W kobiecej społeczności zawsze znajdzie się miejsce na plotki. A jak wiadomo, język plotkarki bywa dłuższy niż schody. W pewnym przedszkolu często omawiano życie osobiste i rodzinne wychowawczyni Lucyny. Dla młodej kobiety te sprawy zdawały się odrębnymi światami. Ludwika, bo tak ją nazywano, zdawała się wręcz lubować w dostarczaniu tematów do obmowy.
Zawsze miała tłumy wielbicieli. Gdy tylko w przedszkolu pojawiał się hydraulik, stolarz czy malarz, zapominając o obowiązkach, biegła rzekomo pomagać fachowcom. Choć nigdy nie szło dalej niż zalotne uśmiechy i dwuznaczne spojrzenia, wszyscy byli pewni Ludwika ma “nietęgie sumienie”.
Ludwika świergotała bez końca, otoczona męskim towarzystwem. Nawet z woźnym Mieczysławem, już niemal emerytem, potrafiła prowadzić lekkie, zabawne rozmowy. Uwielbiała “kąpać się” w komplementach, czuć się wyjątkowa wśród koleżanek z przedszkola.
A trzeba dodać, że Ludwika była mężatką i wychowywała siedmioletnią córkę Alicję. Lecz te okoliczności wcale jej nie krępowały ani nie przeszkadzały w prowadzeniu własnego, osobistego życia.
Mąż Robert kochał swoją Ludkę ponad życie. Dbał o nią, jak o najcenniejszy skarb. Przeczuwał niewinne zabawy żony. “Cóż, jeśli kobieta jest piękna trudno jej nie odpowiadać na zaczepki natrętów. Ale moja Ludka to wierna żona” przekonywał siebie Robert.
Naiwność. Tym bardziej, że Ludwika zapewniała męża o swej wiecznej miłości.
Ludwika wyszła za mąż z namowy matki. Ta twierdziła, że z uległego Roberta można “ulepić” idealnego męża. I tak się stało. Robert był świetnym elektrykiem, często wyjeżdżał w delegacje. Po powrocie zasypywał Ludwikę i córkę nietypowymi prezentami, a wolny czas poświęcał rodzinie. Ale w tym cichym, wygodnym małżeństwie Ludwice czegoś brakowało. Namiętności? Burzy uczuć?
Aż pewnego dnia zakochała się bez pamięci. Wszystko zaczęło się, gdy Mieczysława niespodziewanie odesłano na emeryturę. Na jego miejsce zatrudniono syna dyrektorki przedszkola. Sławek studiował medycynę, był na czwartym roku, specjalizował się w stomatologii.
Dyrektorka Weronika Stanisławowa chciała pomóc synowi finansowo, więc zaproponowała mu nocne dyżury. Sławek od razu się zgodził. Dodatkowe grosze zawsze się przydadzą. Może nawet będzie mógł zabrać dziewczynę do kina i kupić jej lody…
Choć dziewczyny jeszcze nie miał. Ale taki przystojny, obiecujący młodzian (przyszły dentysta!) na pewno szybko znajdzie partnerkę.
Gdy tylko Sławek rozpoczął pracę, Ludwika nie mogła się powstrzymać, by nie zajrzeć do portierni.
Było to zimowe popołudnie. Dzieci już odebrali rodzice. Ludwika bez zapowiedzi weszła do pokoiku woźnego-studenta. Poznać się. Sławek, jako dobrze wychowany młodzieniec, zaprosił gościa do siedzenia. Sam przysiadł na zniszczonej kanapie. Ludwika potrafiła prowadzić swobodne rozmowy za jej słowami trudno było nadążyć.
Rozgadali się. Nie było końca opowieściom. Sławek z zapałem mówił o sobie, medycynie, przyjaciołach. Ludwika przytakiwała z uwagą. Potem ona zaczęła narzekać na nudne życie, a Sławek już trzymał ją za rękę i pocieszał. Czas płynął niepostrzeżenie. Na miasto zapadła noc.
Sławek postanowił odprowadzić Ludwikę do domu. Na szczęście mieszkała niedaleko przedszkola.
Tak rozpoczął się ich szalony romans.
Ludwika nie potrafiła się powstrzymać. Pędziła w przepaść bez opamiętania. Sławek wkrótce wyznał jej miłość. Cała historia w mgnieniu oka stała się znana w przedszkolu. A przed cudzymi ustami nie postawisz wrót. Dyrektorka Weronika Stanisławowa wezwała Ludwikę do gabinetu. Na rozmowę.
“Ludwiko, przypominam ci masz rodzinę. Proszę cię, jako matka, zostaw Sławka w spokoju. Zapomnij o nim. Co was może łączyć? Masz męża, córkę. Sławek musi się jeszcze uczyć. Nie potrzebuje kradzionej miłości. Czy chcesz, żebym cię zwolniła za niemoralne zachowanie?” zagroziła dyrektorka.
“Niech mnie pani zwolni, Weroniko Stanisławowno! Nie odstąpię od Sławka. On jest mój!” postawiła kropkę Ludwika i wybiegła z gabinetu.
“Żebyś tylko nie pożałowała!” krzyknęła za nią rozwścieczona dyrektorka.
Następnego dnia Ludwika przyniosła podanie o urlop. Dyrektorka podpisała w milczeniu, dodając:
“Mam nadzieję, Ludwiko, że opamiętasz się. Nie potrzebuję synowej z ‘posagiem’!”
Ludwika zabrała córkę (“posag”) i wyjechała do rodziców na wieś. Chciała pobyć sama i podjąć właściwą decyzję. Sama nie rozumiała, co się z nią dzieje. Pożądanie? Namiętność? Urok? Choć rozum milczał, serce domagało się miłości.
Na wsi mieszkała znachorka Bronisława. Przyjeżdżali do niej ludzie z okolicznych i odległych wiosek po radę i pomoc. Bronisława miała już 90 lat, ale zachowała jasny umysł i pogodę ducha. Mieszkała sama w starej chacie na skraju wsi. Kiedyś miała męża i siedmioro dzieci. Przeżyła wszystkich. Wypłakała łzy, wysuszyła smutek i nagle stała się prorokinią. Wszystkie jej przepowiednie wcześniej czy później się spełniały. Ludzie ufali Bronisławie, dzielili się tajemnicami, ale też się jej bali.
Ludwika zabrała dla niej podarunki (znachorka nie brała pieniędzy) i udała się na skraj wsi, by “wywróżyć sobie przyszłość”.
Zanim zdążyła podejść do chaty, Bronisława zaskoczyła ją słowami:
“No cóż, dziewczyno, jak nazwiesz swojego chłopczyka?”
Ludwika nie zrozumiała:
“Jakiego chłopczyka?”
“Własnego syna. Przecież na wiosnę będziesz miała dziecko. Nie wiedziałaś?” prorokowała Bronisława z progu.
Ludwika była zaintrygowana. Znachorka zaprosiła ją do środka. W ciemnej, ciasnej izbie wisiały na ścianach ikony, na piecu leżały pachnące zioła, na stole płonęły świece.
“Siadaj, moja droga. Wszystko ci opowiem. Wiem, co cię trapi” rozpoczęła swój “seans” Bronisława.
Rozło



