Dawno temu w Krakowie żyła sobie starsza pani, pani Zofia Wysocka. Postanowiła pewnego dnia zrobić coś dobrego dla innych. Przejrzała wszystkie swoje rzeczy w mieszkaniu, większości już nie używała piękne bluzki, wełniane swetry, spódnice w kwiaty, letnie kapelusze. Leżały tylko na półkach, nie dawały jej spokoju i zajmowały miejsce. Zaniosę to wszystko do kościoła pomyślała może komuś się przyda, może skorzystają bezdomni albo rodziny w potrzebie.
Zapakowała wszystko do dużej torby z supermarketu i postawiła ją w rogu pokoju. Stwierdziła, że zaniesie ją jutro po mszy, i położyła się spać.
Tej nocy przyśnił jej się niezwykły sen.
Wydało się jej, jakby dusza opuściła ciało i wszystkiemu przyglądała się z góry. W mieszkaniu zrobiło się jasno i spokojnie, czuła pokój i szczęście. Zobaczyła siebie stojącą pośrodku pokoju, trzymającą torbę z rzeczami przeznaczonymi na dar dla biednych. Nagle przed nią pojawiła się mała dziewczynka o imieniu Jagusia.
Co pani trzyma w torbie? zapytała dziewczynka cichym głosem.
Starsza pani się uśmiechnęła.
Spakowałam rzeczy, które mi już niepotrzebne. Chcę oddać je potrzebującym. Jutro zaniosę je do kościoła na ul. Grodzkiej.
Jagusia spojrzała na torbę i rzekła:
Proszę pani, torba nie wygląda zbyt schludnie. Jest trochę brudna. Czy może ją pani wyprać, zanim ją zaniesie?
Dobrze, wypiorę ją zgodziła się Zofia.
Proszę nie zapomnieć powiedziała dziewczynka, uśmiechnęła się i rozpłynęła się w powietrzu.
Zofia obudziła się rano, wciąż pod wpływem snu. Zaraz wstała z łóżka i spojrzała na torbę. Wyjęła wszystko i stwierdziła, że faktycznie warto by ją przeprać. Może to głupie, może to tylko sen, ale nie zaszkodzi zrobić to dla spokoju sumienia.
Możecie uznać, że to śmieszne, lub że starsza pani była zbyt przesądna sama tak myślałam. Ale posłuchajcie, co wydarzyło się potem.
W tym samym bloku, tylko piętro wyżej, mieszkała rodzina Nowaków. Parę dni wcześniej urodził im się synek ich drugie dziecko. Na powitanie przyszli liczni goście: ciotki, sąsiedzi, kuzynki, dopytywali o zdrowie, składali gratulacje, przynosili prezenty pieluszki, śpioszki, misie z Cepelii. Rodzice byli bardzo ostrożni, nie pozwalali gościom chwalić urody chłopczyka bali się złego oka. Zamiast radości, wszyscy żartobliwie powtarzali:
Jakiż brzydal! Boże, jaki brzydki, nie da się patrzeć!
Każdy po kolei rzucał takie słowa, przekonany, że to ochroni dziecko przed pechem. Następnie wszyscy udali się do kuchni na sernik i herbatę.
Starszy syn, siedmioletni Wiesio, słuchał wszystkiego z boku. Nie rozumiał, dlaczego wszyscy mówią o braciszku coś tak przykrego. W końcu pomyślał: skoro braciszek jest taki zły i nikt go nie chce, to może najlepiej, żeby… zniknął?
Nie zastanawiając się długo, złapał niemowlę i pobiegł na balkon. Rozejrzał się, po czym… upuścił braciszka, jak raz wyrzucił swojego starego misia.
Gdy to usłyszałam później, nogi ugięły się pode mną. To była chwila, w której mogło wydarzyć się coś niewyobrażalnie tragicznego.
Ale właśnie wtedy, gdy los dziecka wisiał na włosku, wydarzył się cud.
Nasz los, proszę państwa, czasem naprawdę zależy od drobiazgów. Pani Zofia, która poprzedniego wieczora uprała torbę, wywiesiła ją właśnie przez okno na sznurku do wyschnięcia. W tej samej chwili maleństwo z góry spadło… i wylądowało prosto w miękkiej torbie, która zamortyzowała upadek.
Chwilę później rodzice zorientowali się, że coś jest nie tak w domu nastała podejrzana cisza. Pobiegli sprawdzić, a Wiesio stał na balkonie i ze spokojem powiedział:
Mówiliście, że jest brzydki i niepotrzebny, więc go wyrzuciłem.
Matce serce niemal stanęło, a ojciec w panice pobiegł na podwórko. Ku niedowierzaniu, dziecko leżało całe i zdrowe w torbie na sznurku u sąsiadki. Uratowane w ostatniej chwili.
Rodzice płakali z radości i dziękowali Starszej Pani. O Bogu nie wspominał nikt poza Zofią, która wierzyła, że taki cud nie zdarza się przypadkiem. Wiedziała już, że niewinne sny czasem prowadzą nas do wielkich czynów.
Dlaczego ludzie myślą, że to tylko szczęście? Czemu nie dostrzegają znaków od losu albo nie dziękują Bogu? Nad tym zastanawiałam się długo. Może każdy ma własną odpowiedź. Ale jedno wiem na pewno w życiu nie ma przypadków, a dobro zawsze do nas wraca. Warto więc nawet drobne rzeczy robić z dobrego serca, bo nigdy nie wiadomo, kiedy okażą się ratunkiem dla kogoś innego.


