Odnalezienie siebie w poniedziałek

**Odnalezienie siebie w poniedziałek**

Tego poniedziałku Weronika obudziła się wcześniej niż zwykle. Nie przez budzik, nie przez żadne dźwięki — po prostu otworzyła oczy. Jakby w środku wyłączył się mały silniczek, który przez ostatnie trzy lata podnosił ją z łóżka o wyznaczonej porze. Na zegarku było 6:42. Za oknem sypał mokry śnieg, szary i kleisty, jakby chciał przedostać się przez każdą szparę. Powietrze w mieszkaniu było gęste, obce. I coś w tym poranku od razu wydawało się nie tak.

Leżała i słuchała, jak jęczy stary kaloryfer. Dźwięk był nierówny, z poszumem, jakby ktoś drapał się od środka. Pewnie znowu spadło ciśnienie. Albo w całym bloku zrobiło się zimno. A może w niej samej — nikt przecież nie zmierzy, gdzie dokładnie nastąpiła awaria.

W kuchni wszystko stało na swoim miejscu: biała filiżanka z pęknięciem, lodówka oblepiona magnesami z miast, w których nigdy nie była, czerstwa bułka na desce do krojenia. Ręka sięgnęła do szuflady z karmą dla kota. Ale kota już nie było. Już rok. Mimo to — ręka żyła własnym życiem. Wspomnienia nie odpuszczały.

Weronika pracowała w punkcie ksero przy drukarni na obrzeżach Łodzi. Szósty rok. Pachniało tam papierem, tonerem, kawą z automatu i czyjąś wieczną przemęczeniem. Każdy dzień był jak kalka poprzedniego. Twarze — te same, rozmowy — wyświechtane, sens — dawno starty. Koledzy — przewidywalni: Krzysiek z wiecznymi dowcipami o teściowej, Magda, która nawet w toalecie przez głośnomówiący omawiała swoje miłosne dramaty, i Zbyszek, stary drukarz, dla którego życie skończyło się, gdy zdechł jego ukochany kundel. A ona — jakby już dawno przestała być człowiekiem, tylko funkcją, trybikiem w maszynerii, w której nie było miejsca na uczucia ani załamania.

Spojrzała w lustro. Twarz bez szczególnych znaków. Nie staro, nie zmęczone. Po prostu obce. I w głowie przemknęło: „Po co?”. I od razu — pustka. Bo odpowiedzi nie było. Dawno już nie było.

Do pracy nie pojechała. Po prostu nie wyszła. Siedziała w autobusie i patrzyła, jak mija jej biuro, jakby to była dekoracja. A ona — widzem, zmęczonym nawet klaskaniem. Dojechała do innej części miasta, gdzie kiedyś, jeszcze w gimnazjum, z Kasią piły sok z kartonu i całowały się z chłopakami, których dawno zapomniała. Wtedy wszystko było inne. Słodkie. Wolne.

Teraz na tym rogu stał budynek w kolorze mięty z ręcznie pisanym menu. Weronika kupiła latte z cynamonem — pierwszy raz w życiu. Wcześniej nie znosiła tego smaku. Pociągnęła łyk i poczuła, jak język przypieka, a w środku — jakby ktoś delikatnie włączył światło.

Włóczyła się po podwórkach, patrzyła, jak babcia kruszy chleb gołębiom, jakby dzieliła nie bułkę, a duszę. Jak nastolatek śmieje się, przewracając w śniegu. Jak kobieta w szaliku poprawia wózek. Wszystko to działo się jak w sztuce, a ona wreszcie przestała grać i tylko obserwowała. W tym patrzeniu było dziwne uczucie — nie bólu, nie szczęścia, tylko czegoś ciepłego, ludzkiego. Jakby znowu pozwolono jej czuć.

O drugiej weszła do frykiera. Spontanicznie. Bez zapisu.
— Co robimy? — spytał fryzjer.
— Strzyżenie. Ostre. Tak, żeby mama się przestraszyła.
— Będzie, jak Pani chce — uśmiechnął się mężczyzna i sięgnął po noży.

Kosmyki spadały na podłogę jak przeszłość. Każdy — wspomnienie, uraza, stłumiony krzyk. Gdy wyszła z nową, krótką, buntowniczą fryzurą, zrobiło się jej fizycznie lżej. Jakby odszedł ktoś, kto zbyt długo siedział w środku i przeszkadzał oddychać.

Kupiła pieroga z kapustą, zjadła na ulicy. Weszła do księgarni i wybrała najbardziej niepotrzebną książkę — „Wykłady z metafizyki”. Tylko po to, by sobie udowodnić, że może. Decydować. Wybierać. Być dziwna. Być sobą. Nagle się zaśmiała. Naprawdę. Bez powodu. Łzy trysnęły z oczu, a przechodnie się odwracali. Ale było jej wszystko jedno. Bo pierwszy raz to była ona — śmiejąca się, żywa.

Wieczorem wróciła do domu. Mama stała przy oknie, w tym samym swetrze, w którym gotuje rosół w niedziele.
— Gdzie byłaś?
— Tylko spacerowałam.
— Żyjesz?
— Tak.

— No to dzięki Bogu — powiedziała matka i postawiła garnek na kuchence.

Jadły w ciszy. Tylko łyżki stukały. Światło świecy drżało na parapecie.

— Jutro rzucam robotę — oznajmiła Weronika. — I zapiszę się na kurs. Jeszcze nie wiem na jaki.

— Ważne, żebyś nie milczała — odparła matka. — Milczenie jest jak pleśń. Niszczy wszystko.

I Weronika skinęła głową. Bo tego poniedziałku, w mieście pełnym mokrego śniegu i zmęczonych twarzy, po raz pierwszy od dawna poczuła się — nie potrzebna, nie obowiązkowa, nie poprawna. Po prostu sobą. I więcej nic nie było potrzebne.

Rate article
Fajna Tajna
Odnalezienie siebie w poniedziałek