Nikt ich nie wyrzucał, mówiliśmy to mamie mojej i Piotrka, sami jakoś nie chcieli zostać! Niech przyjeżdżają! Będziemy się cieszyć!
Siedź! Nie ma nas w domu! powiedział Piotr spokojnie.
Ale ktoś dzwoni! zawahałam się, wstając z kanapy.
Niech dzwoni, odpowiedział Piotr.
A jeśli to ktoś ważny? zapytałam nieśmiało. Może w jakiejś sprawie?
Sobota, dwunasta. Piotr rzucił. Ciebie nikt nie zapraszał, ja nikogo nie oczekuję. Wniosek?
Tylko zerknę przez wizjer! szepnęłam.
Siedź! W jego głosie była stal. Nie ma nas w domu! Kto by tam nie stał, niech wraca skąd przyszedł!
Skąd wiesz, kto tam jest? zapytałam.
Domyślam się, dlatego mówię, żebyś nie kręciła się przy oknie!
Jeśli to te osoby, o których myślę, tak łatwo się nie poddadzą! powiedziałam, wzruszając ramionami.
To zależy, ile czasu będziemy ignorować dzwonek, odparł spokojnie Piotr. W końcu pójdą.
I tak przecież, nikt nie będzie nocował na klatce. Nam nigdzie się nie spieszy. Siedź, weź słuchawki, telefon i puść sobie film.
Piotrek, dzwoni mama! pokazałam mu ekran komórki.
Czyli pod drzwiami Twoja ciocia Grażyna z tym jej gapowatym synem, podsumował Piotr.
Skąd wiesz? zdziwiłam się.
Gdyby tam stał mój brat stryjeczny, to moja mama by dzwoniła!
Nie bierzesz pod uwagę innych możliwości? zapytałam.
Jeśli sąsiedzi, to nie mam z nimi ochoty rozmawiać. A jak znajomi, to już dawno by poszli po paru dzwonkach.
A porządni ludzie najpierw zadzwoniliby, zapytali, czy można wpaść! A nie tłuc po dzwonku pół godziny!
A tak natarczywi mogą być tylko ci nasi nieznośni krewni!
Piotrek, to moja ciocia, westchnęłam. Mama napisała SMS-a.
Pyta, gdzie nas diabli ponieśli. Ciocia Grażyna potrzebuje noclegu na parę dni, bo ma sprawy w Warszawie!
Napisz jej, że w Warszawie hoteli dostatek, Piotr uśmiechnął się.
Piotr! Nie mogę tak odpisać! oburzyłam się.
Wiem, zamyślił się Piotr. To napisz, że nas nie ma w domu, bo się wyprowadziliśmy do hotelu odkażali mieszkanie po karaluchach!
Świetnie! Napisałam i wysłałam wiadomość.
Piotruś, ona pisze, żebyśmy wynajęli dwa pokoje: dla niej i dla Pawła, powiedziałam zdumiona.
Odpisz, że nie ma pieniędzy. I dodaj, że wzięliśmy dwa łóżka w hostelu, razem z piętnastoma cudzoziemcami w pokoju, Piotr był dumny ze swojej przebiegłości.
Mama pyta, kiedy wracamy, spojrzałam na Piotra.
Napisz, że za tydzień, machnął ręką Piotr.
Dzwonek w końcu ucichł. Oboje odetchnęliśmy z ulgą.
Piotr, mama napisała, że ciocia przyjedzie za tydzień, wymamrotałam wyczerpana.
A my znowu nie będziemy w domu, stwierdził Piotr.
Wiesz, że to nie rozwiązuje sprawy? Nie możemy wiecznie przed nimi uciekać!
A jeśli przyjadą w środku tygodnia? Albo będą czekać aż wrócimy z pracy? Tak moja ciocia, jak Twój brat stryjeczny oni są zdolni do wszystkiego!
No tak, posmutniał Piotr. I kto nas podkusił, żeby kupić trzypokojowe?
Piotr, przecież chcieliśmy duże mieszkanie dla przyszłej rodziny, powiedziałam.
Musimy mieć dziecko! powiedział poważnie Piotr. A najlepiej od razu dwoje!
Myślisz, że nie chcę? odburknęłam. Przecież wiesz, że muszę się zbadać! Nie wychodzi!
Wyeliminować stres będzie łatwiej, odparł Piotr. Tylko te nerwy, raz Twoje, raz moje! Wywalić ich wszystkich tam, skąd wylazli! Przez nich nic nam nie wychodzi!
Nie kłóciłam się. Wiedziałam, że ma rację.
Przed ślubem zrobiliśmy kosztowne badania genetyczne, sprawdziliśmy płodność, wszystko było dobrze. Ale po ślubie odkładaliśmy dziecko, żeby odłożyć na mieszkanie.
Na spadek nie było co liczyć. Ja, i Piotr, przed ślubem żyliśmy z matkami w ciasnych kawalerkach. Byliśmy zdani tylko na siebie.
Pięć lat harówki i oszczędności pozwoliło kupić duże, choć stare mieszkanie. Remont zrobiliśmy, meble kupiliśmy od zera. Radość nie do opisania!
Nowinę świętowaliśmy razem, ale zaraz po przeprowadzce przyszła ciocia Grażyna z synem.
I żebyśmy przypadkiem nie protestowali, zabrała ze sobą moją mamę.
No, tutaj to macie przestrzeń! A my z Olą w jednym pokoju musiałyśmy się męczyć!
Super wygoda, zatwierdziła ciocia Grażyna. W sam raz dla mnie pokój, dla Pawła osobno!
W salonie się nie śpi, oświadczył Piotr. To pokój do wypoczynku.
Ja tu pracować nie będę! zaśmiała się ciocia. Ola, wytłumacz swojemu, że nam z Pawłem razem niewygodnie, on chrapie! A w ogóle goście w domu, a wy jeszcze stołu nie zastawiliście!
Nie spodziewaliśmy się was, odpowiedziałam zmieszana.
Lodówka też pusta dorzucił Piotr.
Dobra, ciocia Grażyna łaskawie zarządziła. Piotr, leć do sklepu, Ola na kuchnię!
Co stoicie? ofuknęła moja mama. Tak to gości się podejmuje w Warszawie?
A Wy nie za bardzo zaczął Piotr, ale wyciągnęłam go do drugiego pokoju.
Kiedy w końcu odsunął moją rękę od ust, powiedział:
Ola, naprawdę nikt nic tu nie pomylił? Zaraz ich wystawię do Twojej matki razem z nią! Skoro w gości przyjechali, to niech się zachowują!
Piotr, ona prosta kobieta ze wsi! Tak mają w zwyczaju!
Znam wiejskich, ale chamstwo nigdzie nie jest w modzie!
Kochany, nie kłóć się z mamą i ciocią, proszę! Bo potem mi życie zatrują! Tobie będą wrogiem! Po co Ci to wszystko?
Wszystko mi jedno, kim dla nich będę. Jak będą mnie tak traktować, łatwiej będzie ich nie dostrzegać w ogóle! Nie zapłaczę, jak znikną!
Piotr, proszę! Pomyśl o mnie! Jeśli wyrzucę ciocię Grażynę, mama mnie przeklnie! Nikogo prócz niej nie mam!
To argument, który zadziałał. Piotr zacisnął zęby i poszedł do sklepu.
Ciocia Grażyna gościła nie trzy dni, jak zapowiadała, a dwa tygodnie. Piotr już drugiego dnia ratował się walerianą.
Po jej wyjeździe z synem świętowaliśmy czystość w domu przez trzy dni, szorując mieszkanie.
A potem przyszła kolej na Piotrka z jego strony.
Bracie, wpadamy na krótko, uściskał go Michał. Załatwię sprawy i wracamy!
Sam nie możesz tych spraw załatwić? zapytał Piotr.
No co Ty? Mam rodzinę! Zostawię ich samych w Siedlcach, a sam do stolicy? Pomyśl! Jeszcze jakieś przygody znajdę, a żona będzie mnie pilnować!
Dlatego wziąłeś dzieciaki? Piotr patrzył krzywo.
A z kim mieliby zostać? Michał klepnął go w plecy. Im się należy rozrywka! Odpalimy Warszawę jak za młodu!
Michał! wrzasnęła jego żona, Sylwia. Jak odpalę, to się długo będziesz zbierał!
Godzinę później padłam z migreną.
Dzieci biegały po mieszkaniu, wyjąc jak wilki. Sylwia nie potrafiła mówić inaczej, jak tylko krzyczeć. Michał rwał się na miasto, Sylwia jeszcze bardziej wściekła.
Piotr, przecież jesteś jedynakiem, stęknęłam, wciskając twarz w poduszkę.
To brat cioteczny, mruknął Piotr. Kuzyn, tak go nazywam.
Może da się ich wyprosić? zapytałam zrezygnowana.
Chętnie bym to zrobił, Piotr położył rękę na sercu, ale będzie jak z Twoją ciocią. Matka mi potem wywierci dziurę w mózgu!
Ledwo żegnaliśmy jednych, na progu stali kolejni. Ciocia Grażyna z synem co chwilę miała sprawy w stolicy.
Kuzyn Michał z rodziną najeżdżali, żeby załatwić swoje sprawy. A obie mamy nie pozwalały zapomnieć o dzieciach. Teściowa zamęczała Piotrka, teściowa mnie.
Ciągły stres rozwalał nasze nerwy i zdrowie psychiczne. O dzieciach przy takim maratonie gości nie mogło być mowy. Po pierwsze, zdrowie, po drugie jak?
Może zamieńmy mieszkanie na inne? zaproponowałam.
Na pokój bez klamek, w szpitalu? Piotr się uśmiechnął. Niedługo nam taki dadzą!
Nie, trochę się uśmiechnęłam. Takie samo, tylko w innej dzielnicy! Przeprowadzimy się i nikomu nie powiemy gdzie!
Prędzej czy później się dowiedzą, Piotr skrzywił się. Jedni i drudzy przeczeszą nowych lokatorów, dowiedzą się wszystkiego i nas znajdą!
Może wystarczy czasu, żeby doczekać się dziecka? powiedziałam z nadzieją.
Musimy nie tylko począć, ale i donosić. To byłby argument do obrony, Piotr pokiwał głową.
Może się wyprowadzimy do znajomych, jęknęłam. Schowamy się choć na trochę!
To masz na myśli Karola i Kasię? zapytał Piotr.
Tak, przytaknęłam. Mają pokój wolny!
Przecież tam mieszka Tara, uśmiechnął się Piotr. Zapomniałaś?
Wolę z owczarką niemiecką niż z naszą rodziną! spuściłam zrezygnowana głowę.
Czekaj! krzyknął Piotr i złapał za telefon.
Karol, pożyczcie nam Tarę!
O! Stary! Zasłużyłeś się! My z Kasią jedziemy do Zakopanego, a Tarę nie mamy komu zostawić! Ona obcych nie lubi, ale Was zna i uwielbia! wykrzykiwał Karol. Przyniosę jej karmę, legowisko, zabawki, miski! A nawet dorzucę parę złotych!
Przynoś! zawołał Piotr szczęśliwy.
Wraca do mnie promienny jak wiosenne słońce:
Dzwoń do mamy, niech ciocia jutro załatwia sprawy w mieście! Ja powiadomię Michała, żeby wpadał w przyszłym tygodniu!
Jesteś pewny? zapytałam.
Jesteśmy otwarci na gości! mówił Piotr z uśmiechem. Ale kto im winien, że nowy lokator im nie przypadnie do gustu?
Michał z rodziną szybko jechali do hotelu, gdy raz usłyszeli Tarę szczekającą.
Ciocia Grażyna próbowała walczyć o swoje prawo bycia w gościach.
Zamknijcie tego potwora gdzieś! wykrzykiwała, chowając się za synem.
Ciociu Grażyno, żartujesz? Piotr się uśmiechnął. Czterdzieści pięć kilo mięśni! To nie york, to owczarek niemiecki! Każde drzwi rozwali!
Dlaczego na mnie się zębi? głos jej się trząsł.
Nie lubi obcych, wzruszyłam ramionami.
Pozbyjcie się jej! Nie mogę z nią pod jednym dachem mieszkać!
Co? Pozbyć się? oburzył się Piotr. Nasz piesek to członek rodziny! Dzieci nie mamy, kogoś trzeba kochać! A my kochamy Tarę!
Nigdy jej nie oddamy! dodałam.
Zaraz potem obie mamy dzwoniły, pytając, czemu nie chcemy gościć rodziny.
Nikt ich nie wyrzucał, powtarzaliśmy, sami nie chcieli zostać! Niech znowu przyjadą! Będzie nam miło!
A Tara?
Mamo, przecież wszystkim odmawiać nie można!
Ale mamy już nie rzucały się na wizyty.
Po miesiącu Tara wróciła do Karola i Kasi, w gotowości wrócić, gdyby trzeba było.
Nie przydało się, bo wtedy okazało się, że spodziewam się bliźniąt.



