Słuchaj, muszę ci opowiedzieć akcję, jaka przydarzyła się pewnej ekipie w nocnym trolejbusie w Warszawie. Wiesz, te stare trolejbusy na trasie przez Pragę, co człowiek chce tylko wrócić do domu po imprezie i nie zamawia Ubera, bo szkoda mu tych paru złotych.
No więc jest noc, zimno, para bucha z człowieka i z ciepłego pojazdu na przystanku pod Dworcem Wschodnim. Grupa pięciu pijanych chłopaków wpada do środka, szorując zabrudzonymi butami po wszystkim schodkach, uchwytach i, nie daj Boże, po ludziach, którzy już siedzą w środku. Nikt się nie odzywa, wszyscy są po swojemu zmęczeni, zapatrzeni gdzieś w okno albo telefon, bo przecież ostatni nocny, każdy chce spokojnie dotrzeć do siebie.
Tymczasem ta banda wulkanów testosteronu zaczyna bić pianę wykrzykują do siebie, śmieją się ordynarnie i przekrzykują się dowcipami na temat, co by tu można jeszcze tej nocy zrobić albo komu, albo za jakie grzeszki. Impreza przeniosła się do końca pojazdu, tam rozlewają sobie jakieś piwo z Żabki, stukają się butelkami po każdym większym śmiechu.
Drzwi się zamknęły, maszyna zaszumiała i, jakby od razu lepiej, poleciała przez miasto, jakby była statkiem na Wiśle. Poza naszą ekipą ludzi niewielu, może z dziesięciu, z konduktorką na czele. Wygląda jak typowa pani Halina okulary, siwe włosy, już widziała niejedno i na pewno bardziej wyrozumiała, niżby wypadało mieć nadzieję.
Podchodzi do nich ze spiętym plikiem biletów i zmęczonym głosem rzuca:
Chłopaki, bilety kupujemy.
Mam bilet miesięczny, pani Halino! bełkocze jeden.
Ja też!
Ja tak samo!
Dla jednego, co wygląda jeszcze trochę jak dzieciak wąsik ledwie odznacza się pod nosem, ruchy jak u gimnazjalisty, spojrzenie niepewne, ale w tej swojej osiedlowej ferajnie czuje się jak bos więc ten darł się najgłośniej.
Pani Halina spokojna jak skała:
To proszę pokazać.
Jakiś łysy, największy z nich, odpowiada:
Niech pani pierwsza pokaże legitymację!
Ja tu pracuję, jestem konduktorką, to wystarczy odpowiada bez mrugnięcia okiem.
A co z tego, że pani tu pracuje, ja jestem elektrykiem i mam za światło nie płacić? rzuca ten sam, już z piwem ściekającym po kurtce, że aż pachnie w całym pojeździe jak stary browar.
Albo płacicie, albo wysiadacie, kochani.
No i słuchaj, w tym momencie autobus staje. Zostają sami reszta pasażerów wychodzi, pewnie nie mają ochoty na patole.
Przecież mówiliśmy, że mamy bilety! pręży się wciąż ten młody, aż mu klatka piersiowa przoduje jak półksiężyc.
Panie Walerku, jedziemy na pętlę! mówi Halina do kierowcy.
Tak jest, jedziemy na bazę! powtarzają chłopaki, wygłupiając się i robiąc dramatyczne miny.
Drzwi znowu się zamykają i nagle trolejbus robi zawrotkę na środku ulicy. Wszyscy się śmieją, ktoś rzuca, że jakim cudem trolejbus zrobił skręt, skoro powinien jechać po kablach. Ale nikt nie przejmuje się na serio, śmiech śmiechem.
Wtem pojazd nabiera prędkości i wyprzedza nawet samochody, światła gasną, robi się mroczno, tylko miasto przez okna gdzieś błyśnie. Halina siedzi jak kamienna, nie puszcza oka, przystanków już nie ma.
Ej, szefie! Gdzie nas wozisz?! woła wreszcie jeden z nich.
Cisza.
Zatrzymaj, chcemy wyjść! no i głosy już nie takie pewne, próbuje się w nich trzeźwość.
Konduktorka dalej nic siedzi. Za oknem miasto się kończy, za chwilę pola, ciemno, światła tylko mrugają w kabinie kierowcy. Wyciągają telefony, a tam zero zasięgu, internet nie działa.
Nagle jeden z chłopaków podchodzi z groźbami:
Wiesz, gdzie ja pracuję?! Nie dojadę do roboty, to ci emeryturę zabiorą!
Po tych słowach gasną światła z przodu.
Pani, proszę, ja mam maturę za dwa tygodnie! wrzeszczy najmłodszy, wręcz śmiesznie.
Trolejbus pędzi, aż huczy po nocy. Cała ekipa już wymiękła, zaczynają się trząść, próbują wybić okno butelką po piwie, wyłamać drzwi nic nie działa.
I wiesz co? Nagle pojawia się mamona.
Proszę! Oddam ostatnie złotówki, tylko wróćmy do Warszawy!
Pani Halina odwraca się, milczy, nawet prośby, łzy i żale jej nie wzruszają, a pojazd gna dalej przez pola, aż dojeżdżają do wielkiego, czarnego jeziora.
Gdzie my jesteśmy? szepczą sobie nawzajem.
Utopią nas! łka dzieciak od wąsika.
Tomek, umiesz prowadzić trolejbus? ktoś pyta, ale Tomek już tylko kręci głową, zrezygnowany.
Wtem drzwi się otwierają. Halina wysiada, w świetle księżyca widać jej cień, wraca z kabiny, coś ciągnie.
To koniec zabiją nas i wrzucą do jeziora już nawet najwięksi twardziele mają łzy w oczach.
Ale ona wnosi tylko mop i wiadro. Stawia przed nimi, uśmiecha się szeroko:
Jak umyjecie ściany, dostaniecie ścierki wtedy zabierzecie się za siedzenia i podłogę, a potem was odwiozę do miasta. Pasuje?
Cała piątka kiwa głowami jak w przedszkolu.
Noc była długa. Podzielili się zadaniami, dwóch nosiło wodę, jeden zmieniał szmatki, reszta wynosiła brudną wodę do jakiejś beczki, która chyba stała tam od zawsze. Pewnie nie pierwszy raz ktoś wpadł w taką pułapkę.
Gdy wzeszło słońce, trolejbus lśnił jak nowy, nawet szyby się błyszczały. Chłopaki pracowali już jak jeden mąż, w pełni trzeźwi. Kiedy skończyli, Halina skasowała im bilety, a potem wrócili do Warszawy. Każdy wysiadł na swojej stacji, nie mówiąc nic. Trolejbus ruszył dalej na swój poranny kurs zebrać nowych warszawskich przygłupów.



