No cóż, jest brzydki i niepotrzebny, więc wyrzuciłem go. Serce mamy prawie przestało bić. Tata wybiegł na dwór, by szukać dziecka.

Dzisiaj znów długo siedziałam wieczorem przy oknie, patrząc na światła Krakowa i rozmyślając o swoim życiu. Niedawno postanowiłam zrobić coś dobrego taki polski gest, jak dawniej. Zebrałam więc wszystkie rzeczy, które już dawno zajmowały miejsce w mojej szafie, a tylko mnie irytowały: bluzki z haftem, spódnice w kwiaty, kilka kapeluszy, sukienki po mamie. Wszystko wrzuciłam do jednej dużej torby, żeby zanieść to do parafii św. Anny. Pomyślałam, może ktoś biedniejszy, może jakaś rodzina uchodźców z Ukrainy, skorzysta. Czasem proste rzeczy znaczą więcej, niż myślimy.
Torba stała przy drzwiach i już miałam ją zanieść rano na plebanię, bo po zmierzchu wolałam nie wychodzić na miasto. Po tej decyzji poszłam spać, z uczuciem dobrze spełnionego obowiązku.
I tej nocy przyśnił mi się bardzo nietypowy sen.
Czułam, jakbym na chwilę opuściła ciało. Widziałam swoje mieszkanie nasze stare meble, pachnący pokój ale wszystko było dziwnie jasne, rozświetlone, samo powietrze wydawało się białe i lekkie. Stałam pośrodku z tą torbą w dłoni i wtedy przez pokój przemknęła malutka dziewczynka w białej sukience, może Wioletta, imię, które tylko u nas się spotyka.
Zobaczyła torbę i zapytała słodkim głosem:
Co trzymasz w tej torbie, proszę pani?
Uśmiechnęłam się:
Zebrałam ubrania, które już mi się nie przydadzą. Zaniosę je potrzebującym, może ktoś przy kościele będzie wdzięczny.
Dziewczynka spojrzała na torbę z troską i powiedziała:
Ale ta torba nieładnie wygląda, jest trochę brudna. Wypierz ją, zanim zaniesiesz.
Dobrze, dziecko odpowiedziałam łagodnie.
Naprawdę nie zapomnij, proszę uśmiechnęła się szeroko i zniknęła bez śladu.
Obudziłam się spocona i zmieszana. Czy to był anioł? A może tylko sen z powodu wyrzutów sumienia? Spojrzałam na torbę faktycznie wygrzebałam ją kiedyś z piwnicy, miała parę plam. Postanowiłam, że jeszcze dziś ją wypiorę, zanim oddam. Wyjęłam wszystkie rzeczy, szybko uprałam torbę, i powiesiłam ją na sznurku za oknem, żeby wyschła na świeżym powietrzu.
Myślałam: Pewnie ktoś się ze mnie śmiałby, taka staruszka, przesądy, aniołki A jednak po tym wszystkim, co zaraz się wydarzyło, uwierzyłam, że nie wszystko jest przypadkiem.
W tej samej kamienicy, tylko piętro wyżej, mieszkała rodzina z dwójką dzieci Jaś i nowo narodzony chłopiec, Filip. Rodzice, bardzo tradycyjni, postanowili urządzić rodzinne przyjęcie z okazji narodzin drugiego syna. Zaprosili ciocie, sąsiadki, garść rodzeństwa i znajomych. Każdy przynosił prezent, gratulował, cieszył się z młodego Polaka.
Ale, jak to czasem u nas bywa, rodzice uprzedzili wszystkich, żeby nie chwalić ani nie przytulać nowego dziecka, żeby nie zapeszyć, bo przesądy są silne. Mówili: Nie wolno mówić, że piękny. Lepiej odwrócić magię, powiedzieć, że brzydki. No i wszyscy zaczęli powtarzać, jak z nut:
Jakiż ten Filip brzydki, o rety, nie patrzmy na niego
I machali ręką niby z obrzydzeniem. Rodzice odetchnęli. Przesąd spełniony.
Jaś, starszy brat, cicho obserwował całą scenę z korytarza. Patrzył, jak wszyscy okazują niechęć jego młodszemu braciszkowi. Jego dziecięca logika uprościła sprawę: skoro Filip jest brzydki i niepotrzebny, to po co on jest?
W głowie przeleciała mu myśl, jakby się bawił swoimi plastikowymi samochodami te też często wyrzucał z balkonu. Bez wahania chwycił Filipa i popędził na balkon. Rozejrzał się, czy nikt nie patrzy, i po prostu rzucił brata w dół.
Gdy znajoma opowiedziała mi co się wtedy wydarzyło, miałam chwilę, kiedy przestałam oddychać. To byłby dramat i tragedia, gdyby nie łaska Boża i ta wysuszona na balkonie torba.
Bo dokładnie w tej samej chwili, gdy Jaś wyrzucił brata z czwartego piętra, torba, powieszona przeze mnie na sznurku, zamortyzowała upadek malucha. Leżał w niej cały i zdrowy, tylko trochę zawstydzony własną przygodą.
Rodzice szybko zorientowali się, że coś jest nie tak, bo zrobiło się nagle cicho. Pobiegli do pokoju, nie było Filipa. Zapytali starszego syna on, całkiem szczerze, powtórzył:
On był brzydki i niepotrzebny. Więc go wyrzuciłem.
Matka niemal zemdlała, ojciec wybiegł na podwórko. I zobaczył: Filip cały, siedzi w torbie na sznurku, a obok stara sąsiadka powtarza: Ave Maria, co za cud!
Rodzice nie mogli powstrzymać łez. Dziękowali mi, jakby to ode mnie zależało życie ich syna, a nie z wysoka. Przez grzeczność nikt nie wspomniał, że Bóg może maczał w tym palce, choć ja dobrze rozumiałam, że tak właśnie było. Bez tej wizji anioła z mojego snu przecież nigdy bym nie wyprała tej torby.
Czemu Polacy tak niechętnie dziękują Bogu, wolą mówić: Ale mieliśmy szczęście? O tym dużo myślałam tego dnia. Każdy pewnie ma swoją odpowiedź. U mnie jedyne, czego jestem pewna nie wierzę w przypadki. Dziękuję wyłącznie Bogu, bo prawdziwe cuda nigdy nie dzieją się bez Jego zgody.

Rate article
Fajna Tajna
No cóż, jest brzydki i niepotrzebny, więc wyrzuciłem go. Serce mamy prawie przestało bić. Tata wybiegł na dwór, by szukać dziecka.