Dziennik, 4 marca
Dzisiaj od rana nie mogłam przestać o tym myśleć. W Internecie pojawiła się poruszająca wiadomość tuż przy drodze krajowej pod Krakowem, w zagłębieniu śniegu, ktoś porzucił nowonarodzone szczeniaki. Chyba tylko cud sprawił, że zdążono je odnaleźć, zanim niskie temperatury odebrały im ostatnią szansę.
Maleńkie kulki futerka, zebrane w ciasną gromadkę, próbowały ogrzać się nawzajem i wytrzymać chłód nocy. Choć kalendarzowa wiosna już niedaleko, zima w Polsce nie odpuszcza tak łatwo. Termometr w Krakowie pokazywał dzisiaj 7°C, a poza miastem, przy otwartej trasie, było nawet 10°C albo i zimniej. Trudno sobie wyobrazić, jak długo te szczeniaki mogłyby wytrzymać w tej śnieżnej zapadlinie.
Zagłębienie w śniegu było głębokie na jakieś dwadzieścia centymetrów; pod ich ciałkami śnieg się rozpuścił, tyle już tam leżały, próbując znaleźć choć odrobinę ciepła. Los jednak okazał się łaskawszy niż człowiek, który je tam zostawił. Pan Andrzej, właściciel pobliskiego warsztatu samochodowego, zauważył je i nie przeszedł obojętnie zabrał wszystkie do ciepłego pomieszczenia. Potem sam nie bardzo wiedział, co robić dalej, ale najważniejsze, że nie zostawił ich na pewną śmierć. Muszę przyznać, bardzo podziwiam jego wrażliwość i chęć pomocy.
Okazało się, że to pięć maleństw trzy pieski i dwie suczki, a może cztery pieski i jedna suczka; trudno było do końca stwierdzić, bo są naprawdę jeszcze malutkie. Andrzej próbował dzwonić do różnych wolontariuszy, niestety nikt nie miał w tej chwili możliwości ich przyjąć. Przecież do schroniska nie można ich oddać mają zaledwie dwa, może trzy tygodnie. O szczepieniach nie ma nawet mowy, bo przecież nie wykonuje się ich u takich maluchów.
Oddać takie kruche istotki do schroniska, to właściwie równoznaczne z wyrokiem. Najprawdopodobniej chorują i nie przeżyją. Niestety, takie historie już się zdarzały. Wyspecjalizowane domy tymczasowe z opieką weterynaryjną też nie mogły ich przyjąć ostatnio przebywały tam suczki Basia i Iga, które walczyły z parwowirozą.
Pierwszą noc szczeniaki spędziły w warsztacie Andrzeja. Z nagrań z kamer wynika, że nocą jakaś kobieta (choć trudno użyć tego słowa wobec kogoś, kto robi takie rzeczy) po prostu podrzuciła je na śnieg, po czym odeszła, zostawiając te biedactwa na pastwę losu i mrozu.
Nie mogę przestać myśleć, co czuły te maluchy, brutalnie oderwane od matki, bezbronne i pozostawione na zimno. Kręci mi się w głowie, gdy próbuję to sobie wyobrazić. Mam nadzieję, że karma dosięgnie tych, którzy robią takie rzeczy.
Zrobimy wszystko, by te szczeniaki znalazły prawdziwy dom, pełen czułości i troski. Naprawdę na to zasługują nie tylko na fizyczne ciepło, ale i na cieple ludzkiego serca. Wierzę, że i dla nich zaświeci jeszcze słońce.



