Nikt cię nie powstrzyma!

Będę późno, mamy tutaj pełny bałagan na budowie głos Wiktorii przerywał szum szlifierki. Słyszysz mnie w ogóle?
Słyszę powiedziałem, przekładając telefon na drugie ucho. Nie przyjdziesz na kolację?
Nie licz na to. Może nawet nie wrócę, terminy się urywały.
Dobra.

Krótkie dźwięki telefonu. Tak już zawsze.

Położyłem słuchawkę na kuchennym blacie i spojrzałem na garnek z wystudzającą się zupą pomidorową. Gotowałem dla dwojga z przyzwyczajenia, choć już dawno powinienem odpuścić. Wiktoria pracowała glazurniczką, a jej grafik przypominał zapis EKG najpierw gwałtowne skoki, potem długa, równoległa linia. Przez pół roku przeskakiwała z jednego placu na drugi, układając drogi, połyskliwe płytki w cudzych mieszkaniach i zarabiając tyle, że ja w ciszy jej zazdrościłem. Potem nastąpiło pół roku ciszy, kiedy nie było zamówień i siedziała w domu.

Oba tryby były nie do zniesienia. Kiedy Wiktoria pracowała, znikała. Fizycznie, emocjonalnie, mentalnie cała. Wyjeżdżała o siódmej rano, wracała po północy, jeśli w ogóle wracała. Czasem nocowała na placach, bo po co się przesiadać, i tak o szóstej znowu ruszamy. Ja jedliśmy kolację przy serialu, zasypiałem w chłodnym, pustym łóżku. Jedynym dowodem, że wciąż jestem żonaty, była mała karta małżeńska schowana gdzieś w teczce z dokumentami.

Spróbowałem policzyć, ile wspólnych kolacji mieliśmy w ciągu ostatnich trzech miesięcy. Wypisałem cztery. Cztery!

Prawdziwy koszmar zaczynał się, kiedy praca się kończyła. Wiktoria wracała do domu. Radość, żona w pobliżu, w końcu razem. Ale nie. Po pół roku wpadania w cudze mieszkania przyzwyczaiła się do tak wielu projektów, że własne cztery kąty zaczęły ją denerwować. Stojąc przy kafelkach w łazience tych samych, które sama położyła dwa lata temu nie mogła powstrzymać drżenia oczu.

To koszmar mruczała, przesuwając palcem po spoinie. Jak mogłam na to pozwolić? Odsunięcie półtora milimetra. Półtora milimetra, Marek!

Ja, który nie odróżniłby odsunięcia półtora milimetra od piętnastu, kiwnąłem głową z uprzejmością.

A potem zaczynało się.

Najpierw sprawdzę, czy da się coś naprawić. Potem oderwę jedną płytkę, wymienię i gotowe. Następnie skoro już zaczęłam, muszę przerobić całą ścianę. I w końcu wracałem z pracy, by odkryć, że łazienka przestała istnieć jedynie gołe ściany, góra gruzu i żona w maskach przeciwpyłowych, szczęśliwa przy mieszaniu kleju.

W ciągu trzech lat małżeństwa przeszliśmy cztery remonty łazienek, trzy kuchni i jeden korytarz.

Zamówienie zostało zrealizowane w terminie. Znowu nastał okres spokoju w pracy. Ale nie dla mnie.

Przynieś mi krzyżyki do płytek zadzwoniła Wiktoria, kiedy byłem w warsztacie. I szpachlę szarą, podam nazwę.
Jestem w pracy.
Wpadnij w przerwie. Muszę zdążyć do wieczora.
Dobra.

Przynieś, zabierz, zamów, pomóż. Stałem się kurierem, załadowaczem i pomocnikiem w jednym. Wiktoria zamykała się w domu, wychodząc jedynie po materiały do marketu budowlanego czasem trzykrotnie dziennie, bo nie wiedziałam, że tej szpachli nie starczy.

Była stale zmęczona. Z remontu, który sama rozpaliła. Wieczorem znajdowałem ją w kuchni brudną, wyczerpaną, z pyłem kaflowym we włosach i patrzyła na mnie pustymi oczami.

Zjesz coś?
Później. Nie mam sił.

Nie miała siły na nic. Na rozmowę, na wspólny film, na intymność. Potrzebował mnie tylko wtedy, gdy musiał przywieźć wałki, bo sama nie chciała się ubrać i wyjść. Albo przynieść worek cementu z samochodu. Albo podtrzymać poziomicę, kiedy wyrównywała rzędy.

Jesteśmy małżeństwem mawiała, gdy próbowałem się sprzeciwić. Małżonkowie pomagają sobie.

Małżonkowie. Słowo śmieszne, gdy jedna osoba jest wyłącznie sługą drugiej w pogoni za zawodowymi ambicjami.

W sobotę wieczorem Wiktoria rozkładała listwę nad płytą. Poprzednia nie podobała się odcieniem. Ja siedziałem w kuchni wśród chaosu, próbując napić się herbaty. Czajnik stał na stołku w korytarzu, bo blat był zasypany kafelkami. Cukier znalazłem w łazience. Łyżki nie było widać.

Wiktoria zacząłem ostrożnie może już wystarczy?
Co ma wystarczyć? nie odwróciła się, przymierzając kolejną płytkę do ściany.
Wszystko to. Remontów. Zawsze coś przerabiasz w mieszkaniu.
I co? Lubię to. To mój dom, chcę, żeby był idealny.
Nigdy nie będzie idealny dla ciebie. Przerobisz wszystko, potem wyruszysz na kolejne placówki, nabierzesz nowych pomysłów i zaczniesz od nowa.

Wiktoria odłożyła płytkę i powoli się odwróciła. W jej oczach pojawiło się coś niebezpiecznego.

A co proponujesz? Żyć tak, jak mnie otaczają wszystkie irytacje?
Proponuję normalne życie! Jak normalni ludzie. Chodzić do kina. Jeść razem kolację. Rozmawiać o czymś innym niż spoiny i szpachla. Pamiętasz, kiedy ostatni raz wyszliśmy gdzieś we dwoje?
Mam pracę.
Nie masz pracy! Sama sobie ją wymyśliłaś!
To nie jest wymyślona praca, Marek. To nazywa się poprawianie warunków mieszkaniowych. Niektórzy się w tym specjalizują.
A niektórzy po prostu chcą żyć. Nie na budowie, nie w kurzu, nie w trybie przynieśprzynieś. Żyć z żoną, która pamięta, że ma męża.

Wiktoria skrzyżowała ramiona, jakby się broniła.

Po prostu nie rozumiesz. Ty programujesz, siedzisz w przytulnym biurze, stukasz w klawisze. Ja tworzę coś rękami. Coś prawdziwego, co można dotknąć. I kiedy widzę, że mogę zrobić lepiej robię lepiej.
Kosztem wszystkiego innego!
Jeśli ci to nie odpowiada nikt cię nie trzyma.

Powiedziała to niemal niefrasobliwie, jakby chodziło o niewygodne krzesło, które można wyrzucić i zamienić. Zamilkłem. W tej jednej wypowiedzi zawarte było wszystko cała nasza problematyka w siedmiu słowach. Dla Wiktorii byłem jedynie opcją. Nie potrzebną częścią, nie mężem, nie ukochanym po prostu opcją, którą można wyłączyć, jeśli przeszkadza.

Wiesz, wstałem, strząsając dżinsy z pyłu, może masz rację.
W czym?
Że naprawdę nic mnie nie trzyma.

Patrzyliśmy na siebie przez góry płytek, worki z klejem i ślady tego, co kiedyś było kuchnią. Obaj wiedzieliśmy, że ta kłótnia nie dotyczyła remontu. Chodziło o to, że nasze rytmy życia rozeszły się na lata i nie przecinają się już nigdzie poza adresem korespondencyjnym.

Rozwód załatwiliśmy w trzy miesiące. Niespodziewanie spokojnie. Nie było co dzielić. Szedłem po swojej nowej kawalerce małej, ale czystej, bez worka cementu w rogu i nie mogłem uwierzyć w ciszę. Nikt nie wiercił, nie było stukotu, nie proszono o pilny przywóz uszczelniacza, bo skończył się zapas.

Mogłem planować. Po raz pierwszy od trzech lat wiedziałem dokładnie, co zrobię wieczorem. Ale brakowało czegoś. Jakby w klatce piersiowej był otwór, którego nie dało się zamknąć.

Prawie dwa lata minęły.

Słyszałeś wiadomości? zadzwonił w piątkowy wieczór Darek, stary kumpel. Co z naszą byłą?
Zaciągnąłem się. Rozwód odciął mnie od wszelkich informacji o Wiktorii.

Co tam?
Wyszła za mąż. Niedawno.
Szybko?
Tak. I zgadnij, z kim? Darek zrobić teatralną pauzę. Z glazurnikiem, wyobraź sobie.

Zmarszczyłem brwi.

I jak?
Mówią, że świetnie się trzymają. Jedzie po obiekt razem, dwójka w bramie. Idealny duet.

Myślałem, że Wiktoria znalazła kogoś, kto mówi jej tym samym językiem. Kogoś, dla kogo półtora milimetra to też tragedia. Kogoś, kto rozróżnia szpachlę epoksydową od cementowej nie dlatego, że mu to wytłumaczono, lecz bo sam to zna. To, co mnie drażniło do granic wytrzymałości, stało się fundamentem ich związku. Zabawne.

Spotkałem ich w hipermarkecie trzy miesiące później. Przypadkowo po pracy, wziąłem koszyk i ruszyłem w stronę działu nabiału, kiedy zatrzymałem się.

Wiktoria stała przy lodówkach z jogurtami. Obok niej mężczyzna w średnim wieku, szerokopierski, z rękami przyzwyczajonymi do ciężkiej pracy. Wybierali coś, szeptając i śmiejąc się. Wiktoria popchnęła go w ramię, on w odpowiedzi przybił jej palcem w bok, ona wykrzyknęła i cofnęła się.

Wyglądali jak nastolatkowie, zakochani na nowo, nieprzejmujący się otoczeniem, bo cały świat skurczył się do jednej osoby obok.

Wiktoria wyglądała inaczej. Nie była już zmęczona, wyczerpana, z pustym wzrokiem po ośmiogodzinnych stacjach. Była żywa. Taka, jaką pamiętam z pierwszych dni, kiedy się poznaliśmy.

Zadrżałem, położyłem koszyk na podłodze i wyszedłem z marketu nic nie kupując.

W samochodzie uśmiechnąłem się. My i Wiktoria po prostu nie pasowaliśmy do siebie. Nasz rozwód był nieunikniony.

Odpaliliśmy silnik.

Jeśli Wiktoria znalazła swojego człowieka, to i ja znajdę.

Gęsta mgła, która otulała moje życie po rozwodzie, w końcu się rozwiała.

Rate article
Fajna Tajna
Nikt cię nie powstrzyma!