– No, Rudy, idziemy już… – mruknął Walera, poprawiając prowizoryczną smycz ze starej linki. Zapiął kurtkę pod samą szyję i zadrżał. W tym roku luty był wyjątkowo wredny – śnieg z deszczem, wiatr przewiewał na wskroś. Rudy – kundel z wyblakłą rudawą sierścią i jednym ślepym okiem – pojawił się w jego życiu rok temu. Walera wracał z nocnej zmiany w fabryce i zobaczył go przy śmietnikach. Pies był pobity, głodny, a lewe oko miał zamglone. Głos przeszył nerwy. Walera rozpoznał mówiącego – Seba Suseł, lokalny „człowiek z zasadami”, jakieś dwadzieścia pięć lat. Obok niego stało trzech nastolatków – jego „ekipa”. – Spacerek? – rzucił krótko Walera, nie podnosząc wzroku. – Ty, wujek, płacisz podatki za wyprowadzanie tego szkaradztwa? – zaśmiał się jeden z dzieciaków. – Patrzcie, jakie straszydło – to oko okrągłe! Poleciał kamień. Trafił Rudego w bok. Pies zapiszczał, przywarł do nogi pana. – Odwalcie się, – powiedział cicho Walera, ale w głosie zabrzmiał stalowy ton. – Oho! Wujek Majster się odzywa! – Seba podszedł bliżej. – Nie zapomniałeś, że to mój rewir? Tutaj pieski chodzą za moim pozwoleniem. Walera się napiął. W wojsku nauczyli go rozwiązywać problemy szybko i stanowczo. Ale to było trzydzieści lat temu. Teraz był już zmęczonym emerytem, któremu nie zależało na kłopotach. – Chodź, Rudy, – odwrócił się w stronę domu. – No właśnie! – krzyknął za nim Seba. – Następnym razem twojego pokraka wykończę! Noc spędził Walera bez snu, wciąż odtwarzając tę scenę w pamięci. Następnego dnia padał mokry śnieg. Długo zwlekał z wyjściem, ale Rudy siedział przy drzwiach i patrzył tak wiernie, że nie sposób było odmówić. – No, dobra, tylko szybciutko. Omijali znane miejsca „zbiórek”. Seby nigdzie nie było widać – najwyraźniej kryli się przed pogodą. Walera już się rozluźnił, gdy Rudy nagle zatrzymał się przy ruinach starej kotłowni. Nastawił jedno ucho, wciągnął powietrze. – Co jest, staruszku? Pies zapiszczał i pociągnął w stronę ruin. Słychać było dziwne dźwięki – jakby płacz, jęki. – Hej! Kto tam? – zawołał Walera. Cisza. Tylko wiatr zawodził pomiędzy murami. Rudy nie odpuszczał, szarpał smycz. W jego jedynym oku czaił się niepokój. – Co tam masz? – Walera kucnął przy psie. I wtedy wyraźnie usłyszał dziecięcy głos: – Pomocy! Serce mu stanęło. Odczepił smycz i poszedł za Rudym. W zrujnowanym pomieszczeniu za stertą cegieł leżał chłopiec, jakieś dwanaście lat. Twarz podbita, warga rozcięta, ubrania podarte. – Jezu! – Walera przykucnął przy chłopaku. – Co się stało? – Wujku Walera? – chłopiec ledwo otworzył oczy. – To pan? Walera przyjrzał się uważniej. Poznał go – Andrzej Misza, syn sąsiadki z piątej klatki. Cichy, nieśmiały chłopak. – Andrzej! Co się wydarzyło? – Seba i jego banda, – zaszlochał chłopak. – Chcieli od mamy kasy. Powiedziałem, że powiem dzielnicowemu. Dorwali mnie… – Długo tu leżysz? – Od rana. Strasznie zimno. Walera zdjął kurtkę, przykrył Andrzeja. Rudy podszedł bliżej, położył się, grzejąc go swoim ciałem. – Możesz wstać? – Noga boli. Chyba złamana. Walera delikatnie obmacał nogę. Złamana. I nie wiadomo, co jeszcze w środku po takim traktowaniu. – Masz telefon? – Zabrali. Walera wyciągnął stary telefon i zadzwonił po pogotowie. Ekipa miała być za pół godziny. – Wytrzymaj, młody. Zaraz będą lekarze. – A jak Seba się dowie, że żyję? – spytał przerażonym głosem Andrzej. – Powiedział, że mnie dobiją. – Już cię nie skrzywdzi, – odparł stanowczo Walera. Chłopak patrzył na niego z niedowierzaniem: – Ale wczoraj sam pan przed nimi uciekł… – Wtedy chodziło tylko o mnie i Rudego. A teraz… Nie dokończył. Co miał powiedzieć? Że trzydzieści lat temu przysięgał chronić słabszych? Że w Afganistanie uczono go – prawdziwy mężczyzna nigdy nie zostawia dziecka w potrzebie? Karetka przyjechała szybciej niż zapowiadali. Andrzej trafił do szpitala. Walera stał przy ruinach z Rudym i rozmyślał. Wieczorem przyszła mama Andrzeja – pani Teresa. Kobieta płakała, dziękowała, obiecywała, że nigdy nie zapomni. – Panie Walery, lekarze mówili, że jeszcze godzinka na mrozie i… Uratował mu pan życie! – To nie ja, – Walera pogłaskał Rudego. – To on znalazł waszego syna. – I co teraz będzie? – pani Teresa lękliwie spojrzała na drzwi. – Seba tak łatwo nie odpuści. Dzielnicowy mówi, że dowodów brak, jedno zeznanie dziecka to za mało. – Wszystko będzie dobrze, – obiecał Walera, choć sam nie wiedział jak. Nie mógł zasnąć. Myślał: co robić dalej? Jak chronić chłopca? I nie tylko jego… Ile jeszcze dzieci znosi terror tej bandy w okolicy? Rano przyszło samo rozwiązanie. Walera założył swoją dawną wojskową paradną koszulę, z medalami. Spojrzał w lustro – żołnierz jak się patrzy. Choć już nie pierwszy młody. – Chodź, Rudy. Mamy sprawę do załatwienia. Ekipa Seby jak zwykle wałęsała się pod sklepem. Gdy zobaczyli Walerę, zachichotali. – Patrzcie, dziadek na defiladę się wybrał! – ryknął jeden z dzieciaków. – Jaki bohater! Seba podniósł się z ławki, uśmiechnął kpiąco: – Co tu chcesz, emerycie? Twoje czasy minęły. – Moje czasy właśnie się zaczynają, – powiedział spokojnie Walera. – Co ty tu bojowego kombina? – Służę Polsce. Chronię słabszych przed takimi jak ty. Seba parsknął śmiechem: – Ty to poważnie? Jaka tam Polska? Jakie słabeusze? – Andrzej Misza – kojarzysz? Uśmiech zniknął z twarzy Seby. – Co ja mam pamiętać jakichś lamusów? – Powinieneś. To ostatnie dziecko w okolicy, które ucierpiało przez was. – Grozisz mi, dziadek? – Uprzedzam. Seba podszedł. W ręku zamigotał nóż. – Zaraz ci pokażę, kto tu rządzi! Walera nie drgnął. Lata minęły, lecz wojskowe nawyki pozostały. – Tu rządzi prawo. – Jakie prawo? – wywijał nożem Seba. – Ty się za kogo masz? – Za własne sumienie. I wtedy stało się coś nieoczekiwanego. Rudy, dotąd cicho siedzący, nagle się podniósł. Futro zjeżyło się na karku, z gardła wyrwał się groźny warkot. – Nawet twój kundel, – zaczął Seba, ale Walera mu przerwał: – Mój pies służył w Afganistanie, w saperach. Wywęszy każdego bandytę. To nie była prawda – Rudy to zwykły kundel. Ale Walera mówił tak przekonująco, że uwierzyli wszyscy. Nawet Rudy poczuł się ważny. – Dwudziestu zbirów znalazł. Wszyscy żywi oddani, – ciągnął Walera. – Jak myślisz, z jednym ćpunem sobie nie poradzi? Seba cofnął się. Chłopaki też zamarli. – Słuchaj uważnie, – Walera zrobił krok. – Od dziś ten rejon jest bezpieczny. Codziennie patroluję podwórka. A mój pies wyłapie każdego gówniarza. I wtedy… Nie dokończył, ale każdy zrozumiał. – Chcesz mnie przestraszyć? – Seba próbował być hardy. – Zadzwonię i… – Dzwoń, – Walera wzruszył ramionami. – Tylko pamiętaj, mam znajomych lepszych od twoich. Ilu znam za kratkami? Ilu mi wisi przysługę? To też nie była prawda, ale zabrzmiało jak złoto. Seba uwierzył. – Walera Afganiec mnie zwą, – rzucił Walera. – Zapamiętaj. I nie próbuj więcej dzieci ruszać. Odwrócił się i odszedł. Rudy kroczył dumnie obok. Za plecami zaległa cisza. Minęły trzy dni. Banda Seby prawie nie pokazywała się na osiedlu. A Walera rzeczywiście codziennie robił obchody podwórek. Rudy szedł zawsze z nim – dumny, czujny. Andrzej wyszedł ze szpitala po tygodniu. Noga wciąż bolała, ale chodzić już mógł. Od razu przyszedł do Walery. – Wujku Walera, – zagadnął – mogę chodzić z panem na obchody? – Możesz. Ale najpierw pogadaj z mamą. Pani Teresa nie miała nic przeciwko. Cieszyła się, że syn znalazł taki wzór do naśladowania. Codziennie wieczorem można było zobaczyć nietypową trójcę – starszego pana w wojskowej koszuli, chłopca i starego rudego psa. Rudy zdobywał serca wszystkich. Nawet mamy pozwalały głaskać go dzieciom, choć wiedziały, że to kundel. Było w nim coś wyjątkowego – jakby duma. Walera opowiadał dzieciom o wojsku, o prawdziwej przyjaźni. Słuchali go z zapartym tchem. Pewnego wieczoru, gdy wracali z „patrolu”, Andrzej zapytał: – Wujku Walera, bał się pan kiedyś? – Bałem, – przyznał Walera. – I nadal czasem się boję. – Czego? – Że nie zdążę. Że zabraknie sił. Andrzej pogłaskał psa: – Ja wyrosnę i będę panu pomagać. I też będę miał takiego psa. Tak samo mądrego. – Na pewno, – uśmiechnął się Walera. – Na pewno będziesz. Rudy tylko merdał ogonem. W okolicy znali go już wszyscy. Mówiono: „To pies Walery Afgańca. Rozpoznaje porządnych ludzi od drani.” I Rudy z dumą pełnił swoją służbę, wiedząc – już nie jest zwykłym kundlem. Jest obrońcą.

No, Rudy, chodź już mruknął Walerian, poprawiając prowizoryczną smycz z połatanej sznurówki. Zapiął kurtkę pod samą szyję i zadrżał z zimna. Luty tego roku był wyjątkowo paskudny śnieg mieszał się z deszczem, a wiatr przeszywał na wskroś.

Rudy kundelek z wyblakłą rudawą sierścią i ślepym okiem pojawił się w moim życiu rok temu. Wracałem wtedy z nocnej zmiany w fabryce na Pradze i zobaczyłem go przy śmietnikach. Pies był pobity, zagłodzony, a lewe oko zasnute bielmem.

Wtedy usłyszałem głos, który od razu rozpoznałem. To był Serek Kosowski, król podwórka z okolicy, jakieś dwadzieścia pięć lat na karku. Obok niego stało trzech młodzików jego paczka.

Spacerujecie, co? rzuciłem krótko, nie podnosząc wzroku.

A co, wujek, masz pozwolenie na wyprowadzanie tego pokraka? jeden z chłopaków parsknął śmiechem. Zobacz go ślepy na jedno oko!

Poleciał kamień. Trafił Rudego w bok. Pies pisnął i wtulił się w moje nogi.

Odpuszczcie, powiedziałem cicho, ale stanowczo.

Oho! Pan Złota Rączka się odezwał! Serek podszedł bliżej. Nie zapomnij, że to moje podwórko. Tu psy wyprowadza się tylko za moją zgodą.

Spiełem się. W wojsku nauczyli mnie działać szybko i zdecydowanie. Ale to było trzydzieści lat temu. Teraz byłem tylko zmęczonym ślusarzem na emeryturze, który nie szuka żadnych kłopotów.

Chodź, Rudy odwróciłem się do domu.

Tak myślałem! krzyknął za mną Serek. Następnym razem tego twojego szpetnego psa już nie będzie!

W nocy nie mogłem zasnąć, ciągle odtwarzając tę sytuację.

Następnego dnia ciężki, mokry śnieg padał od rana. Zwlekałem ze spacerem, ale Rudy siedział pod drzwiami i patrzył na mnie tak ogromnie ufnie, że nie mogłem mu odmówić.

Dobra, idziemy, ale szybko.

Szliśmy bokiem, omijając miejsca, gdzie zwykle kręcili się Serek i jego kompania. Nie było ich widać pewnie schowali się przed zimnem.

Prawie odetchnąłem z ulgą, gdy Rudy nagle zatrzymał się przy ruinach starej kotłowni. Postawił uszy, zaczął węszyć.

Co jest, staruszku?

Pies zaczął popiskiwać i ciągnął smycz w stronę gruzów. Dochodziły stamtąd jakieś dziwne dźwięki jakby płacz albo jęk.

Hej! Kto tam? zawołałem.

Cisza. Tylko wiatr wył pomiędzy murami.

Rudy uparcie ciągnął. W jego jedynym oku widziałem niepokój.

O co ci chodzi, Rudy? Co tam jest?

I wtedy wyraźnie usłyszałem dziecięcy głos:

Pomocy!

Serce mi stanęło. Odczepiłem smycz i poszedłem za Rudym w ruiny.

W zawalonej kotłowni, za stertą cegieł, leżał chłopak może dwanaście lat. Twarz we krwi, rozcięta warga, porwane ubranie.

Jezu! uklęknąłem przy nim. Co ci się stało?

Wujek Walerian? To pan?

Przyjrzałem się uważniej rozpoznałem Andrzeja Misiaka, syna sąsiadki z klatki piątej. Cichy, nieśmiały chłopak.

Andrzejku! Co się stało?

Serek i jego banda Żądali od mamy pieniędzy. Powiedziałem, że powiem policjantowi. Dali mi nauczkę

Jak długo tu leżysz?

Od rana. Bardzo zimno.

Zdjąłem kurtkę i okryłem nim chłopca. Rudy położył się przy nim, grzejąc własnym ciepłem.

Możesz się ruszyć?

Noga boli. Chyba złamana.

Delikatnie wyczułem kończynę. Ewidentny złamanie. Nie wiadomo, jak z innymi urazami.

Masz komórkę?

Zabrali.

Wyciągnąłem moją starą nokię i wykręciłem numer na pogotowie. Obiecywali być za pół godziny.

Wytrzymaj, chłopie. Zaraz tu będą.

A jak Serek się dowie, że żyję? On powiedział, że mnie do końca dobiją

Nic ci już nie zrobi powiedziałem stanowczo. Nikt cię więcej nie tknie.

Popatrzył na mnie szeroko zdziwionymi oczami:

Wczoraj sam pan przed nimi uciekł.

Wtedy chodziło tylko o mnie i Rudego. Teraz urwałem. Po co tłumaczyć? Że kiedyś przysięgałem chronić słabszych? Że w armii uczyli mnie, że człowiek nie zostawia dziecka w potrzebie?

Karetka przyjechała szybciej, niż mówiła dyspozytorka. Andrzej trafił do szpitala. Zostałem z Rudym przy ruinach, zamyślony.

Wieczorem przyszedł do mnie Andrzejkowa mama pani Stanisława Misiakowa. Zapłakana, dziękowała, łzy płynęły jej bez końca.

Panie Walerianie mówiła przez łzy, lekarze powiedzieli, że gdyby tam poleżał jeszcze godzinę Pan mu życie uratował!

Ja nie pogłaskałem Rudego. Pies pana syna znalazł.

Co teraz będzie? lękliwie spojrzała na drzwi. Przecież Serek nie odpuści. Policja mówi, że nie ma dowodów, że słowo dziecka nie wystarczy.

Będzie dobrze obiecałem, choć sam nie miałem pojęcia jak.

Nie mogłem zasnąć. Po głowie kotłowało mi się jak pomóc chłopakowi? I nie tylko jemu ilu jeszcze dzieciaków boi się Serkowej bandy?

Nad ranem wiedziałem już, co zrobię.

Założyłem moją starą mundurową marynarkę, z orderami i medalami z czasów służby. Spojrzałem w lustro stary żołnierz, ale żołnierz.

Idziemy, Rudy. Mamy zadanie.

Serkowa grupa stacjonowała jak zawsze pod sklepem. Jak zobaczyli mnie w mundurze, wybuchli śmiechem.

Patrzcie, dziadek na defiladę idzie! krzyknął jeden.

Serek zeskoczył z murka, uśmiechnął się krzywo:

Spadaj stąd, staruszku. Twój czas minął.

Właśnie się zaczyna. Odpowiedziałem spokojnie, idąc bliżej.

Zgubiłeś się tu w przebraniu, co?

Przyszedłem służyć Polsce. Chronić słabszych przed takimi jak ty.

Serkowi uśmiech zbladł.

Andrzej Misiak kojarzysz?

A co mnie obchodzą jakieś lamusy?

Powinien obchodzisz. Bo to ostatnie dziecko, które krzywdzisz na tym osiedlu.

Grozisz mi, dziadziu?

Ostrzegam cię tylko.

Serek zrobił krok do przodu. W ręce błysnęła zadziorna pałka.

Zaraz ci pokażę, kto tu rządzi!

Ani drgnąłem. Lata nie wymazały wojskowej dyscypliny.

Rządzi prawo.

Jakie prawo? Kto cię tu wybrał?

Moje sumienie.

Wtedy wydarzyło się coś nieoczekiwanego. Rudy, do tej pory spokojny, nagle się napuszył, podniósł grzbiet, zawarczał głucho.

Twój kundel zaczął Serek.

Mój pies był żołnierzem przerwałem. Służył w jednostce odnajdującej miny. Bandyty wyczuwa na kilometr.

To nie była prawda. Ale mówiłem to tak, że wszyscy uwierzyli nawet Rudy poczuł się ważny, dumnie odsłonił zęby.

Dwadzieścia przestępców namierzył i wszystkich żywych dorwał kontynuowałem. Myślisz, że z tobą by sobie nie poradził?

Serek zaczął się cofać. Jego pachołki wlepili we mnie wzrok.

Słuchaj uważnie powiedziałem. Od dziś będzie tu bezpiecznie. Codziennie robię obchód po wszystkich podwórkach. Rudy będzie z nami. Jak zobaczę choćby cień bandyterki

Urwałem. Nie trzeba było kończyć.

Chcesz mnie zastraszyć? próbował Serek Jednym telefonem

Dzwoń do kogo chcesz uciąłem. Mam lepsze kontakty od ciebie. Wiem, ile osób zawdzięcza mi przysługę.

To też nie była prawda. Ale on uwierzył.

Nazywam się Walerian z Afganistanu dokończyłem. Zapamiętaj. I nie podnoś ręki na dzieci.

Odwróciłem się i odszedłem. Rudy szedł przy mnie, dumnie podniesiony ogon.

Za plecami zapadła cisza.

Minęły trzy dni. Serek ze swoją bandą prawie nie było widać na osiedlu.

Naprawdę zaczęliśmy z Rudym codzienne obchody podwórek. Rudy szedł przy mnie uważnie, z powagą.

Andrzej wyszedł ze szpitala po tygodniu. Noga jeszcze bolała, ale mógł już chodzić. Od razu przyszedł mnie odwiedzić.

Wujku Walerianie, mogę z panem chodzić na te patrole? zapytał.

Możesz. Ale najpierw pogadaj z mamą.

Pani Stanisława nie miała nic przeciwko. Była raczej szczęśliwa, że jej syn znalazł taki wzór.

Od tego czasu codziennie wieczorem widać było naszą trójkę: starszy mężczyzna w mundurze, chłopak i stary rudzielec. Rudy podobał się wszystkim dzieciom nawet mamy pozwalały go głaskać, chociaż widziały, że to zwykły kundel. Ale miał w sobie coś godnego.

Opowiadałem dzieciakom o wojsku, o prawdziwej przyjaźni. Słuchały z zapartym tchem.

Pewnego wieczoru Andrzej zapytał:

Wujku, czy pan kiedyś się bał?

Bałem szczerze odpowiedziałem. Teraz też czasem się boję.

Czego?

Że nie zdążę komuś pomóc. Że zabraknie mi sił.

Andrzej pogłaskał Rudego:

Jak dorosnę, będę pańskim pomocnikiem. I też będę miał psa. Najmądrzejszego.

Będziesz miał uśmiechnąłem się. Na pewno będziesz.

Rudy machnął ogonem.

Na osiedlu wszyscy już go znali. Mówili: To pies Waleriana z Afganistanu. On wie, kto bohater, a kto łobuz.

A Rudy dumnie pełnił służbę, bo wiedział, że już nie jest tylko zwyczajnym kundelkiem. Teraz był prawdziwym obrońcą.

Rate article
Fajna Tajna
– No, Rudy, idziemy już… – mruknął Walera, poprawiając prowizoryczną smycz ze starej linki. Zapiął kurtkę pod samą szyję i zadrżał. W tym roku luty był wyjątkowo wredny – śnieg z deszczem, wiatr przewiewał na wskroś. Rudy – kundel z wyblakłą rudawą sierścią i jednym ślepym okiem – pojawił się w jego życiu rok temu. Walera wracał z nocnej zmiany w fabryce i zobaczył go przy śmietnikach. Pies był pobity, głodny, a lewe oko miał zamglone. Głos przeszył nerwy. Walera rozpoznał mówiącego – Seba Suseł, lokalny „człowiek z zasadami”, jakieś dwadzieścia pięć lat. Obok niego stało trzech nastolatków – jego „ekipa”. – Spacerek? – rzucił krótko Walera, nie podnosząc wzroku. – Ty, wujek, płacisz podatki za wyprowadzanie tego szkaradztwa? – zaśmiał się jeden z dzieciaków. – Patrzcie, jakie straszydło – to oko okrągłe! Poleciał kamień. Trafił Rudego w bok. Pies zapiszczał, przywarł do nogi pana. – Odwalcie się, – powiedział cicho Walera, ale w głosie zabrzmiał stalowy ton. – Oho! Wujek Majster się odzywa! – Seba podszedł bliżej. – Nie zapomniałeś, że to mój rewir? Tutaj pieski chodzą za moim pozwoleniem. Walera się napiął. W wojsku nauczyli go rozwiązywać problemy szybko i stanowczo. Ale to było trzydzieści lat temu. Teraz był już zmęczonym emerytem, któremu nie zależało na kłopotach. – Chodź, Rudy, – odwrócił się w stronę domu. – No właśnie! – krzyknął za nim Seba. – Następnym razem twojego pokraka wykończę! Noc spędził Walera bez snu, wciąż odtwarzając tę scenę w pamięci. Następnego dnia padał mokry śnieg. Długo zwlekał z wyjściem, ale Rudy siedział przy drzwiach i patrzył tak wiernie, że nie sposób było odmówić. – No, dobra, tylko szybciutko. Omijali znane miejsca „zbiórek”. Seby nigdzie nie było widać – najwyraźniej kryli się przed pogodą. Walera już się rozluźnił, gdy Rudy nagle zatrzymał się przy ruinach starej kotłowni. Nastawił jedno ucho, wciągnął powietrze. – Co jest, staruszku? Pies zapiszczał i pociągnął w stronę ruin. Słychać było dziwne dźwięki – jakby płacz, jęki. – Hej! Kto tam? – zawołał Walera. Cisza. Tylko wiatr zawodził pomiędzy murami. Rudy nie odpuszczał, szarpał smycz. W jego jedynym oku czaił się niepokój. – Co tam masz? – Walera kucnął przy psie. I wtedy wyraźnie usłyszał dziecięcy głos: – Pomocy! Serce mu stanęło. Odczepił smycz i poszedł za Rudym. W zrujnowanym pomieszczeniu za stertą cegieł leżał chłopiec, jakieś dwanaście lat. Twarz podbita, warga rozcięta, ubrania podarte. – Jezu! – Walera przykucnął przy chłopaku. – Co się stało? – Wujku Walera? – chłopiec ledwo otworzył oczy. – To pan? Walera przyjrzał się uważniej. Poznał go – Andrzej Misza, syn sąsiadki z piątej klatki. Cichy, nieśmiały chłopak. – Andrzej! Co się wydarzyło? – Seba i jego banda, – zaszlochał chłopak. – Chcieli od mamy kasy. Powiedziałem, że powiem dzielnicowemu. Dorwali mnie… – Długo tu leżysz? – Od rana. Strasznie zimno. Walera zdjął kurtkę, przykrył Andrzeja. Rudy podszedł bliżej, położył się, grzejąc go swoim ciałem. – Możesz wstać? – Noga boli. Chyba złamana. Walera delikatnie obmacał nogę. Złamana. I nie wiadomo, co jeszcze w środku po takim traktowaniu. – Masz telefon? – Zabrali. Walera wyciągnął stary telefon i zadzwonił po pogotowie. Ekipa miała być za pół godziny. – Wytrzymaj, młody. Zaraz będą lekarze. – A jak Seba się dowie, że żyję? – spytał przerażonym głosem Andrzej. – Powiedział, że mnie dobiją. – Już cię nie skrzywdzi, – odparł stanowczo Walera. Chłopak patrzył na niego z niedowierzaniem: – Ale wczoraj sam pan przed nimi uciekł… – Wtedy chodziło tylko o mnie i Rudego. A teraz… Nie dokończył. Co miał powiedzieć? Że trzydzieści lat temu przysięgał chronić słabszych? Że w Afganistanie uczono go – prawdziwy mężczyzna nigdy nie zostawia dziecka w potrzebie? Karetka przyjechała szybciej niż zapowiadali. Andrzej trafił do szpitala. Walera stał przy ruinach z Rudym i rozmyślał. Wieczorem przyszła mama Andrzeja – pani Teresa. Kobieta płakała, dziękowała, obiecywała, że nigdy nie zapomni. – Panie Walery, lekarze mówili, że jeszcze godzinka na mrozie i… Uratował mu pan życie! – To nie ja, – Walera pogłaskał Rudego. – To on znalazł waszego syna. – I co teraz będzie? – pani Teresa lękliwie spojrzała na drzwi. – Seba tak łatwo nie odpuści. Dzielnicowy mówi, że dowodów brak, jedno zeznanie dziecka to za mało. – Wszystko będzie dobrze, – obiecał Walera, choć sam nie wiedział jak. Nie mógł zasnąć. Myślał: co robić dalej? Jak chronić chłopca? I nie tylko jego… Ile jeszcze dzieci znosi terror tej bandy w okolicy? Rano przyszło samo rozwiązanie. Walera założył swoją dawną wojskową paradną koszulę, z medalami. Spojrzał w lustro – żołnierz jak się patrzy. Choć już nie pierwszy młody. – Chodź, Rudy. Mamy sprawę do załatwienia. Ekipa Seby jak zwykle wałęsała się pod sklepem. Gdy zobaczyli Walerę, zachichotali. – Patrzcie, dziadek na defiladę się wybrał! – ryknął jeden z dzieciaków. – Jaki bohater! Seba podniósł się z ławki, uśmiechnął kpiąco: – Co tu chcesz, emerycie? Twoje czasy minęły. – Moje czasy właśnie się zaczynają, – powiedział spokojnie Walera. – Co ty tu bojowego kombina? – Służę Polsce. Chronię słabszych przed takimi jak ty. Seba parsknął śmiechem: – Ty to poważnie? Jaka tam Polska? Jakie słabeusze? – Andrzej Misza – kojarzysz? Uśmiech zniknął z twarzy Seby. – Co ja mam pamiętać jakichś lamusów? – Powinieneś. To ostatnie dziecko w okolicy, które ucierpiało przez was. – Grozisz mi, dziadek? – Uprzedzam. Seba podszedł. W ręku zamigotał nóż. – Zaraz ci pokażę, kto tu rządzi! Walera nie drgnął. Lata minęły, lecz wojskowe nawyki pozostały. – Tu rządzi prawo. – Jakie prawo? – wywijał nożem Seba. – Ty się za kogo masz? – Za własne sumienie. I wtedy stało się coś nieoczekiwanego. Rudy, dotąd cicho siedzący, nagle się podniósł. Futro zjeżyło się na karku, z gardła wyrwał się groźny warkot. – Nawet twój kundel, – zaczął Seba, ale Walera mu przerwał: – Mój pies służył w Afganistanie, w saperach. Wywęszy każdego bandytę. To nie była prawda – Rudy to zwykły kundel. Ale Walera mówił tak przekonująco, że uwierzyli wszyscy. Nawet Rudy poczuł się ważny. – Dwudziestu zbirów znalazł. Wszyscy żywi oddani, – ciągnął Walera. – Jak myślisz, z jednym ćpunem sobie nie poradzi? Seba cofnął się. Chłopaki też zamarli. – Słuchaj uważnie, – Walera zrobił krok. – Od dziś ten rejon jest bezpieczny. Codziennie patroluję podwórka. A mój pies wyłapie każdego gówniarza. I wtedy… Nie dokończył, ale każdy zrozumiał. – Chcesz mnie przestraszyć? – Seba próbował być hardy. – Zadzwonię i… – Dzwoń, – Walera wzruszył ramionami. – Tylko pamiętaj, mam znajomych lepszych od twoich. Ilu znam za kratkami? Ilu mi wisi przysługę? To też nie była prawda, ale zabrzmiało jak złoto. Seba uwierzył. – Walera Afganiec mnie zwą, – rzucił Walera. – Zapamiętaj. I nie próbuj więcej dzieci ruszać. Odwrócił się i odszedł. Rudy kroczył dumnie obok. Za plecami zaległa cisza. Minęły trzy dni. Banda Seby prawie nie pokazywała się na osiedlu. A Walera rzeczywiście codziennie robił obchody podwórek. Rudy szedł zawsze z nim – dumny, czujny. Andrzej wyszedł ze szpitala po tygodniu. Noga wciąż bolała, ale chodzić już mógł. Od razu przyszedł do Walery. – Wujku Walera, – zagadnął – mogę chodzić z panem na obchody? – Możesz. Ale najpierw pogadaj z mamą. Pani Teresa nie miała nic przeciwko. Cieszyła się, że syn znalazł taki wzór do naśladowania. Codziennie wieczorem można było zobaczyć nietypową trójcę – starszego pana w wojskowej koszuli, chłopca i starego rudego psa. Rudy zdobywał serca wszystkich. Nawet mamy pozwalały głaskać go dzieciom, choć wiedziały, że to kundel. Było w nim coś wyjątkowego – jakby duma. Walera opowiadał dzieciom o wojsku, o prawdziwej przyjaźni. Słuchali go z zapartym tchem. Pewnego wieczoru, gdy wracali z „patrolu”, Andrzej zapytał: – Wujku Walera, bał się pan kiedyś? – Bałem, – przyznał Walera. – I nadal czasem się boję. – Czego? – Że nie zdążę. Że zabraknie sił. Andrzej pogłaskał psa: – Ja wyrosnę i będę panu pomagać. I też będę miał takiego psa. Tak samo mądrego. – Na pewno, – uśmiechnął się Walera. – Na pewno będziesz. Rudy tylko merdał ogonem. W okolicy znali go już wszyscy. Mówiono: „To pies Walery Afgańca. Rozpoznaje porządnych ludzi od drani.” I Rudy z dumą pełnił swoją służbę, wiedząc – już nie jest zwykłym kundlem. Jest obrońcą.