Będę późno, mamy tu pełny bałagan na budowie głos Wiktorii dochodził przyćmiony, w tle warczała szlifierka. Słyszysz mnie w ogóle?
Słyszę Marek przekręcił telefon na drugie ucho. Nie będziesz czekać na obiad?
Nie licz na to. Może w ogóle nie przyjadę, terminy płoną.
Dobrze.
Krótkie sygnały. Tak zawsze.
Marek położył słuchawkę na kuchennym stole i spojrzał na garnek z wystudzającym się barszczem. Gotował na dwoje z przyzwyczajenia, choć dawno już powinien przestać. Wiktoria pracowała glazurnicą, a jej grafik przypominał zapis EKG najpierw gwałtowne szczyty aktywności, potem długie, jednolite odcinki. Przez pół roku przeskakiwała z placu na plac, układając kwadratowe metry drogich płytek w cudzych mieszkaniach i zarabiając pieniądze, które Marek po cichu zazdrościł. Potem kolejny pół roku ciszy, kiedy zamówień nie było i siedziała w domu.
Oba tryby były po swój sposób nie do zniesienia.
Gdy Wiktoria pracowała, po prostu znikała fizycznie, emocjonalnie, mentalnie. Wyjeżdżała o siódmej rano, wracała po północy, jeśli w ogóle wracała. Czasem nocowała na budowie, bo po co błądzić w obie i wtrojki, skoro o szóstej znowu ruszamy. Marek jadł obiad sam, przeglądał seriale, kładł się w puste, zimne łóżko. Jedynym dowodem, że wciąż jest żonaty, była kartka z aktem małżeństwa schowana gdzieś w segregatorze.
Spróbował kiedyś policzyć, ile wspólnych kolacji mieli w ciągu ostatnich trzech miesięcy. Wyszło cztery. Cztery!
Prawdziwy koszmar zaczynał się, kiedy praca się kończyła.
Wiktoria wracała do domu. Ciesz się, żona w pobliżu, w końcu możemy być razem pomyślał ale nie. Po pół roku wbijania płytek w cudze mieszkania, jej oko przyzwyczaiło się do tylu designerskich rozwiązań, że własne cztery kąty zaczęły ją denerwować. Patrzyła na kafelki w łazience te same, które położyła dwa lata temu i oczy jej drgały.
To koszmar mruczała, przesuwając palcem szwy. Jak mogłam na to pozwolić? Przesunięcie półtora milimetra. Półtora milimetra, Marek!
Marek, który nie odróżniłby półtora milimetra od piętnastu, kiwnął głową w uprzejmy sposób.
A potem zaczynało się.
Najpierw zobaczę, da się coś naprawić. Potem zerwę jedną płytkę, wymienię i gotowe. Następnie skoro już zaczęłam, muszę przebudować całą ścianę, bo po co to półśrodka. A kiedy Marek wracał z pracy, odkrywał, że łazienka już nie istnieje tylko gołe ściany, góra gruzu i żona w maskach przeciwpyłowych, z uśmiechem mieszająca klej do płytek.
W ciągu trzech lat małżeństwa przeszli cztery remonty łazienki, trzy kuchni i jeden korytarz.
Zlecenie skończyło się na czas. Znowu nastała cisza w pracy. Ale nie dla Marka.
Przynieś mi krzyżyki do płytek zadzwoniła Wiktoria, kiedy Marek był w biurze. I szpachlówkę szarą, podam nazwę.
Jestem w biurze.
Wpadnij w przerwie obiadowej. Muszę zdążyć z tym rogiem do wieczora.
Dobrze.
Przynieś, zabierz, zamów, pomóż. Marek stał się kurierem, ciężarowcem i pomocnikiem w jednym. Wiktoria domowa stała się nieustannie obecna, wychodząc jedynie do marketu budowlanego po materiały czasem trzykrotnie dziennie, bo nie wiedziałam, że nie wystarczy tej szpachlówki.
Była nieustannie zmęczona remontem, który sama zainicjowała. Wieczorem Marek znajdował ją w kuchni brudną, wyczerpaną, z pyłem płytek w włosach a ona patrzyła na niego pustymi oczami.
Zjesz kolację?
Później. Nie mam siły.
Siły nie miała na nic. Na rozmowę nie. Na wspólny film nie. Na bliskość tym bardziej nie. Marek był potrzebny jedynie po to, by przynieść wiadro, gdy jej lenistwo nie pozwalało jej wstać, albo podnieść worek cementu z samochodu, albo trzymać poziomicę, gdy ona wyrównywała rzędy.
Jesteśmy małżeństwem mówiła Wiktoria, gdy Marek próbował się sprzeciwić. Małżonkowie pomagają sobie nawzajem.
Małżonkowie. Słowo zabawne w związku, w którym jedna strona istnieje wyłącznie jako obsługa ambicji drugiej.
W sobotę wieczorem Wiktoria układała fartuch nad płytą. Poprzedni nie odpowiadał jej odcieniowi. Marek siedział w kuchni pośród chaosu, próbując napić się herbaty. Czajnik stał na stołku w korytarzu, bo blat był zasypany płytkami. Cukier znalazł w łazience. Łyżki nie było wcale.
Wiktorio zaczął ostrożnie może już dość?
Do czego? nie odwróciła się, przyciskując kolejną płytkę do ściany.
Do tego wszystkiego. Do remontu. Zawsze coś przearanżowujesz w mieszkaniu.
I co? Lubię to. To mój dom, chcę, żeby był idealny.
Nigdy nie będzie idealny dla ciebie. Przebudujesz wszystko, wyjedziesz na kolejne place, zobaczysz nowe rozwiązania i zaczniesz od nowa.
Wiktoria położyła płytkę i powoli odwróciła się. W jej oczach pojawiło się coś niebezpiecznego.
A co proponujesz? Życie w świecie, w którym wszystko mnie denerwuje?
Proponuję normalne życie! Jak zwykli ludzie. Chodzić do kina. Jeść razem kolację. Rozmawiać o czymś innym niż fugi i szpachlówki. Pamiętasz, kiedy ostatnio wyszliśmy razem gdziekolwiek?
Mam pracę.
Teraz nie masz pracy! Sama sobie ją wymyśliłaś!
To nie jest wymyślona praca, Marek. Nazywa się poprawianie warunków mieszkaniowych. Niektórzy się w tym specjalizują.
A niektórzy po prostu chcą żyć. Nie w budowie, nie w kurzu, nie w trybie przynieśprzynieś. Żyć z żoną, która pamięta, że ma męża.
Wiktoria skrzyżowała ręce, jakby się broniła.
Nie rozumiesz. Jesteś programistą, siedzisz w swoim przytulnym biurze, stukasz w klawisze. Ja tworzę coś rękami. Coś prawdziwego, co można dotknąć. Kiedy widzę, że mogę zrobić lepiej robię lepiej.
Kosztem wszystkiego innego!
Jeśli ci to nie odpowiada nikt cię nie trzyma.
Powiedziała to niemal niefrasobliwie, jakby chodziło o niewygodne krzesło, które można wyrzucić i zamienić. Marek zamilkł. W tej siedmiowyrazowej frazie zawarte było wszystko cała ich problematyka, skompresowana w jedną myśl. Dla Wiktorii był to jedynie wybór, nie konieczność, nie mąż, nie ukochany po prostu opcja, którą można wyłączyć, gdy przeszkadza.
Wiesz, wstał, otrzepując jeansy z pyłu, może masz rację.
W czym?
Że naprawdę nic mnie nie trzyma.
Patrzyli na siebie przez stosy płytek, worki z klejem i resztki tego, co kiedyś było kuchnią. Oboje rozumieli, że kłótnia nie dotyczyła remontu. Dotyczyła ich rozchodzących się rytmów życia, które od dawna szły w różnych kierunkach i już nie krzyżowały się nigdzie poza adresem korespondencyjnym.
…Rozwód załatwili w ciągu trzech miesięcy. Ku zdziwieniu, spokojnie. Nie było już nic do podziału.
Marek chodził po nowym mieszkaniu małym, ale czystym, bez jednego worka cementu w rogu i nie mógł uwierzyć w ciszę. Nikt nie wiertł. Nikt nie stukał. Nikt nie domagał się natychmiast przynieść uszczelniacz, bo stary się skończył.
Mógł planować. Po raz pierwszy od trzech lat dokładnie wiedział, co będzie robił wieczorem. Ale czemuś brakowało. Jakby w piersi była dziura, której nie dało się wypełnić.
…Minęły prawie dwa lata.
Słyszałeś wiadomości? zadzwonił Darek, stary kumpel, w piątkowy wieczór. O twojej byłej?
Marek napiął się. Rozwiedli się i od tamtej pory unikał wszelkich wieści o Wiktorii.
Co nowego?
Wika wyszła za mąż. Niedawno.
Szybko?
Tak. I wiesz, za kogo? Darek zrobić teatralną pauzę. Za glazurnika, wyobraź sobie.
Marek pokręcił wąsami.
I jak im?
Mówią, że świetnie się rozumieją. Razem biegają po placach, dwójka w jedynej ekipie. Idealny duet.
Marek długo rozmyślał, że Wiktoria znalazła kogoś, kto mówi jej tym samym językiem. Kogoś, dla kogo półtora milimetra to także tragedia. Kogoś, kto rozróżnia epoksydową od cementowej szpachlówki nie dlatego, że mu to wyjaśniono, ale dlatego, że sam to wie. To, co drażniło Marka do granic wytrzymałości, stało się fundamentem obcych relacji. Zabawne.
Spotkał ich w supermarkecie trzy miesiące później. Zupełnie przypadkowo wszedł po zakupy po pracy, wziął koszyk i ruszył w stronę działu nabiału, kiedy nagle zatrzymał się.
Wiktoria stała przy lodówkach z jogurtami. Obok niej mężczyzna w okolicach jej wieku, szerokoskrzydły, z rękami przyzwyczajonymi do ciężkiej pracy. Wybierali coś, szeptali, śmiali się. Wiktoria popchnęła go w ramię, on przyłożył palec do jej biodra, ona pisnęła i odskoczyła.
Wyglądali jak nastolatkowie, zakochani nastolatkowie, którym nie obchodził świat, bo cała rzeczywistość zwężała się do jednej drugiej osoby.
Wiktoria wyglądała inaczej. Nie była już zmęczona, wyczerpana, z pustym spojrzeniem człowieka, który właśnie osiem godzin wykuwał ściany. Była żywa. Taka, jaką Marek pamiętał na samym początku, kiedy po raz pierwszy ją spotkał.
Marek się cofnął. Cicho postawił koszyk na podłodze i wyszedł ze sklepu, nic nie kupując.
W samochodzie uśmiechnął się. Oni z Wiktorią po prostu nie pasowali do siebie. Ich rozwód był nieunikniony.
Marek odpalł silnik.
Jeśli Wiktoria znalazła swojego człowieka, to i ja znajdę.
Gęsta mgła, która otulała życie Marka po rozwodzie, w końcu się rozejrzała.



