali rodzicami chłopczyka. Naszego wspólnego wnuka!
Za stołem przeprosili nas za żale i pretensje.
Zrozumieliśmy mówili że w życiu różnie bywa. Trzeba umieć wybaczać. I szanować rodziców, bo dali nam życie. Dlatego nazwaliśmy synka Mirosław niech przynosi pokój do rodziny.
Tak oto zyskałam z Waldkiem nasze nowonarodzone szczęście. I dzięki temu wiem dziś jedno: warto pozwolić sobie na drugą szansę, warto wybaczać i pielęgnować to, co w życiu najcenniejsze miłość i rodzinę.



