W obcym nigdy nie brałam
Jeszcze w podstawówce Małgorzata z mieszaniną politowania i zazdrości patrzyła na Zuzę. Politowanie wynikało z tego, że rodzice Zuzy potrafili zaglądać do kieliszka jak do fontanny szczęścia, no i pieniędzy mieli zawsze raczej tyle co nic. Zuza chodziła więc nie dość, że głodna, to jeszcze w swetrach, które pamiętały czasy Gierka, i wyglądała na kogoś jeszcze bardziej przygaszonego niż pogoda w listopadzie. Ojciec czasem na niej wyżywał frustracje; raz za to, że za dużo wypił, innym razem że za mało. Matka za bardzo bała się ojca, by choćby słowem stanęła w obronie córki.
Całym promyczkiem w jej życiu była babcia, taka prawdziwa-prawdziwa. Raz w miesiącu z tej swojej emerytury wyciągała pięć złotych wypłata za grzeczność, jak to nazywała, choć Zuza dobrze wiedziała, że nawet gdyby zrobiła głupstwo, babcia po prostu przymknie oko i wypłaci i tak. Dla Zuzy ten dzień był świętem! Od razu biegła do sklepu po lody (jedne dla siebie, drugie dla babci!), chałwę i torbę krówek. Próbowała te słodkości rozłożyć sobie rozsądnie na cały miesiąc, ale po dwóch dniach cudownie znikały. Wtedy babcia z lodówki sięgała swoje lody i mówiła:
Bierz, kochanie, zjedz, bo mnie coś w gardle drapie.
Ciekawe, myślała Zuza babci zawsze drapie gardło dokładnie wtedy, gdy kończą się cukierki. W głębi duszy Zuza zawsze liczyła na porcję babcinych lodów.
Rodzina Małgorzaty była zupełnym przeciwieństwem sąsiadów zza ściany. W domu pełna lodówka, rodzice pracowici, spełniali każdą zachciankę Małgosi, pyłek z niej zdmuchiwali. Małgosia miała najmodniejsze ubrania, które czasem nawet pożyczały koleżanki. Czego tylko chciała, wszystko miała. Wygłodniała to ona na pewno nie była.
Zazdrościła Małgosia Zuzie niewymuszonej urody i tego, że Zuza, mimo wszystkiego, miała w sobie jakąś magię i była lubiana jak nikt. Małgosia nie raczyła nawet powiedzieć jej dzień dobry traktowała Zuzę jak powietrze albo lodowaty prysznic. Pewnego razu podsumowała ją publicznie:
Ty nędzo!
Zuza w łzach pogalopowała do domu i opowiedziała wszystko babci. Ta tylko przytuliła ją i pogłaskała po głowie.
Nie płacz, Zuzieńko. Jutro powiedz tej, co Cię obraziła: Masz rację, jestem u Boga. Zuzie zrobiło się od razu lżej.
Małgosi też nie brakowało urody, ale jej chłód i wyniosłość można by było kroić nożem.
W klasie był pupil wszystkich dziewczyn Miłosz. Klasyczny łobuziak, wesołek, notoryczny zdobywca dwój i uwag. Miłosz totalnie nic sobie nie robił z ocen humor wiecznie dopisywał, optymizm mógłby sprzedawać na kilogramy. Nauczyciele wprawdzie malowali jego dziennik czerwienią, ale i tak go lubili za to, że potrafił wprowadzić pogodę ducha nawet na lekcji matematyki.
W starszych klasach Miłosz zaczął odprowadzać Małgosię do domu, a rano czekał na nią przed szkołą, żeby mogli razem wejść, słysząc potem okrzyk reszty klasy:
O! Narzeczeni!
Cała szkoła wiedziała, że szykuje się z tego jakaś historia miłosna.
Rozbrzmiał ostatni dzwonek. Polonez został zatańczony. Młodzi polecieli w świat jak gołębie na rynek w Krakowie.
Małgosia i Miłosz wzięli ślub bez wielkiego rozgłosu jak to, kiedy sprawy potoczą się trochę szybciej niż planowano. Nawet księżniczkowe warstwy sukni nie przykryły brzuszka. Po pięciu miesiącach na świecie pojawiła się ich córka, Sonia.
Zuza, po maturze, musiała od razu iść do pracy, bo babci już nie było, a rodzice liczyli na to, że pomoże utrzymać dom. Chętnych do oświadczyn jej nie brakowało, tylko do serca Zuzy nie trafiał żaden. Zresztą, wstydziła się swoich wiecznie pijących rodziców.
Minęło dziesięć lat.
Pod gabinetem poradni odwykowej spotkały się dwa duety: Zuza z mamą i Miłosz z Małgosią. Zuza rozpoznała Miłosza od razu wyraźnie dojrzał, stał się jeszcze przystojniejszy. Za to na Małgosię nie dało się patrzeć bez ruszenia sumienia: sucha, z trzęsącymi się dłońmi i spojrzeniem jak wyblakła firanka. A to przecież dopiero dwudziestoośmiolatka!
Miłosz patrzył na Zuzę z wyraźnym zawstydzeniem.
Cześć, koleżanko z ławki było jasne, że nie o takich spotkaniach marzył, zwłaszcza nie z Zuzą.
Witam, Miłosz. Widzę, że masz kłopot. Ponad rok już z Małgosią tak? oceniła szybko sytuację Zuza.
Już długo odparł Miłosz z zażenowaniem.
Kobieta, która pije, to katastrofa. Mówię z własnego doświadczenia. Mój tata przez alkohol się wykończył westchnęła Zuza, czując rodzinną solidarność.
Po tej wizycie wymienili się numerami. W końcu na zmartwienia razem raźniej. Miłosz coraz częściej wpadał do Zuzy niby po radę: Ty się na tym znasz, bo życie Cię nauczyło. I Zuza dzieliła się tym niechcianym doświadczeniem co robić z pijącym w rodzinie, czego nie próbować pod żadnym pozorem Wiedziała, że więcej ludzi topi się w kieliszku niż w Bałtyku.
Wkrótce okazało się, że Miłosz i Sonia od dawna mieszkają tylko we dwoje, a Małgosia u swoich rodziców. Miłosz wywalczył, by uchronić córkę przed niespodziankami mamy.
Kroplą, która przelała kielich, była sytuacja, gdy wrócił z pracy, Małgosia pijana na podłodze, a trzyletnia Sonia stała na parapecie, gotowa zlecieć z piątego piętra! Miłosz miał z Małgosią wszystkie możliwe atrakcje. Zresztą, ona nawet nie chciała się leczyć twierdziła, że wszystko pod kontrolą i z dnia na dzień rzuci, jeśli zechce. Tylko że ją ciągnęło w otchłań coraz bardziej.
Małgosia i Miłosz się rozwiedli.
Pewnego dnia Miłosz zaprosił Zuzę do restauracji. Tam przyznał się, że był w niej zakochany już od podstawówki, tylko najpierw bał się, że mu odmówi, potem Małgosia zaszła w ciążę i życie potoczyło się szybciej, niż chciał. Spotkanie w poradni uznał więc za przeznaczenie. Rozmawiał z Zuzą, jakby w końcu połknął trochę szczęścia.
Miłosz poprosił Zuzę o rękę, bo wreszcie znalazł drogę do jej serca. Zuza była gotowa na nowy związek, bo i ona od dawna czuła coś do Miłosza tylko nigdy by nie ośmieliła się wejść w paradę Małgosi. Teraz było inaczej: Miłosz był wolny i zakochany. Przeszkody zniknęły. Znaleźli się ci, którzy jej miłość przyjmą.
Cicho i bez rozgłosu wzięli ślub. Zuza przeprowadziła się do Miłosza. Sonia na początku była nieufna wobec obcej pani w domu, czuła, że tata teraz będzie musiał podzielić miłość na dwie osoby. Ale Zuza tak ją otoczyła opieką, że dziewczynka po krótkim czasie sama zaczęła nazywać ją mamą. Po kilku latach Zuza urodziła jeszcze drugą córkę, Marysię.
Pewnego dnia w domu Miłosza i Zuzy zadzwonił dzwonek. Otwiera Zuza, a w drzwiach… Małgosia. Poznała ją tylko po głosie, bo z Małgosią można było zderzyć się tylko przez zapach wódki i nędzny wygląd.
Ty, żmijo, zabrałaś mi męża i córkę! To nie przypadek, że zawsze cię nienawidziłam! wysyczała Małgosia.
Twarz Zuzy nawet nie drgnęła. Stała pewna siebie, zadbana i spokojna.
Obcego w życiu nie brałam, Małgosiu. To ty dobrowolnie odeszłaś od rodziny, niczego nie zrozumiawszy. Nigdy nie powiedziałam o tobie złego słowa. Szczerze mi cię żal
Z impetem zamknęła drzwi przed nosem nieproszonemu gościowi.



