— Co to w ogóle ma być?! — wykrzyknęła Zofia, stojąc pośrodku salonu, nie kryjąc irytacji.
Głos jej drżał z oburzenia. Obejrzała pokój, jakby szukając odpowiedzi na swoje pytanie wśród mebli lub ścian.
— Znowu?! Trzeci raz w tym miesiącu! Ile można?!
Na kanapie, rozwalony wygodnie na poduszkach, siedział Marek. W jednej ręce trzymał telefon, w drugiej — pilot od telewizora. Powoli przeniósł wzrok na żonę, ale jego oczy pozostały obojętne, jak zawsze, gdy chodziło o jego matkę.
— Co *znowu*? — zapytał, mrużąc oczy. — Nie zaczynaj od razu histerii. Dopiero co wróciłem do domu, chcę odpocząć.
— Histerii?! — Zofia zrobiła krok do przodu, jej głos stał się wyższy. — Ty to nazywasz histerią? Pięć tysięcy złotych! Ot tak! Bez pytań, bez wy— Ja tylko próbuję pomóc mojej mamie, a ty od razu robisz z tego tragedię — powiedział Marek, odwracając wzrok, podczas gdy Zofia zaciśniętymi pięściami stała w milczeniu, wiedząc, że ich marzenie o spokojnej chacie nad jeziorem właśnie rozpływa się we mgle.



