No i masz ci los – Anka zachciało się rodzić właśnie w śnieżycę! Przecież według terminu jeszcze trzy tygodnie do porodu, a wtedy może i zawieja by ucichła, mrozy by nastały, można by spokojnie do szpitala jechać. Ale nie, jej akurat teraz się zebrało!

I kto to widział, żeby Zosia zaczęła rodzić akurat w zamieci śnieżnej. Przecież według wyliczeń miała jeszcze trzy tygodnie czekać, a tam, patrz pan, może by się i śnieżyca uspokoiła, mrozik przyszedł, można by było do szpitala jechać. Ale nie, teraz jej się zachciało! A tak szczerze, to nie jej, tylko temu, kto w niej mieszkał. Malec się spieszy, zrobiło mu się ciasno, a ta śnieżyca szaleje i ma to gdzieś.

W taką pogodę żaden samochód nie dojedzie do wioski, zasypało tak, że ludzie zapadają się w śnieg po pas. Śnieg nie ustaje, tylko sypie i sypie, jakby Bóg rozsypał na niebie worek z mąką. Jak wyjrzysz przez okno, wszędzie biało, białe wiry wirują. A jak już musisz wyjść na podwórko, nie da się oczu otworzyć; wiatr siecze w twarz, oczy przysypuje śniegiem.

W takiej zamieci maluch postanowił pojawić się na świecie.

Od rana Zosia czuła się inaczej: to ją w krzyżu ciągnęło, to znowu chciało się położyć, ale jak się położy, to miejsce niewygodne, wstaje i chodzi, chodzi. Teściowa zauważyła, że córka plącze się po domu:

Zosiu, czy ty czasem nie na poród się szykujesz? Co tak się miotasz?

Nie wiem, mamo, coś się niepokoję.

Pokaż brzuszek.

Teściowa na babskich sprawach raczej nie znała się za dobrze, bo teraz lekarze, szpitale i wszystko takie nowoczesne; kto tam dzisiaj akuszerki uczy? U nich we wsi tylko jedna została, a jak była młoda, to były trzy.

Brzuszek jakby opadł, Zosia. Malec na świat się pcha.

Ale jak to, mamo? Przecież jeszcze za wcześnie!

Od nas to nie zależy, kochanie. Jak Pan Bóg zechce, tak będzie.

Zosi łzy podeszły do oczu, bo pierwsze dziecko, strach, nic nie rozumie, a nie ma kto wytłumaczyć. Teściowa sama tylko jednego syna urodziła, i to dawno, już dobrze nie pamięta.

Zosia, pójdę po babcię Weronikę. Wodę nastaw na herbatę, jak się zagotuje, to zdejmij. Jeśli masz siły, wyjmij czyste ręczniki i prześcieradła, wiesz gdzie są. Wszystko przygotuj, ale nie przemęczaj się, jeśli ci źle. Ja jak rodziłam Andrzeja, babcia Weronika kazała mi chodzić i oddychać głęboko. Mówiła, że rozwarcie tak szybciej idzie, zawiązywała chustę na głowie, po drodze jeszcze do twojej mamy, Haliny, zajdę. Trzymaj się, córeczko, babcia Weronika zna się na rzeczy. Dawniej z innych wsi do niej przyjeżdżali, i nasze wszystkie dzieci przy niej się rodziły. Dobra jest.

Tymi słowami narzuciła płaszcz, chwyciła kij od łopaty i ruszyła w śnieżycę.

Zosia została sama. Przerażenie narosło: jeśli teraz zacznie rodzić, a tu nikogo? Jak teściowa przebrnie przez śniegi, a jak się przewróci? A jak mama nie zdąży? Ale przecież co by miało ją zatrzymać?

Najważniejsze nie wiedziała, co robić. Zrozumiała jedno trzeba chodzić i głęboko oddychać. Ale jak oddychać, gdy co chwila ból zatka oddech na pół drogi?

Ech, Andrzeja nie ma przy niej, żeby wsparł, powiedział, że da radę, że on tu będzie, jak trzeba. Przez tę przeklętą zamieć nie może wrócić z miasta, żaden autobus nie jeździ, drogi zasypało. Nawet nie wie, że zaraz zostanie ojcem. A jak bardzo boli w krzyżu!

Z trzaskiem drzwi do sieni wpada mama Zosi, Halina, oszroniona, zadyszana.

Córeczko! Zosieńka! Teściowa powiedziała, że rodzić będziesz.

Tak, mamo.

Już idę do ciebie, już! Przywiozłam suszonych wiśni, zaraz zaleję, kompocik wypijesz. Wodę przyniosłam…

Po godzinie wróciła i teściowa z babcią Weroniką. Akuszerka pomarszczona, szybka babuleńka obejrzała Zosię i orzekła:

Do rana urodzi.

Jak do rana? zdziwiła się Zosia. Przecież jeszcze nawet południa nie ma.

To, kochanie, były objawy. Niekiedy nawet kilka dni przed porodem się to zaczyna. Teraz rozwarcie jest, ale jeszcze tylko na pół palca. Nie spiesz się, jutro urodzisz. Ja wrócę do siebie.

Zostań, babciu Weroniko poprosiła Zosia. Tylko ty się znasz i będzie mi spokojniej.

Babcia, która widziała w życiu setki porodów, pożałowała dziewczynę:

Dobrze, posałam u was. Kiedy matka spokojniejsza, dziecko szybciej przychodzi.

Zosia nie spodziewała się, że te pierwsze objawy to tak naprawdę tylko przedsmak. Potem zaczęło się prawdziwe kwitnienie na które nie była przygotowana.

Ból taki, jakby ją rozdzierano od środka, nie mogła złapać tchu, nie mogła ustać. Leżeć sił brak, chodzić nie da rady tylko ból, wszystko wymazany, cały świat.

Teściowa z Haliną nie wiedziały, co robić, pomóc nie umiały, zostawić też nie. Przechadzały się, ochotały, żałowały Zosię. Akuszerka wygoniła je prasować pościel, żeby nie przeszkadzały.

W nocy wszystko ucichło. Babcia Weronika sprawdziła cztery palce otwarte. Wolno idzie, bo pierwszy raz, niechodzone ścieżki, malcowi trudno. Zosie jeszcze trudniej, brak sił. Gdy skurcze na chwilę ustały, zjadła coś. Babcia Weronika ułożyła ją do snu, by choć trochę odpoczęła.

A zamieć szalała jeszcze mocniej za oknem.

O czwartej rano Zosia poderwała się ciemno, babcia Weronika pochrapuje.

Panie Boże, pomóż szeptała do ikon na ścianie niech malec szybciej przyjdzie na świat.

I znowu wszystko się zaczęło: taki ból, że nic nie widziała. Babcia się obudziła, spojrzała pięć palców rozwarcia. Długo, ale to normalne przy pierwszym porodzie. Wytrzyma.

Kiedy na dworze świt wstał, Zosia była już bez sił, koszula przylepiona do ciała, włosy poplątane, oczy zamglone.

Jeszcze odrobinkę mówi akuszerka, już maluszek tuż obok.

Babciu, pomóż, szepnęła Zosia, Babo, pomóż, Babciu!

Zosiu, co ty? zmartwiła się mama. Nie ma tu Babci, zwiduje ci się? wyjaśniła cicho teściowej Babcią nazywa swoją prababkę, zawsze się tak zwracała. Babcia Zofia najbardziej ją kochała ze wszystkich prawnuków, pierwsza prawnuczka, aż serce rosło.

Zosiu, już widać główkę. Trzymaj się, kochanie, jeszcze raz, postaraj się. Zrób tak… Pu-pu-puf akuszerka oddycha z nią.

Zosia krzyczy, napina się, oddycha, i znów krzyczy.

Babciu, pomóż, już nie mogę! westchnęła i urodziła maluszka prosto w pomarszczone dłonie babci Weroniki.

Może to ostatni, którego przyjmuję, pomyślała babcia z lekkim uśmiechem do nowego życia. Delikatnie położyła dziecko na brzuchu Zosi:

Chłopiec, Zosiu, chłopiec szepnęła jej zobacz jaki śliczny synuś ci się urodził. Jaki głosik, pewnie prezesem kiedyś będzie, wszyscy wokół tańczyć będą.

Zosia płakała ze szczęścia, całowała malutkie paluszki. Jak się takie cudo w niej zmieściło? Oj! Szkoda, że Andrzeja nie ma, zobaczyłby jaki piękny synek, najpiękniejszy na świecie.

Krzyś… mój Krzysio szeptała.

Jak Krzyś? zdziwiła się teściowa Przecież mówiłaś, że jak będzie chłopiec, to będzie Maciek.

Ale nie, to nie Maciek, to Krzysztof uśmiecha się Zosia Krzysztof Andrzejewicz.

Babcia Weronika zrobiła co trzeba, zmęczona szykowała się do wyjścia. Choć to wielka radość witać nową duszę, to i siły już nie te. Teraz to i jej samej przydałby się porządny sen, tylko jak tu przejść przez zaspy w domu.

Zosia z synkiem zasnęli, Halina też zaczęła się szykować do wyjścia: prawie dobę w gościach była. Zawinęła się w chustę, z teściową się pożegnała i wyszła.

Patrz, śnieżyca odpuszcza, śnieg już nie w płatkach, tylko jakby mąką prószy, może już całkiem minie. Może i Andrzej jutro, pojutrze wróci. Prawie już do domu doszła.

A zajdę, myśli, do Babci Zofii, powiem jej dobrą nowinę. Może czego potrzebuje, może chleba jej brak, choć ostatnio niosłam, a babcia Zofia mało je.

Prababcia męża, czyli prababcia Zosi, mieszka dwa domy dalej, stara już, na lato kończy dziewięćdziesiąt trzy. Od dawna sama, do nich nie chce się przeprowadzić, ale w ciszy jakoś sobie radzi, no i sąsiadki blisko, pomagają, dożywiają.

Ledwo otworzyła furtkę, widać, że Andrzej wczoraj tu był, łopata stoi przy płocie. Przebijała się przez śnieg do drzwi, zamieść ganku, wpadła do środka.

Babciu Zofio, babciu Zofio, woła, tupiąc, strzepując śnieg z butów. Głośno trzeba, bo babcia słabo słyszy. Babciu Zofio, to ja, Halina, zajrzałam do ciebie.

Nikt nie odpowiada, babcia śpi. Zdjęła płaszcz, zdjęła buty, weszła do pokoju i…

Na łóżku leży Babcia, ręce złożone na piersiach, sama się w czyste ubrała. Halina od razu zauważyła, bo tej sukienki jeszcze nie widziała, chustka śnieżnobiała, też nówka. Podeszła bliżej, otarła łzę, przymknęła powieki staruszki.

Widzi, że na stoliku stoi fotografia Zosi, obok ikonka świętego Krzysztofa i kadzidełko.

Dziękuję ci, Babciu, pomogłaś Zosi. Urodziła synka. Krzysiem go nazwała. Ale ty już wszystko wiesz, Babciu ucałowała pomarszczony policzek dziękuję ci…

Rate article
Fajna Tajna
No i masz ci los – Anka zachciało się rodzić właśnie w śnieżycę! Przecież według terminu jeszcze trzy tygodnie do porodu, a wtedy może i zawieja by ucichła, mrozy by nastały, można by spokojnie do szpitala jechać. Ale nie, jej akurat teraz się zebrało!