— Odejdź stąd!!! Mówię ci – idź sobie! Co się tu pałętasz?! — pani Klaudia Matwiejewna z hukiem post…

Wynocha! wrzasnęła pani Krystyna Matwiejowa, stawiając z hałasem na stole pod rozłożystą jabłonią wielki półmisek gorących pierogów i popychając chudego chłopca sąsiadów. Wynoś się stąd! Idź do domu, leniu! Kiedy twoja matka zacznie się tobą wreszcie zajmować?!

Chudziutki jak wiór Mateusz, którego nikt nie wołał imieniem, bo od dawna przylgnęła do niego ksywka Konik, rzucił spłoszone spojrzenie na srogą sąsiadkę i powlókł się pod swój ganek.

Ogromny dom podzielony na kilka mieszkań był ledwie do połowy zamieszkany. Żyły w nim, w zasadzie, dwie i pół rodziny: Pokotylowie, Semenowie i Karpenkowie Urszula z Mateuszem.

Ci ostatni stanowili właśnie tę połówkę, na którą mało kto zwracał uwagę, woląc ich ignorować dopóki nie stało się to konieczne. Urszula nie była ważną osobą w miasteczku, więc i jej czas ludzie uważali za nieistotny.

Oprócz syna, Urszula nikogo nie miała ani męża, ani rodziców. Błąkała się przez życie, jak potrafiła, twardo i samotnie. Ludzie spoglądali na nią podejrzliwie, ale rzadko ją niepokojono, za to Mateusza, którego nazywano Konikiem ze względu na jego chude, długie kończyny i wielką głowę niepokojąco trzymającą się na cienkiej szyi, odganiano przy każdej okazji.

Konik był straszliwie niepozorny i lękliwy, ale pełen dobroci. Gdy zobaczył płaczące dziecko, zaraz je pocieszał, przez co matki przepędzały go ze zgrozą nie zamierzały tolerować w pobliżu swoich pociech tego Straszydła.

Mateusz nie wiedział kto to Straszydło. Dopiero gdy matka podarowała mu książkę o dziewczynce Elżuni, zrozumiał, dlaczego tak nazywają.

Nie poczuł się urażony. Uznał nawet, że ci, którzy go tak wołają, musieli czytać tę samą opowieść i wiedzą, że Straszydło było mądre i dobre, wszystkim pomagało, a na koniec zostało władcą pięknego miasta.

Urszula, słysząc synowskie wnioski, nie wyprowadzała go z błędu uznała, że lepiej, by myślał o ludziach lepiej, niż są w istocie. Świat i tak miał być pełen zła, jej syn jeszcze zdąży się nim zakrztusić. Niech choć dzieciństwo będzie jasne.

Syna Urszula kochała bezgranicznie. Przebaczyła jego ojcu pogubienie i zdradę, przyjmując na ręce własny los jeszcze w szpitalu. Pielęgniarka rzuciła coś o tym, że dziecko nie takie, ale Urszula złość wyrzuciła jednym ruchem:

Głupstwa opowiadasz! Mój syn jest najpiękniejszy na świecie!

Kto tam będzie się spierał? Ale mądrym, ot co, to on nie zostanie

Zobaczymy jeszcze! mówiła Urszula, głaszcząc maleńką, miękką twarzyczkę i płacząc.

Dwa pierwsze lata nosiła Mateusza od lekarzy do lekarzy i wywalczyła porządną opiekę. Targała się do miasta, trzęsąc się stareńkim autobusem, a syna tuliła w kocu aż pod sam nos.

Współczujących spojrzeń nie zauważała, a jeśli ktoś próbował ją pouczać, zmieniała się w wilczycę:

Oddaj swojego do domu dziecka! Nie? To rad nie potrzebuję! Sama wiem, co robić!

Po dwóch latach Mateusz wyrównał, przestał się wyróżniać rozwojem, ale nigdy nie stał się przystojny. Wielka, nieco spłaszczona głowa, chudziutkie rączki, długie nogi, a sylwetka jakby ulotna z tym Urszula próbowała walczyć każdą dostępną metodą.

Oszczędzając na sobie, dla syna miała wszystko to odcisnęło się na jej zdrowiu. Ale lekarze już z rzadka martwili się o Mateusza, dziwili się tylko, widząc, jak filigranowa Urszula tuli swego Konika.

Takich matek można ze świecą szukać! Synu groziła inwalidztwo, a tu patrz! Bohater! Mądrala!

Właśnie, mój chłopiec taki jest!

Mówimy nie o nim, tylko o tobie, Ulka! Jesteś dzielna!

Urszula wzruszała ramionami, nie pojmując, za co te pochwały. Czy matka nie powinna kochać i troszczyć się o własne dziecko? Ot, wykonała swoje zadanie.

Kiedy Mateusz szedł do pierwszej klasy, już świetnie czytał, pisał i liczył. Ale gdy miał mówić, jąkał się, co przekreślało jego atuty.

Dziękuję już, Mateuszku! przerywała nauczycielka. Po dwóch latach odeszła na urlop macierzyński, klasę przejęła inna pani.

Maria Illewna była starsza, energii jej nie brakowało. Szybko odkryła, kim jest Konik pogadała z Urszulą, skierowała ją do świetnej logopedki, a Mateusz miał pisać odpowiedzi.

Tak ładnie piszesz! Czysta przyjemność czytać!

Mateusz rozkwitał przy tych słowach, Maria czytała na głos jego prace, podkreślając talent swego ucznia.

Urszula płakała z wdzięczności, gotowa całować ręce tej kobiecie, lecz Maria odganiała ją żartobliwie:

Oszalałaś? To moja praca! Chłopak cudowny, wszystko mu się uda!

Mateusz szedł do szkoły podskakując, czym rozbawiał sąsiadów.

O, poleciał nasz Konik! Czyż nie okrutna jest natura? Po co ona go zostawiła?

Urszula o tym wszystkim wiedziała, lecz uznała, że nikogo nie można zmusić do ludzkiego zachowania, jeśli nie ma serca. Lepiej ten czas poświęcić różom pod oknem i ładowaniu domu w porządku.

Szerokie podwórko z grządkami i mini-sadem z tyłu nie było dzielone panowało ciche domowe prawo: placyk przy ganku należy do tego mieszkania, do którego prowadzą schodki.

Placyk Urszuli był najładniejszy: róże, wielki bez, i kolorowe schodki własnoręcznie ułożone z pokruszonych płytek, które wymodliła od dyrektora domu kultury. Tam robili remont, a sterta rozbitych płytek błyszczała jak skarby z baśni.

Oddajcie mi te płytki! eksplodowała Urszula w gabinecie dyrektora.

Co chcesz?

Płytki! Dla mnie!

Dyrektor parsknął śmiechem, ale się zgodził. Urszula, pożyczona taczka od sąsiadów, grzebała do późnego wieczora w gruzie, szukając odpowiednich kawałków, a potem przeprowadziła taczkę z dumnym Mateuszem przez całe osiedle.

I po co jej to złomowisko? dziwiły się sąsiadki.

A gdy po kilku tygodniach zobaczyły efekt, zamilkły z podziwu.

Nigdy nie była w muzeum, nie widziała greckich fresków ani świątyń. Smak jej jednak nie zawiódł mozaikowy ganek przyciągał podziw nawet z innych uliczek.

Najważniejszy dla Urszuli był jednak komentarz syna:

Mamo, jak tu ładnie…

Mateusz, siedząc na schodku, głaskał fragmenty wzoru, szczęśliwy. Urszula znów zalewała się łzami.

Nie miał wiele takich powodów do szczęścia. Kiedy w szkole go pochwalą, albo matka upiecze coś pysznego i szepcze mu do ucha, że jest mądry i dobry. Oto cała radość.

Przyjaciół Mateusz prawie nie miał nie nadążał za innymi chłopcami, a zamiast piłki wolał czytać książki. Dziewczynki od niego odstraszano; najbardziej zawzięcie robiła to sąsiadka Krystyna, babcia trzech wnuczek: pięcio-, siedmio- i dwunastoletniej.

Nawet się do nich nie zbliżaj! groziła pięścią Konikowi. To nie dla ciebie kwiatki!

Cokolwiek się działo w jej fryzurowanej głowie, Urszula kazała Mateuszowi trzymać się z dala od Krystyny i jej wnuczek.

Po co ją denerwować? Jeszcze zachoruje

Konik zgodził się z mamą i nawet się nie zbliżał. Nawet tego dnia, gdy Krystyna szykowała przyjęcie on tylko przechodził obok, nie chciał się bawić.

O, grzechy moje ciężkie mówiła Krystyna, przykrywając haftowanym ręcznikiem gorące pierogi. Powiedzą, że jestem skąpa! No weź, poczekaj!

Wybrała dwa pierogi i podbiegła do chłopca.

Masz! I żebym cię nie widziała na podwórku! Mamy dziś święto! Siedź u siebie, dopóki matka z pracy nie wróci! Rozumiesz?

Mateusz kiwnął głową, przyjmując prezent, lecz Krystyna już o nim zapomniała. Zaraz miały zjeżdżać się dzieci, rodzina, ona nie miała jeszcze wszystkiego gotowego. Urodziny najmłodszej i ulubionej wnuczki, Marcelinki, Krystyna chciała wyprawić z rozmachem. I syn sąsiadki, cherlawy i dziwny Konik, nie był jej do niczego potrzebny!

Niech nie straszy dzieci tymi gałami! Potem będą mieć koszmary! Westchnęła wspominając, jak odradzała Urszuli zatrzymanie dziecka.

Po co ci dziecko, Ulka? Nie dasz mu rady. Zmarnieje gdzieś pod płotem!

Widziałaś mnie choć raz z kieliszkiem? Urszula nie dała się zamknąć w kozi róg.

To nie o to tu chodzi! Taką biedę u ciebie; syn też nic nie osiągnie! Nie wiesz, co to być matką, nie nauczono cię! Po co twojemu dziecku cierpieć? Oddaj je, póki czas!

Jeszcze czego?! I nie wstyd ci? Sama jesteś matką!

A ciebie mi nie szkoda! Sama dałam radę moim dzieciom. A ty co mu dasz? Nic! Więc się zastanów!

Od tego czasu Urszula nie rozmawiała z Krystyną. Chodziła dumnie, niosąc swój duży, niezgrabny brzuch, nie patrzyła w stronę sąsiadki.

Czegoś się na mnie obraziłaś, głupia? Dobrze ci radzę! machała głową Krystyna.

Twoje dobro śmierdzi! A ja mam mdłości! wymykała się Urszula i głaskała brzuch. Nie bój się, maleńki! Nikt cię nie skrzywdzi!

O tym, czy i kto odważył się przez osiem lat go skrzywdzić, Konik matce nigdy nie mówił. Żal mu jej było Płakał po cichu, jeśli czegoś bardzo doświadczył, ale nie skarżył się. Bał się, że mamę bardziej to zaboli. Krzywdę zmywały jego łzy, nie zostając w nim na długo.

Konik Krystyny Matwiejowej już się nie bał, ale też jej nie lubił. Ile razy straszyła go palcem i ostrymi jak brzytwa słówkami, tyle razy uciekał, by jej złych oczu nie widzieć. I gdyby zapytała, co o niej sądzi, bardzo by się zdziwiła.

Mateusz współczuł jej szczerze, tak jak tylko on umiał. Żal mu było kobiety, której czas marnuje się na złość.

Mateusz cenił bardzo minuty, jak nic innego na świecie. Wiedział już, że wartościowszych nie ma. Wszystko da się odwrócić ale czasu nie.

Tik-tak! mówi zegar.

I już…

Nie ma minuty! Nie dogonisz! Znikła Nie kupisz jej za żadne złotówki, nie wymienisz na najładniejszy papierek po cukierku.

A dorośli zdawali się tego nie pojmować

Siedząc na parapecie pokoju, Mateusz gryzł pierogi i patrzył, jak na polance za domem ganiają wnuczki Krystyny i inne dzieci, które zebrały się, by świętować urodziny Marcelinki. Jubilatka fruwała w różowej sukience, a Mateusz jak zaczarowany wyobrażał ją sobie raz księżniczką, raz wróżką.

Dorośli bawili się przy wielkim stole na ganku Krystyny, dzieci pobiegały chwilę i pobiegły grać w piłkę do starej studni tam, gdzie była większa polana.

Mateusz od razu się domyślił, gdzie pobiegli, i poleciał do mamy. Z okna tej sypialni wszystko było widać jak na dłoni patrzył długo, ciesząc się szczęściem innych, dopóki nie zaczęło szarzeć.

Ktoś z dzieci już wrócił do dorosłych, ktoś wszczął nową zabawę. Tylko dziewczynka w różowej sukience kręciła się przy starej studni i nagle zniknęła.

Mateusz wiedział, że tam nie wolno podchodzić. Matka ostrzegała:

Zrąb zgniły. Nikt nie używa studni, ale woda w niej jest. Wpadniesz przepadniesz! Nawet jeśli zawołasz, nikt nie usłyszy! Rozumiesz? Nie zbliżaj się, synku!

Nie będę!

Ten moment, gdy Marcelinka zniknęła przy studni, Mateusz przegapił. Akurat zagapił się na chłopców stojących w kółku. Rozproszył się i nagle zatrzymał różowej plamki już nie było.

Mateusz wypadł na ganek i sekundy wystarczyły, by zrozumieć Marcelinki nie było ani na polanie, ani przy śpiewających dorosłych.

Nie przyszło mu do głowy, by zaalarmować innych sam zleciał po schodach i pognał na tył posesji. Krystyna coś jeszcze wołała za nim zirytowana:

Komu powiedziałam siedź w domu?!

Ale dzieci tańczące po polanie miały Marcelinkę gdzieś. Nie zauważyły jej zniknięcia. Tak jak nie zauważyły, jak Mateusz podbiegł do studni, zaglądnął w dół i wrzasnął:

Przytul się do ściany!

Nie chcąc uderzyć dziewczyny, Mateusz położył się na krawędzi, wsunął nogi i przeczołgawszy się przez zgniłe deski, zanurzył w ciemności.

Wytrzymam pomyślał tu liczą się minuty.

Marcelinka nie umiała pływać

Mateusz wiedział to na pewno, bo sam próbował się pluskać na płytkiej wodzie pod okiem Krystyny, która próbowała nauczyć wnuczkę pływać.

Marcelinka nigdy się nie nauczyła, a Konika się bała. Ale teraz, nałyktawszy się wody pachnącej stęchlizną, splotła kurczowo swoje ramiona wokół jego szyi.

Już dobrze. Nie bój się! Jestem z tobą! powiedział, jak uczyła matka. Trzymaj się! Ja zacznę wołać!

Ręce ślizgały się po śliskim zrębie, Marcelinka ciągnęła go na dno, ale Mateusz zdołał nabrać powietrza i wrzasnął z sił:

Pomocy!

Nie wiedział nie mógł wiedzieć że dzieci uciekły zaraz po tym, jak woda wessała go w studni. Nie wiedział, czy wytrzyma, czy ktoś przyjdzie. Nie wiedział, czy ktokolwiek go usłyszy

Wiedział jedno ta komiczna dziewczynka w różowej sukience musi żyć. W końcu piękna i minuty w tym świecie to rzadkość.

Nie usłyszano go od razu.

Krystyna, wychodząc z pieczoną kaczką, szukała wzrokiem wnuczki i zbladła:

Marcelinka gdzie?!

Goście nie zrozumieli od razu, czemu wściekła gospodyni wrzaskiem wstrząsnęła podwórkiem, tłukąc półmiskiem o stół.

Mateusz jeszcze zdołał wrzasnąć raz i drugi, słabnąc wołaniem, które musieli usłyszeć:

Mamo

I Urszula, wracająca z pracy, przyspieszyła krok, zapomniawszy o chlebie. Przemknęła obok sklepu i pognała do domu, nie witając się z plotkującymi sąsiadkami, czując, że właśnie teraz trzeba biec, nawet w nowych sandałkach.

Na podwórze wpadła w chwili, gdy Krystyna chwytała się za serce i osuwała na schodkach. Niczego do końca nie rozumiejąc, Urszula rzuciła się na tyły domu, gdzie zwykle bawił się Konik, i dosłyszała głos syna:

Tu jestem, mamo!

Nie musiała się domyślać od lat bała się tej studni. Wielokrotnie błagała, by ją zasypać albo okryć solidniej niż starymi deskami. Nikogo to nie obchodziło, postawiony przez nią płotek nic nie dawał

Nie było czasu na myślenie. Urszula chwyciła sznur do bielizny i, wybiegając na ganek, ryknęła:

Za mną! Trzymajcie mnie!

Na szczęście szwagier Krystyny był wystarczająco trzeźwy: w sekundę zrobił supeł, owinął malutką Urszulę sznurem.

Marcelinkę złapała od razu. Dziewczynka oplotła jej szyję, zwiotczała a Urszulę zatrzęsło od strachu.

Mateusza nie mogła znaleźć w ciemności

I wtedy poprosiła tak, jak wtedy w szpitalu:

Boże, nie zabieraj!

Bez tchu macała ręką w zimnej wodzie, czas uderzał ją prędkim rytmem, każde uderzenie to strach i beznadzieja, ale nie mogła się zatrzymać.

Błagam

Coś śliskiego musnęło dłoń Urszula szarpnęła i wyciągnęła syna, bała się myśleć, czy oddycha. Wrzasnęła:

Ciągnij!

I podnosząc się nad wodą, usłyszała ciche, chropawe:

Mamo

Do osiedla Mateusz wrócił po dwóch tygodniach w miejskim szpitalu jako bohater.

Marcelinkę wypisano wcześniej trochę się nałykała wody, wystraszyła, poza tym nic jej nie było, prócz ogromnych zadrapań i rozpirzonej sukienki.

Mateusz miał złamanie nadgarstka, oddychał z trudem, lecz mama była przy nim, Marcelinka odwiedzała go z rodzicami, a on cieszył się, że zaraz wróci do domu, do książek i ukochanego kota.

O synku mój najdroższy! Gdyby nie ty łkała Krystyna, przytulając opalonego Mateusza. Wszystko ci dam!

Po co? wzruszył ramionami chłopiec. Zrobiłem, co trzeba. Czy nie jestem mężczyzną?

Krystyna nie znalazła odpowiedzi, objęła go znów, nie wiedząc jeszcze, że ten cherlawy, pokraczny Konik za parę lat wywiezie ciężarówkę rannych spod ostrzału. A potem bez względu na to, kim byli zrobi wszystko, by ulżyć bólowi tym, którzy, tak jak on kiedyś, będą wołać o mamę

A na pytanie, dlaczego to robi, skoro inni kiedyś zadawali mu ból, Konik odpowie krótko:

Jestem lekarzem. Tak trzeba. Trzeba żyć. Tak jest dobrze!

***

Kochani Czytelnicy!

Bo matczyna miłość nie zna granic.

Urszula, mimo przeciwności i pogardy wokół, bezgranicznie kochała syna. Jej oddanie i wiara pozwoliły Mateuszowi rozwinąć skrzydła, stać się dobrym i mądrym człowiekiem. To dowód niezwyciężonej siły rodzicielskiej miłości.

A prawdziwy bohater mieszka w duszy. Mateusz, niepozorny na zewnątrz, okazał się bohaterem, gdy bez wahania wskoczył do studni ratować dziewczynkę. To czyn, nie powierzchowność, tworzą istotę człowieka. To pokazuje, że dobroć, odwaga i współczucie są oznakami wielkości.

Sąsiedzi, choć wcześniej gardzili Urszulą i jej synem, po tym wydarzeniu byli zmuszeni uznać ich wartość. Ta opowieść podkreśla, że uprzedzenia topnieją wobec prawdziwych cnót, a najwyższa lekcja tkwi w umiejętności przebaczania, nieżywienia urazy i czynienia dobra nawet skrzywdzonym. Jak powiedział Mateusz: Jestem lekarzem. Tak trzeba. Trzeba żyć. Tak jest dobrze!

Historia ta zachęca nas do pamiętania, że człowieczeństwo i współczucie zwyciężają obojętność i złość, a prawdziwe piękno świeci od środka.

Zastanówcie się:

Czy i Wy wierzycie, że dobro, mimo przeciwności, zawsze znajdzie drogę? Jak Wasze życie dowiodło, że pozory mylą, a prawdziwe bogactwo tkwi w duszy?

Rate article
Fajna Tajna
— Odejdź stąd!!! Mówię ci – idź sobie! Co się tu pałętasz?! — pani Klaudia Matwiejewna z hukiem post…