Nieznajomi w moim domu

Obcy w moim domu

Tamtej soboty Zosia postanowiła pojechać do rodzinnego domu. Minęły ledwie trzy miesiące od śmierci mamy, a przez cały ten czas nie mogła zmusić się do uporządkowania jej rzeczy. Dom stał pusty, bez opieki. Sąsiedzi — sami staruszkowie — jedni wyjechali do dzieci, inni wynajęli mieszkania lokatorom. Kiedyś obok mieszkali Kowalscy, z których dziećmi Zosia bawiła się w dzieciństwie, ale teraz i tam siedzieli jacyś dziwni typy — nie było komu poprosić o pomoc.

Mąż od rana wędkował nad jeziorem, a nastoletnia córka w słuchawkach tylko machnęła ręką, gdy mama zaproponowała wspólny wyjazd. „Dość wymówek” — pomyślała Zosia. Pojadę, rozejrzę się, może zacznę sprzątać, a potem wpadnę do Kingi — koleżanka od dawna zaprasza na herbatę. Zamówiła taksówkę i stała przed blokiem, wspominając ulicę swojego dzieciństwa — przytulną, cichą, o specyficznym zapachu i świetle. Z każdą minutą, gdy auto zbliżało się do domu, niepokój ściskał jej gardło. Tęskniła za rodzicami aż do bólu.

Kilka przecznic przed domem wysiadła, by przejść się pieszo. Im bliżej była, tym bardziej ogarniało ją dziwne uczucie. Przy furtce stanęła jak wryta.

— Co jest…? — szepnęła.

Okienko w domu było uchylone, firanki rozsunięte, choć wyraźnie pamiętała, że wszystko zamknęła na głucho. Zamek — wyłamany. W środku wyraźnie ktoś był. Albo, co gorsza, wciąż tam siedział.

Zadzwoniła do męża — „abonent nieosiągalny”. Rozejrzała się — na ulicy ani żywej duszy. Pogodny jesienny weekend, wszyscy rozjechali się po świecie. Zosia zastanawiała się, czy nie wezwać policji, ale nagle ogarnęło ją przerażające przypuszczenie.

— A jeśli… to Tomek?

Rzeczywiście ostatnio zachowywał się dziwnie. Bywał oderwany od rzeczywistości, a potem nagle wesoły jak dziecko. Może „wędkowanie” to przykrywka, a on tu jest… z kochanką? Ta myśl przeszyła ją jak nóż. Nie wierzyła w to, nie umiała go sobie wyobrazić w takiej roli. Ale i odrzucić podejrzenia już nie mogła.

Stała tak z dziesięć minut, wpatrując się w okna. Nagle — kobiecy śmiech. Dźwięczny, beztroski, jakby ktoś właśnie rozkoszował się życiem… w jej rodzinnym domu! Serce ścisnęło jej się boleśnie.

I wtedy — trzask drzwi. Z domu wyszła zgrabna kobieta w krótkim szlafroku, z ręcznikiem w dłoni. Kierowała się w stronę altanki z sauną.

— Kochanie, chodź już! Samotnie mi tu nudno! — zawołała do środka.

Zosia zdrętwiała. Młoda, ładna… Oczywiście, że zamienił ją na taką! Wszystko teraz miało sens.

Zaciśnięta jak sprężyna, podeszła do furtki. Sprytnie obeszła podwórko, znalazła patyk i zablokowała nim drzwi sauny, by „gościu” nie miała gdzie uciec. Potem na ganku zauważyła stary pas ojca — ciężki, z masywną klamrą. „Idealny” — pomyślała.

Wpadła do domu jak burza. Na stole stało nakrycie, butelka wina i włączony telewizor. A na kanapie w salonie… spał mężczyzna.

— A ty draniu! Córka prawie dorosła, a ty! — wrzasnęła, wymachując pasem.

— Ałaa! Co ty wyprawiasz?! Zosia… to ja, Krzysiek!

Zosia zamarła. To nie był Tomek. To był Krzysiek — siostrzeniec męża.

— Co ty tu robisz? Jak się w ogóle dostałeś?

— No weź, spokojnie! Drzwi otworzyłem jak nic! Mnie przecież nie ma gdzie mieszkać! Pomyślałem, że dom i tak stoi pusty, więc… trochę się z dziewczyną urządziliśmy.

— Z dziewczyną?! — Zosia zbladła. — I tobie wydaje się to normalne? To nie jest pensjonat!

— No litości, Zocha, posiedź sobie, herbatę sobie zrób, a my tu trochę pożyjemy.

— Nie! Natychmiast się pakujecie! I nowy zamek wstawisz. Sam! — warknęła.

— Ania… — jęknął Krzysiek. — Gdzie ona jest?

— W saunie. Zamknięta. Żeby nam nie przeszkadzała. Następnym razem będzie wiedziała, gdzie się pchać!

Ania wkrótce się wyrwała i wpadła do domu, czerwona ze złości.

— To mój dom, Krzysiek, powiedz jej! Już ci przelewałam pieniądze na meble!

— Twój? — zaśmiała się Zosia. — Dom należy do mojej mamy, a ty, droga, po prostu dałaś się nabrać sprytnemu siostrzeńcowi.

Ania wściekła się:

— Oddawaj forsę, oszuście! Złożę na ciebie skargę!

— No i po ptakach… — mruknął Krzysiek.

Gdy emocje opadły, Zosia pojechała do Kingi i opowiedziała jej wszystko — od strachu, przez saunę, aż po pas. Kinga zaśmiewała się do łez.

— Zocha, ty jesteś bohaterka! Ja bym pewnie od razu dzwoniła na policję. A ty — sama ogarnęłaś sprawę.

— Najważniejsze, że to nie był Tomek — westchnęła z ulgą Zosia. — Ale zamek wymienię. I drzwi też. Metalowe!

— Za odważne kobiety! — wzniósłszy kieliszek, zakrzyknęła Kinga.

— Za nas! — odparła Zosia, uśmiechając się.

Rate article
Fajna Tajna
Nieznajomi w moim domu