Nikt cię nie trzyma
Będę późno, na budowie mamy totalny bałagan głos Bogny brzmiał przytłumiony, w tle ryczała szlifierka. Słyszysz mnie w ogóle?
Słyszę Marek przestawił telefon na drugie ucho. Czy będę czekał na kolację?
Nie czekaj. Może w ogóle nie przyjadę, terminy płoną.
Dobrze.
Krótkie sygnały. Zawsze tak.
Marek położył telefon na kuchennym stole i spojrzał na garnek z ostudzającym się barszczem. Gotował dla dwojga z przyzwyczajenia, choć dawno powinien się od tego uwolnić. Bogna pracowała kamieniarz jej grafik przypominał zapis EKG serca: szalone skoki aktywności, a potem długie, proste pasma. Przez pół roku krążyła od jednej budowy do drugiej, kładąc drogi kwadratowy kamień w cudzych mieszkaniach, zarabiając pieniądze, które Marek po cichu zazdrościł. Potem nadchodził półroczny spokój, brak zleceń, i ona zostawała w domu.
Oba tryby były nie do zniesienia.
Kiedy Bogna pracowała, znikała. Fizycznie, emocjonalnie, mentalnie całkowicie. Wyjeżdżała o siódmej rano, wracała po północy, jeśli w ogóle wracała. Czasem nocowała na budowie, bo po co biegać tam i z powrotem, i tak o szóstej znowu ruszamy. Marek jadł kolację, oglądał seriale w samotności, kładł się w zimnym, pustym łóżku. Jedynym dowodem, że w ogóle jest żonaty, była karta małżeńska schowana w teczce z dokumentami.
Policzył, ile mieli wspólnych kolacji w ciągu ostatnich trzech miesięcy. Wypisał cztery. Cztery!
Prawdziwy koszmar zaczynał się, gdy praca się kończyła.
Bogna wracała do domu. Ciesz się, żona w pobliżu, w końcu możemy być razem. Nie było tak. Po pół roku w cudzych mieszkaniach przyzwyczaiła się do takiej ilości projektów, że własne cztery ściany zaczęły ją wkurzać. Patrzyła na płytki w łazience te, które sama położyła dwa lata temu a jej oczy drgały.
To koszmar mruknęła, przesuwając palcem spoiny. Jak mogłam na to pozwolić? Przesunięcie o półtora milimetra. Półtora milimetra, Marek!
Marek, który nie odróżniłby półtora milimetra od piętnastu, skinął uprzejmie.
A potem zaczynało się prawdziwe piekło.
Najpierw zobaczę, da się coś naprawić. Potem odłamę jedną płytkę, wymienię i koniec. Potem skoro już zaczęłam, muszę przearanżować całą ścianę, inaczej nie ma sensu. A potem Marek wracał ze pracy i odkrywał, że łazienka już nie istnieje tylko gołe ściany, sterta gruzu i żona w respiratorze, szczęśliwie mieszająca klej do płytek.
W ciągu trzech lat małżeństwa przeszli cztery remonty łazienki, trzy kuchni i jeden korytarz.
Zlecenie zostało zakończone w terminie. Znów nadszedł spokój w pracach, ale nie dla Marka.
Przynieś mi listwy do płytek zadzwoniła Bogna, gdy Marek był w pracy. I fugę szarą, podam nazwę.
Jestem w pracy.
Wpadnij w przerwie. Muszę tę kąt do wieczora skończyć.
Dobrze.
Przynieś, zabierz, zamów, pomóż. Marek stał się kurierem, magazynierem i pomocnikiem w jednej osobie. Bogna siedziała w domu, nie wychodziła ani na chwilę, jedynie co chwilę biegła do marketu budowlanego po materiały czasem trzykrotnie dziennie, bo nie wiedziałam, że tej fugi nie starczy.
Była ciągle zmęczona. Od remontu, który sama rozpoczęła. Wieczorem Marek znajdował ją w kuchni brudną, wyczerpaną, z pyłem po płytkach we włosach a żona patrzyła na niego pustymi oczami.
Zjesz coś na kolację?
Później. Nie mam siły.
Nie miała siły na nic. Na rozmowę nie. Na wspólny film nie. Na bliskość tym bardziej nie. Marek był potrzebny tylko po to, by podać wałki, kiedy nie chciała wstać z łóżka i wyjść. Albo przynieść worek cementu z samochodu. Albo przytrzymać poziomicę, kiedy wyrównywała rząd.
Jesteśmy małżeństwem mawiała Bogna, gdy Marek próbował się sprzeciwić. Małżeństwo to pomoc wzajemna.
Małżeństwo. Śmieszne słowo dla relacji, w której jedna osoba istnieje wyłącznie jako obsługa zawodowych ambicji drugiej.
W sobotę wieczorem Bogna rozkładała listwę nad płytą. Poprzednia nie podobała się jej odcieniem. Marek siedział w kuchni wśród chaosu, próbując napić się herbaty. Czajnik stał na stołku w korytarzu, bo blat był zasypany płytkami. Cukier znalazł w łazience. Łyżki wcale nie było.
Bogna zaczął ostrożnie może już wystarczy?
Co ma wystarczyć? nie odwróciła się, wkładając kolejną płytkę w ścianę.
Wszystko to. Remonty. Ciągle coś przearanżowujesz w mieszkaniu.
I co? Lubię to. To mój dom, chcę, żeby był idealny.
Nigdy nie będzie idealny dla ciebie. Przearanżujesz wszystko, pojeździsz po kilku obiektach, zobaczysz nowe i zaczniesz od nowa.
Bogna opuściła płytkę i powoli się odwróciła. W jej oczach pojawiło się coś niebezpiecznego.
A co proponujesz? Żyć tak, kiedy wszystko mnie wkurza?
Proponuję normalne życie! Jak normalni ludzie. Chodzić do kina. Jeść razem. Rozmawiać o czymś innym niż szpary i fuga. Pamiętasz, kiedy ostatnio wychodziliśmy we dwoje?
Mam pracę.
Nie masz teraz pracy! Sama ją wymyśliłaś!
To nie wymyślona praca, Marek. To się nazywa poprawianie warunków mieszkaniowych. Niektórzy w tym się specjalizują.
A niektórzy po prostu chcą żyć. Nie w budowie, nie w kurzu, nie w roli daj-mitoiprzyniosę. Żyć z żoną, która pamięta, że ma męża.
Bogna skrzyżowała ręce, jakby się broniła.
Nic nie rozumiesz. Ty jesteś programistą, siedzisz w przytulnym biurze, stukasz w klawisze. Ja tworzę coś rękami. Coś prawdziwego. Coś, co można dotknąć. I kiedy widzę, że mogę zrobić lepiej robię lepiej.
Kosztem wszystkiego innego!
Jeśli ci to nie pasuje nikt cię nie trzyma.
Powiedziała to prawie obojętnie, jakby chodziło o niewygodne krzesło, które można wyrzucić i zamienić. Marek zamilkł. W tych siedmiu słowach zawarta była cała ich problematyka, skompresowana w jedną frazę. Dla Bogny był to wybór, nie obowiązek, nie mąż, nie ukochany po prostu opcja, którą można wyłączyć, gdy przeszkadza.
Wiesz, wstał, otrzepał spodnie z pyłu budowlanego może masz rację.
W czym?
Że naprawdę nic mnie nie trzyma.
Patrzyli na siebie przez stosy płytek, worki z klejem i resztki tego, co kiedyś było kuchnią. Oboje rozumieli, że ta kłótnia nie chodzi o remont. To o to, że ich rytmy życia rozeszły się latami i nie przecinają już nigdzie poza adresem korespondencyjnym.
Rozwód załatwili w trzy miesiące. Ku zaskoczeniu, spokojnie. Nie mieli nic do podziału.
Marek chodził po nowym mieszkaniu małym, ale czystym, bez jednego worka cementu w kącie i nie mógł uwierzyć w ciszę. Nikt nie wkręcał wiertła. Nikt nie pukał. Nikt nie domagał się natychmiast przynieść uszczelniacza, bo skończył się stary.
Mógł planować. Po raz pierwszy od trzech lat dokładnie wiedział, co zrobi wieczorem. Ale czegoś brakowało. Jakby w piersi była dziura, której nie dało się zagoić.
Minęły prawie dwa lata.
Słyszałeś wiadomości? zadzwonił w piątkowy wieczór Darek, stary kumpel. O twojej byłej?
Marek napiął się. Rozwiedli się i od tego czasu unikał wszelkich informacji o Bogni.
Co tam?
Wyszła za mąż Vika. Niedawno.
Szybko, co?
Tak. I zgadnij, z kim? Darek zrobił teatralną pauzę. Z glazurnikiem, wyobrażasz?
Marek zamrugał.
I jak im się wiedzie?
Mówią, że błyszczą razem. Jeżdżą po obiektach we dwójkę, dwójka w duecie. Idealny tandem.
Po tym Marek długo rozmyślał, że Bogna znalazła kogoś, kto mówi z nią tym samym językiem. Kogoś, dla kogo półtora milimetra to też tragedia. Kogoś, kto rozumie różnicę między fugą epoksydową a cementową nie dlatego, że mu to wyjaśniono, ale bo sam to zna.
To, co denerwowało Marka do zgrzytu zębami, stało się fundamentem obcych związków. Śmieszne.
Spotkał ich w supermarkecie trzy miesiące później. Zupełnie przypadkowo wszedł po zakupy po pracy, wziął wózek i ruszył w stronę nabiału, kiedy nagle zamarł.
Vika stała przy lodówkach z jogurtami. Obok niej mężczyzna w podobnym wieku, szerokoszyi, z rękoma przyzwyczajonymi do ciężkiej roboty. Wybierali coś, szeptali i śmiali się. Vika odgarnęła go ramieniem, on w odpowiedzi przybił ją palcem w ramię, ona pisnęła i odskoczyła.
Wyglądali jak nastolatkowie. Jak zakochane nastolatki, którym obojętni wszyscy wokół, bo cały świat zwęził się do jednej osoby obok.
Vika wyglądała inaczej. Nie była zmęczona, wyczerpana i z pustym spojrzeniem człowieka, który właśnie poświęcił osiem godzin na wyburzanie ścian. Była żywa. Taka, jaką Marek pamiętał w samym początku, gdy po raz pierwszy się spotkali.
Marek zawahał się. Cicho odłożył wózek na podłogę i opuścił sklep, nic nie kupując.
W samochodzie uśmiechnął się. Oni z Vicką po prostu nie pasowali. Ich rozwód był nieunikniony.
Marek odpalił silnik.
Jeśli Vika znalazła swojego człowieka, to i ja znajdę.
Gęsta mgła, która otulała życie Marka po rozwodzie, w końcu się rozwiała.



