Odejdź i nie wracaj
Odejdź, słyszysz? szeptałem przez łzy. Odejdź i już nigdy nie wracaj! Nigdy.
Drżącymi rękami odpiąłem ciężki, stalowy łańcuch, a potem poprowadziłem Becię do furtki. Otworzyłem ją szeroko i próbowałem ją wypchnąć na drogę.
A ona patrzyła na mnie ze zdziwieniem, nie rozumiejąc, co się dzieje.
Naprawdę ją wyrzucam? Ale przecież nic złego nie zrobiła…
Odejdź, proszę cię powtórzyłem, przytulając psa. Nie możesz tu zostać. On zaraz wróci i
W tej samej chwili drzwi domu gwałtownie się otworzyły i na ganek wypadł pijany Wacław, z siekierą w ręku.
*****
Gdyby ludzie choć przez chwilę mogli sobie wyobrazić, jak trudne potrafi być życie dla psów, które nie z własnej winy znalazły się na ulicy, pewnie spojrzeliby na nie z większym współczuciem. Przynajmniej nie patrzyliby z odrazą, jak to często bywa.
Ale skąd mają wiedzieć, przez co przechodzą czteronogi przyjaciele? Skąd mają wiedzieć?
Psy przecież nic nie powiedzą. O swoim losie nie opowiedzą, a ból chowają głęboko w sobie.
Ja jednak opowiem wam tę historię. Historię o miłości, zdradzie i wierności…
Becia stała się niepotrzebna już jako szczeniak.
Nie wiadomo, czym podpadła pierwszemu właścicielowi. Może tylko tym, że się urodziła.
Właściciel nie wpadł na nic lepszego, jak zabrać dwumiesięcznego kundelka do najbliższej wsi i…
…porzucić przy szosie.
Tak po prostu.
Nawet nie zajechał do wioski; tam może ktoś by ją przygarnął. Zostawił ją przy ruchliwej trasie i spokojnie wrócił do miasta.
A po tej szosie gnali kierowcy aut, autobusów i tirów. Jeden zły krok, i piesek mógłby zostać rozjechany. Może właściciel właśnie na to liczył.
A nawet jeśli jakimś cudem nie wpadłaby pod koła, to przecież bez jedzenia czy wody długo by nie przetrwała. Mała była. Skazana na śmierć.
Ale wtedy dopisało jej szczęście.
Bo tego dnia spotkała mnie.
Wszystko zaczęło się od tego, że dostałem od ojca zupełnie nowy rower. Miałem właśnie czternaste urodziny, więc wsiadłem i pojechałem wypróbować prezent.
Tylko nie wyjeżdżaj poza wieś zawołała mama, Genowefa, gdy ruszałem z podwórka. Słyszysz mnie, synku?
Jasne, mamo… odkrzyknąłem radośnie. Wszystko będzie dobrze!
Ale oczywiście wyjechałem. Bo na naszej wsi drogi były w strasznym stanie dziurawa jedna na drugiej, nie dało się po nich jeździć rowerem.
Za to właśnie do szosy prowadził równiutki asfalt, położony miesiąc temu. Chciałem choć przez chwilę poczuć wiatr we włosach.
A zwykle ruch tam był mały, szczególnie w wolny dzień.
Dojeżdżałem już do drogi krajowej i miałem zawracać, gdy zauważyłem małego psa. Miotał się przy szosie, czasem rzucał w stronę samochodu, za chwilę cofał się tuż przed pędzącymi kołami. Strasznie się bałem, że zaraz wpadnie pod samochód.
Odstawiłem rower na trawę i podszedłem do niego.
*****
Mamo, tato, zobaczcie kogo znalazłem! zawołałem, kiedy wróciłem do domu z psiakiem na rękach. Ktoś go porzucił na drodze. Czy możemy go zatrzymać? Jest taki śliczny.
Michał, ty byłeś poza wsią? oburzyła się mama. Przecież mówiłam!
Mamo, tylko do szosy pojechałem. I widzisz, nie na darmo. Gdybym nie podniósł tego psa, mógłby zginąć.
A pomyślałeś o sobie, synu? Dzieci nie powinny same biegać przy trasie. Przecież mogłeś zginąć!
Już nie będę, obiecuję. Ale co z psem? Mogę zatrzymać? Będę się nim opiekował, obiecuję. Zawsze marzyłem o psie… I dziś mam urodziny
Doprawdy! Urodziny ma, a nie słucha mamy! pokręciła głową Genowefa.
Przytuliłem szczeniaka mocniej, obawiając się, że mi go zabiorą.
Geniu, nie denerwuj się tak na chłopaka wtrącił się ojciec, którego humor był dziś lepszy niż zwykle. Dziś czternastka, powinnaś się cieszyć! Piesek śliczny, na podwórku się przyda. Nie kundel, tylko jakby rasowy. Niech zostanie.
Skoro tata się zgadza, ja też nie mam nic przeciwko uśmiechnęła się mama.
Hurra! Dziękuję wam! Jesteście najlepsi na świecie!
Byłem przeszczęśliwy. Tego samego dnia piesek dostał nowe imię Becia. Dopiero później odkryłem, że to suczka. Ale jaka kochana! Tak łagodna, wierna, przytulała się od pierwszego dnia.
Od tamtej pory rower poszedł w kąt całe dnie spędzałem z nią. Dla mnie była najważniejsza na świecie.
Wydawało się, że historia dobrze się skończyła. Szczeniak uratowany, ja szczęśliwy, rodzice zadowoleni, bo byłem szczęśliwy…
Ale niestety, los potrafi zaskakiwać. I po sześciu miesiącach wydarzyło się coś złego.
Wszystko zaczęło się, gdy mój ojciec, Wacław, stracił pracę w tartaku i… poszedł w alkohol.
Zaczął pić na potęgę, roztrwonił wszystkie oszczędności, odkładane z mamą na czarną godzinę. Prośby i łzy Genowefy na niego nie działały. Wręcz przeciwnie, jeszcze bardziej się wściekał.
Zaczął być obcy, jakby zamienił się w kogoś zupełnie innego. Alkohol wyciągnął z niego to, co najgorsze… Stawał się agresywny, krzyczał na mamę o wszystko. Bijatyki o byle co: bo nie było śledzi w lodówce albo papierosy i wódka znów podrożały na wszystko była winna mama.
Nie przyjmował do siebie, że to jego wina, że nikt mu nie kazał pić.
Zawsze mógł poszukać pracy w innym miejscu, nawet w mieście, kierowca przecież zawsze się znajdzie, nie tylko traktorysta. Ale nie chciał. A w naszej wsi, kiedy tartak padł, nie było już żadnej porządnej roboty.
Geniu, gdzie ty schowałaś wódkę?! wrzeszczał Wacław z rana, budząc się na kacu.
Mama ze wszystkich sił próbowała przemówić mu do rozsądku, ale bez skutku. Każda najmniejsza sprzeczka kończyła się awanturą. Jeśli nie znalazł wódki, był gotów bić.
Kategorycznie zabroniła mi się wtrącać nie chciała, żebym dostał od ojca.
W takich chwilach chowałem się z Becią gdzieś na podwórku, głaskałem ją po głowie i patrzyłem w stronę domu, skąd słychać było wrzaski.
Becia, jakby czuła mój smutek, lizała moje mokre i słone policzki, ile mogła, była ze mną i patrzyła w stronę domu.
Pewnego dnia nawet ja sam dostałem od ojca zupełnie bez powodu, kiedy bawiłem się z psem na podwórku. Najpierw mnie zawołał, a potem po prostu uderzył. Raz, drugi, trzeci…
Starałem się wytrzymać, ale w końcu krzyknąłem z bólu, próbując się wyrwać. Ojciec ścisnął dłoń jak imadło.
I wtedy Becia zawsze łagodna i cicha zaczęła szczekać na niego z furią. Tak głośno, że Wacław aż się zatrzymał. Udało mi się wyrwać i uciekłem. Ale wiedziałem, że to dopiero początek.
Ojciec poszedł do domu, wiedziałem, że wróci i to z czymś niebezpiecznym.
Co miałem zrobić?
Odejdź, słyszysz? szeptałem przez łzy do Becii. Odejdź, już nigdy nie wracaj! Nigdy.
Wypiąłem jej łańcuch, ciągnąc w stronę furtki i próbowałem wypchnąć na wiejską drogę.
Patrzyła na mnie ze zdziwieniem.
Odejdź, proszę cię powtórzyłem, całując ją w czarny zimny nos. Nie możesz tu zostać. Ojciec zaraz wróci i…
I w tym momencie z impetem otworzyły się drzwi domu, wyszedł rozjuszony Wacław z siekierą.
Michał! ryknął. Po co puściłeś psa?! Masz mi natychmiast przyprowadzić psa!
Tato, proszę cię, nie powiedziałem przestraszony, cofając się instynktownie.
Bałem się tak bardzo, że miałem ochotę uciekać razem z psem, ale… nie mogłem zostawić mamy samej z ojcem-potworem.
Co nie?! zagrzmiał Wacław, patrząc przez zamglone oczy na mnie i Becie, którą zasłaniałem sobą.
Zostaw psa, tato. Idź lepiej spać. Nawet na człowieka już nie wyglądasz
Tak? Nie wolno ruszać psa? Nie wolno mu szczekać na pana domu?! Karmiłem ją, poiłem, a teraz ona na mnie szczeka? Zaraz się z psem rozprawię, potem z tobą. Nauczę cie szacunku do starszych!
Zrobił krok, zachwiał się, złapał się belki, ale się nie przewrócił. Zaczął schodzić po schodach.
Przyprowadź ją tutaj!
Wacuś, błagam, zostaw, ona dopiero co urosła… Przecież ją zabijesz! krzyknęła mama, która wtedy wróciła z zakupami.
Dość już tych lamentów! Ten pies ma zapamiętać kto jest panem! Michał, przyprowadź ją!
Nie było już na co czekać. W ostatniej chwili przytuliłem Becie, spojrzałem jej w oczy i z całej siły wypchnąłem na drogę.
Odejdź! Odchodź natychmiast! I wybacz nam, proszę… Nie chciałem, żeby tak wyszło.
Ty zaryczał Wacław, kiedy zrozumiał, co się dzieje.
Becia spojrzała na mnie ostatni raz i pobiegła w stronę lasu.
Nie wracaj, Beciu, bo cię zabije! krzyczałem za nią przez łzy.
Nie wiedziałem, co się dalej stanie. Modliłem się tylko, by z nami, z mamą, nic się nie stało…
*****
Od tamtej chwili minęły nie miesiąc, nawet nie rok Siedem lat.
Siedem długich lat Becia czekała na cud.
Wierzyła, że jeszcze kiedyś zobaczy Michała.
Ale z każdym rokiem nadzieja gasła. Bo mnie i mamy już od dawna nie było w tej wsi.
Becia wróciła do rodzinnej wioski dopiero po pół roku. Cicho podeszła pod furtkę, która była uchylona, trąciła ją łapą, a tam tylko pogorzelisko. Ani duszy.
Nie było ani mnie, ani mamy, ani też Wacława, którego nie chciała już więcej widzieć.
Jeszcze kilka razy pojawiła się w tej samej wsi, ale nikogo już tam nie zastała. Czuła, że nic złego nie spotkało Michała i Genowefy, raczej po prostu wyjechali na dobre. Ale nie miała pojęcia ani gdzie, ani kiedy.
Nie było do czego wracać… Ani domu, ani rodziny.
Błąkała się więc od wioski do wioski, nigdzie nie zostając na dłużej. Aż w końcu spotkał ją pewien staruszek na tej samej trasie, przy tej samej wsi.
Zagubiłaś się? mruknął z uśmiechem, szpakowate włosy, długa broda. Może zamieszkasz u mnie?
Becia zamieszkała. Nie miała innego wyjścia.
A staruszek, choć jak się później okazało, był amatorem trunków, miał dobre serce.
Zawsze coś do jedzenia znalazł rosół, kasze, cukrowe kości. Nigdy jej nie żałował. Brał ją ze sobą do pracy.
Był nocnym stróżem na cmentarzu.
Początkowo Becia bała się chodzić między ludzkimi grobami, ale z czasem przyzwyczaiła się. Polubiła nawet pana pana Stefana.
Człowiek dobry, choć samotny i nieszczęśliwy jak ona.
Gdy pił, nie stawał się potworem, jak Wacław raczej wzdychał ciężko i opowiadał o swoim smutku. O tym, jak żona go zostawiła, a córka nie chce znać ojca, bo biedak z niego i pechowiec.
Becia kładła się wtedy przy nim, wtulając czarny nos w jego łydkę, czekając, aż się wygada.
Gdy milknął, wspominała szczęśliwe dni mamę, Michała… O Wacławie starała się zapomnieć na zawsze.
I tak się złożyło, że pewnego dnia, podczas spaceru po cmentarzu, natknęła się na jego grób.
Poczuła ten sam, przeszywający nos zapach. Alkohol, złość, nienawiść…
Dlaczego stoisz? zagadnął Stefan, widząc, że stanie przy jednym z grobów. Kto tam leży? Wacław jakiś… A, to ten, co wpadł w pożar we własnym domu.
Spojrzałem na Stefana zdziwiony.
Tak, to był dziwny typ u nas na wsi. Żona z synem wyjechali do miasta, a on pił i zginął. Głupia śmierć, ale podobno nad rodziną się znęcał, więc… może zasłużył. Choć… o zmarłych dobrze albo wcale. Chodźmy stąd.
Becia została z nim prawie pięć lat, aż zmarł ze starości. I znów została sama.
Gdzie miała pójść? Przestała już być szczeniakiem, nikt nie przygarnie starego psa.
Została więc na cmentarzu. Czasem coś zjedzona, czasem ktoś rzucił jakąś kość. Postanowiła, że nigdzie już nie pójdzie. I tak chciała tam dosłownie doczekać końca.
Aż pewnego zimowego dnia, gdy spadł pierwszy śnieg, wydarzyło się coś niezwykłego.
Robiła swój codzienny obchód, szukając resztek, gdy zobaczyła dwoje ludzi: kobietę i mężczyznę. Stali przy grobie Wacława.
Wydało jej się to dziwne, więc podeszła bliżej, by się przyjrzeć.
Mówiłem ci, Ola, że to kiepski pomysł jechać na grób ojca. Po co? Nie chcę go znać po tym, co nam zrobił, a ty mi każesz wybaczyć… Za co? Za matkę, którą doprowadził do grobu?
Musisz, Michał… Musisz wybaczyć, żeby odpuścić. Inaczej nigdy nie zaznasz spokoju odpowiedziała cicho Aleksandra. W końcu był twoim ojcem.
Skąd to wiesz?
Babcia mi tłumaczyła. Przebacz i wszystkim będzie lżej. Tobie i jemu.
Michał spojrzał na grób, przez chwilę milczał, po czym powiedział cicho:
Wybaczam ci, tato. I w swoim imieniu, i w imieniu mamy… i Beci. Szkoda tylko, że przez ciebie musiałem wyrzucić z domu najlepszego przyjaciela. Mam nadzieję, że ma się dobrze.
W tym czasie Becia stała w bezruchu za plecami Michała.
To był on. Mój ukochany człowiek.
Czas go zmienił, dorósł, zmężniał. Ale poznałam go na pierwszy rzut oka.
Ciekawe, czy on mnie pozna?
Michał jakby poczuł na sobie spojrzenie. Obrócił się, zamarł.
Michał, co się stało? spytała Aleksandra. Wyglądasz, jakbyś zobaczył ducha.
Nie ducha, tylko psa… odparł cicho.
Przecież psy na cmentarzu to nic dziwnego. Boisz się?
Wydaje mi się… chyba już gdzieś ją widziałem… To musi być…
Zrobił niepewnie kilka kroków, Becia wykonała to samo, coraz szybciej i szybciej…
A potem padli sobie w ramiona. Michał przyklęknął, Becia wpięła łapy na jego ramiona, wylizała mu policzki, nos, brodę…
Stało się. Spełniło się jej jedno psie marzenie. Znowu była z Michałem.
*****
Oczywiście zabrałem Becię do domu. Szybko zaprzyjaźniła się z Olą.
Teraz żyliśmy wszyscy razem, na nowo najpierw we troje. Potem czworo raz Becia przywlekła do domu małego kotka, więc jednogłośnie został przygarnięty. A niedługo potem pojawił się w naszym dwupokojowym mieszkaniu Nikodem mój syn.
Po jakimś czasie odbudowałem dom na wsi i co roku jeździliśmy tam całą rodziną na wakacje.
I mimo wszystkich cierpień, przez które przeszliśmy razem z Becią, mogę powiedzieć jedno: byliśmy szczęśliwi.
Nauczyłem się, że dobro, nawet jeśli długo błądzi, w końcu wraca. Nie wolno nigdy tracić nadziei.



